REKLAMA

Henryk Szost: Poluję na rekord Polski w maratonie

28-letni Henryk Szost jest w tym roku najszybszym polskim maratończykiem. Podczas kwietniowego Vienna City Marathon pokonał 42,195 km w czasie 2:10,27. To szósty wynik w historii polskiego maratonu. W ciągu ostatnich 7 lat szybciej od niego pobiegł tylko… jego trener Grzegorz Gajdus, aktualny rekordzista kraju. Z Henrykiem Szostem rozmawiał Kuba Wiśniewski

Henryk Szost: Poluję na rekord Polski w maratonie Tomasz Woźny
W okolicach Muszyny, na granicy Bieszczad i Tatr, trenować nie jest łatwo. To kraina dla ludzi z charakterem (fot. Tomasz Woźny)

Czeka Cię teraz nie maraton, ale egzamin z łowiectwa. To jakiś żart?

Nie, bo łowiectwo od dawna jest moją pasją. W skład egzaminu, który przede mną, wchodzą informacje o kynologii, czyli psach myśliwskich, broni, amunicji, okresach ochronnych, bezpieczeństwie. Najtrudniejszy dla mnie jest status Polskiego Związku Łowieckiego i prawo łowieckie. Wszystko sformułowane ciężkim, prawnym językiem, do którego nigdy nie miałem głowy. To bardzo obszerna tematyka, do której nie można w krótkim czasie się przygotować. Ale mam dużo literatury łowieckiej rożnych autorów, m.in. „Łowiectwo” Okarmy i Tomka – najlepszy podręcznik w Europie.

Uczestniczyłem w kursach w Nowym Sączu. Do tego jeszcze dwa obowiązkowe treningi strzeleckie. Sam egzamin podzielony jest na trzy części: test pisemny, pytania ustne oraz strzelnicę. Trudna sprawa, ale uczę się i myślę, że uda mi się go zdać za pierwszym podejściem.

Skąd w Tobie zamiłowanie do myślistwa?

Mieszkam w Muszynie, na pograniczu Bieszczad i Tatr. Las i góry mam tuż obok. Chodzę tam od dziecka. Ale poza moim kuzynem nikt w rodzinie nie był myśliwym. Ja sam chcę nim zostać od jakichś dziesięciu lat. Nie chodzi mi o zastrzyk adrenaliny na polowaniach. By być myśliwym, trzeba mieć przede wszystkim zamiłowanie do lasu, do przyrody, do samej tematyki łowieckiej. Podstawą jest etyka – szacunek do zwierząt i kolegów. Samo polowanie jest jednym z etapów, który znajduje się gdzieś na końcu działalności myśliwego.

Wcześniej dokarmiamy, pomagamy zwierzynie. Sprawia mi radość właśnie ta myśl, że czasem poprzez karmienie ratuję zwierzętom życie. Denerwują mnie ludzie, którzy uważają się za wielkich miłośników przyrody i wykrzykują obraźliwe słowa w stronę myśliwych. Nie wiem, czy byliby w stanie zdobyć się, aby tak jak my, pasjonaci, wziąć na plecy 20-kilogramowy worek z karmą i zanieść go do paśnika w zimie.

REKLAMA

REKLAMA

Henryk Szost: Poluję na rekord Polski w maratonie Tomasz Woźny
Na treningach nie sposób podkraść się do dzikiej zwierzyny. Do tego trzeba ciszy, czasu i cierpliwości – mówi Henryk Szost (fot. Tomasz Woźny)

Ludzie polowali od wieków: myśliwy nie strzela do wszystkiego, co się w lesie rusza, ale prowadzi selekcję, która jest niezbędna. A ludzie widzą nas tylko ze strzelbą. Tak rodzą się stereotypy.

To jeszcze nie przyniosłeś do domu żadnego poroża?

Nie mam żadnych trofeów. Nie mam prawa ich mieć, bo nie jestem jeszcze myśliwym. Dopiero po zdaniu egzaminu do stanę uprawnienia do tego, aby móc je posiadać.

Natykasz się na zwierzynę w Muszynie?

Na treningu nie zdarzyło mi się nigdy spotkać oko w oko z dużymi drapieżnikami, takimi jak wilk, niedźwiedź czy ryś. Ciężko jest coś wypatrzeć w biegu. Poza tym zwierzęta mają doskonale rozwinięte wszystkie zmysły i nie pokazują się tak łatwo. Ale całkiem niedawno, podczas zbierania grzybów, widziałem wspaniałego byka jelenia w lesie. Poruszałem się bardzo cicho, dlatego pewnie ta sztuka mi się udała.

Jak myślistwo pomogło Ci w bieganiu?

Gdy zacząłem chodzić na polowania, na nagonkę, miałem 17 lat. Wtedy często chorowałem, ale kiedy w zimie uczestniczyłem w zbiorowych polowaniach, często w dużym mrozie i w kopnym, głębokim śniegu, zahartowałem swój organizm. Od tego czasu praktycznie skończyły się moje problemy zdrowotne. Poza tym samo wędrowanie po beskidzkich, pofałdowanych terenach jest męczące, tak więc na pewno pomogło mi to rozwijać moją siłę biegową.

Zaczęło się od biegów górskich?

Zacząłem je uprawiać tutaj, w Muszynie. Mój pierwszy trener, Andrzej Gacek, próbował zrobić ze mnie narciarza biegowego, ale nie szło mi to za dobrze i rzuciłem ten sport. Nie mogłem załapać techniki, czułem, że to nie jest dyscyplina dla mnie.

Trener zaczął namawiać mnie, abym spróbował swoich sił w biegach górskich. Mówił, że szkoda, abym rezygnował ze sportu. Zawsze mocno czułem się na zbiegach i podbiegach, więc wybrałem styl anglosaski. Zaczęliśmy przygotowania i pierwszy start wyszedł mi bardzo dobrze. Po roku treningów pojechałem na mistrzostwa świata juniorów i zająłem czwarte miejsce.

REKLAMA

Henryk Szost: Poluję na rekord Polski w maratonie Tomasz Woźny
Nie boję się. Rekordy są po to, by je pobić. W końcu dogonię i upoluję rekord Polski – mówi Henryk Szost (fot. Tomasz Woźny)

W wieku juniora trenowałem bardzo spokojnie. Nie robiliśmy mocnych interwałów, a trening polegał na spokojnych podbiegach w górach, rozbieganiach w terenie pofałdowanym, na zabawach biegowych. Była to spokojna praca, dzięki której rozwijałem się i, mam nadzieję, nadal będę się rozwijać. Wiem, że wielu młodych biegaczy w Polsce często jest nadmiernie eksploatowanych i potem nie mają przed sobą perspektyw kariery w seniorach.

Kiedy poczułeś, że jesteś zawodowcem?

Kiedy przyszedłem trenować płaskie biegi w „Podgórzu Kraków” u doskonałego trenera Jerzego Włodarczyka. Poukładał mi trening, potrafił do mnie mówić tak, że wierzyłem w siebie. No i przestawił mnie na bieganie na bieżni. Wcześniej, po biegach górskich, biegałem fatalnie technicznie, jak to się mówi „siedziałem na tyłku”. Trener kazał mi ćwiczyć na płotkach, nauczył ćwiczeń, robiliśmy mnóstwo siły biegowej, co bardzo podciągnęło mnie technicznie i szybkościowo. Kiedy przyszedłem do Włodarczyka, na 3000 metrów mój rekord życiowy wynosił 8:26. W bardzo krótkim czasie poprawiłem się na 8:02.

No, to już nieźle...

Zawsze pozostawał niedosyt. Ja zresztą nie potrafię się za długo cieszyć z wyników. Może 10-20 minut, potem wracam do normalności. Tym, którzy potrafią cieszyć się z dobrych startów przez kilka dni, trochę tego zazdroszczę. Zawsze czuję niedosyt, że można było pobiec jeszcze lepiej. Może to dlatego, że nigdy nie miałem biegu, podczas którego od startu do mety czułem się bardzo dobrze i wiedziałem, że miałem optymalną formę.

Mimo że dzisiaj jesteś maratończykiem, lubisz starty na bieżni?

Z rozpędu po moim debiutanckim maratonie w Dębnie w 2007 roku zostałem… mistrzem Polski na 5000 m na bieżni. Ten start nie był wcale zaplanowany. Najśmieszniejsze jest to, że nie chcieli mnie do niego nawet dopuścić i trener musiał o to mocno walczyć. Wcześniej udało mi się wygrać na mityngu w Poznaniu bieg na 1500 m w czasie 3:52, a za tydzień we Wrocławiu miałem już 3:45.

REKLAMA

REKLAMA

Henryk Szost: Poluję na rekord Polski w maratonie Tomasz Woźny
Henryk Szost w naturalny sposób zaczął od biegów górskich. Wcześniej, bez większego powodzenia, trenował biegi narciarskie (fot. Tomasz Woźny)

Kiedy udowodniłem, że mam i szybkość, i wytrzymałość z maratonu, namawiano mnie, abym pobiegł na 5000 m na mistrzostwach kraju w Poznaniu. Udało mi się ten bieg wygrać z czasem 13:58,89. Ostatnie 400 metrów pokonałem w 56 sekund, więc nieźle jak na maratończyka…

Zdobyłem medal, ale nie przywiązywałem do niego większego znaczenia. W tym momencie już zdecydowałem się na maraton. Miałem go dawno w planach i w głowie.

Czekałeś na odpowiedni moment?

Na odpowiedni wiek. Do biegania namówił mnie mój wujek Jacek, który sam biegał maratony. Oglądałem je też w telewizji. Polubiłem zawody na krótszych dystansach na ulicy, ale to uświadomiło mi tylko, że kiedyś dojdę do biegania maratonu. Wiedziałem, że w wieku 20 lat byłem za młody, aby wskoczyć w trening maratoński. Musiałem pokonać wiele stopni, takich jak starty na krótszych dystansach. Wiedziałem, że trzeba biegać szybciej niż 30 minut na 10 km. Założyłem sobie, że wystartuje w maratonie w wieku 25 lat.

Zmiany trenerów podczas mojej kariery coś wnosiły, bo każdy dawał coś z siebie, coś we mnie zmieniał, ale mimo to zawsze pociągał mnie maraton i to on był moim głównym założeniem.

W końcu zacząłeś treningi u rekordzisty Polski…

Kiedy byłem już w wojskowym klubie Oleśniczanka, trenowali mnie tam przez krótki okres Wiesław Kiryk, potem Mirek Plawgo. Jednak dwa lata temu wraz z innymi zawodnikami przeszliśmy z Oleśniczanki do Grunwaldu Poznań. Tu moim trenerem został Grzegorz Gajdus.

Spotkaliśmy się na obozie w Międzyzdrojach. Poszliśmy razem na rozbieganie – ja, Grzegorz i Luciano di Pardo – Włoch, który trenował wówczas w Polsce. Uniosłem się ambicją, tak jak zresztą często bywa, a i Grzegorz też pewnie nie chciał dać się komukolwiek wyprzedzić. Zaczęliśmy biec bardzo mocno po kopnym śniegu na terenowej pętli.

REKLAMA

Henryk Szost: Poluję na rekord Polski w maratonie archiwum prywatne
Henryk Szost oraz jego trener i rekordzista Polski w maratonie Grzegorz Gajdus podczas obozu w Kenii (fot. archiwum prywatne)

Po 8 kilometrach Luciano zaczął po włosku kląć, bo nie mógł z nami wytrzymać. Starałem się ze wszystkich sił, żeby nie biec za Grzegorzem, tylko z boku. On coraz mocniej przyciskał, bo widział, że „jakiś młody” wychodzi mu do przodu. To już nie było rozbieganie. Nasz włoski przyjaciel powiedział, że już z nami więcej nie pójdzie biegać.

Nadal rywalizujecie?

Od ponad dwóch lat Grzegorz już sam nie biega, ale rywalizacja w pewnym sensie trwa nadal. Jakby nie patrzeć – jest rekordzistą Polski, ja na ten rekord czatuję i chcę go pobić. Na razie brakuje mi minuty i czterech sekund. Grzegorz jest więc i moim trenerem, i wirtualnym rywalem. W mojej głowie siedzi mocno myśl, że muszę pokonać jego rekord.

Dogadujemy się całkiem dobrze. Choć wiadomo – jesteśmy dorosłymi ludźmi, zawsze są jakieś zgrzyty. Nie mam lekkiego charakteru. On również. Jak jestem zmęczony lub mam kiepski dzień, staję się jeszcze cięższym człowiekiem…

No właśnie, uchodzisz za człowieka o trudnym charakterze…

Jestem bardzo wybuchowy i zadziorny, szczególnie jak ktoś mi zajdzie za skórę. Nienawidzę, kiedy ktoś mnie prowokuje. Z drugiej strony wiem, że ten mój charakter pomaga mi w bieganiu. Nie zmieniłem się od lat. Uważam się za wojownika, nigdy się nie poddaję. Jeżeli jestem zdrowy, to będę gryzł asfalt, szedł na kolanach, ale nie przestanę walczyć. Wiem, że to utrudnia na co dzień życie mnie i innym dookoła, ale w bieganiu się przydaje.

W naszej grupie zdarzają się tarcia, szczególnie między mną a Adamem Draczyńskim, choć dzieje się to często na żarty. Mamy podobne charaktery i nie daj Boże, żebyśmy byli skoszarowani w jednym pomieszczeniu. W przeszłości średnio po trzech dniach dochodziło do ataku furii i paniki. Ostatnio dużo się zmieniło i wytrzymaliśmy kilka obozów w jednym pokoju. To już jest postęp.

REKLAMA

REKLAMA

Henryk Szost: Poluję na rekord Polski w maratonie Tomasz Woźny
Maratończyk jest samotnikiem i musi sobie z tym radzić. Samotność długodystansowca... - mówi Henryk Szost (fot. Tomasz Woźny)

Z Mariuszem Giżyńskim przebywa się nieco łatwiej. On ma inny charakter – jest bardzo spokojny i zrównoważony, wykazuje postawę pasywną. Na obozach mieszkamy jednak z jedną osobą nawet przez miesiąc, więc w końcu każdego można mieć dość. Budzisz się rano i widzisz znowu tę samą gębę. Męską raczej… Więc nie jest to najprzyjemniejsze.

W zasadzie każdego zawodnika, który ze mną biega, traktuję jak przeciwnika. Nieważne, czy jest słabszy, czy mocniejszy ode mnie. Kiedy stara się wejść na mój teren, traktuje go jak stadny byk swojego rywala.

Kobiety również?

W stosunku do kobiet mam zdecydowanie inną postawę, choć na razie jestem kawalerem. Nie jestem teraz w żadnym związku i powiem szczerze, że czasem mnie to martwi. Żałuję tego, ale zdaję sobie sprawę, że bardzo dużo wyjeżdżam i kobiecie, która zdecydowałaby się ze mną być, byłoby bardzo ciężko. Maratończyk jest samotnikiem i musi sobie z tym radzić. Samotność długodystansowca…

Który maraton wydaje Ci się najcięższy w Twojej karierze?

Najbardziej dłużył mi się olimpijski w Pekinie w 2008 roku. Totalnie wykończyła mnie tam pogoda. Do 30. kilometra biegło mi się super, miejscami nawet za szybko. Później nastąpiła tragedia. To nie była walka o miejsce czy wynik, ale o życie. Nie wiedziałem, gdzie jestem, miałem lekkie utraty świadomości. Pamiętałem, że muszę biec, zawsze przecież marzyłem, aby ukończyć maraton na igrzyskach. Gdyby nie mój charakter, to nie wytrzymałbym tej agonii po 37. kilometrze…

Pekiński maraton był najcięższy, ale najgorzej będę wspominał ten ostatni, na mistrzostwach Europy. W Barcelonie miałem duże szanse, może nawet na medal. Na pewno ta myśl siedziała mi w głowie. Jechałem na mistrzostwa jako wicelider tabel europejskich, motywowało mnie to tylko do lepszego występu. Zdawałem sobie sprawę, że na starcie jest wielu bardziej doświadczonych maratończyków ode mnie, choć dużo starszych. Czułem, że jestem młody i silny, więc powinienem walczyć.

REKLAMA

Henryk Szost: Poluję na rekord Polski w maratonie Tomasz Woźny
Wśród licznych medali mistrzostw Polski zdobytych przez Henryka Szosta są te wywalczone na dystansach 5000 m, półmaratonu i maratonu (fot. Tomasz Woźny)

Niestety, stało się inaczej. Nie wytrzymała noga, operowana niecały rok wcześniej – w październiku 2009 roku. Już latem miałem z nią problemy. Nie byłem w stanie w 100% zrealizować zaplanowanych najcięższych treningów. Zabrakło mi mocy i podkładu wytrzymałościowego, który straciłem przez operację i przerwę nią spowodowaną. Noga była przeforsowana długą pracą do maratonu. Czułem, że tak może się stać. Przegrałem z kolanem.

Ale ten rok nie był przecież stracony. Na wiosnę pobiegłeś 2:10 w Wiedniu. To jeden z najlepszych wyników w historii. Jak się do niego przygotowywałeś?

Krótko. W mocny trening wszedłem dopiero w styczniu. Aż do marca obijałem się trochę ze względu na nogę. Miałem może jeden tydzień, w którym zrobiłem ponad 200 km. Za to bardzo solidnie przepracowałem 4-tygodniowy obóz w Iten, w Kenii. Zjechałem stamtąd na start w Półmaratonie Warszawskim. Nie byłem oczywiście do końca zadowolony z wyniku 1:03, ale nogi były jeszcze zmęczone po Kenii.

Po 3 tygodniach w Wiedniu biegłem trochę „na żywioł”. Praktycznie przed samym biegiem zdecydowałem się z Grzegorzem, by dołączyć do grupy prowadzonej na 2:10. Przyznam się, że w trakcie maratonu nie potrafię dokładnie kontrolować czasu. Dopiero na ostatnich 150 metrach zorientowałem się więc, że biegnę na wynik w granicach 2:10.

Co ciekawe, od 5 km biegło mi się ciężko, nie czułem żadnej swobody. Organizm maratończyka jest bardzo cwany. Ciągle wysyła sygnały do mózgu, że czuje się zmęczony. Starałem się go oszukać, skupiając się na czymś innym, analizując trasę, ale miałem też momenty zwątpienia. Na przykład, gdy po 15 kilometrach zadawałem sobie pytanie, czy ja się w ogóle nadaję do maratonu. Dopiero po 30. kilometrze, gdy zobaczyłem przed sobą czołową grupę, organizm otworzył się na zmęczenie.

REKLAMA

REKLAMA

Henryk Szost: Poluję na rekord Polski w maratonie Tomasz Woźny
Uważam się za wojownika. Nigdy się nie poddaję i nie przestaję walczyć - mówi Henryk Szost (fot. Tomasz Woźny)

Postanowiłem wtedy, że ruszę i ucieknę biegaczom, z którymi wtedy biegłem. „Zając” dociągnął mnie do czołówki. Wtedy zaczął się dla mnie maraton. Mijałem słabnących Kenijczyków. Kilometry coraz szybciej uciekały, nawet mimo słabnących nóg. Byłem bardzo zaskoczony, że po trzydziestce nie dopadł mnie spodziewany kryzys. Przeciwnie, zaczęło mi się biec doskonale, nawet lekki dołek na 39. km przetrwałem bez problemu.

Boisz się rekordu Polski?

Rekordy są po to, by je pobić. Jestem pewien, że jeśli będę zdrowy, to ten rekord pobiję. To dla mnie tylko kwestia czasu i dobrego biegu. Mam ten cel jasno w głowie. Gdybym nie był pewny, że mój organizm jest w stanie pobiec 2:08, to już dawno bym nie trenował.

Bieganie nie jest moją życiową pasją, za co mnie wiele osób, łącznie z trenerem i kolegami z grupy, karci. Gdy wyjeżdżam na obozy do egzotycznych krajów, traktuję je przedmiotowo, tylko jako miejsce moich treningów. Bieganie nie jest moim hobby. Dłużej cieszę się z tego, że podczas spaceru w lesie wyciszyłem się, była tam niesamowita atmosfera, szum drzew, śpiew ptaków, niż z wygranej na jakimś biegu ulicznym.

Owszem, lubię wygrywać. To jest najlepsze w sporcie. Wygrywanie. No, może nie w każdej dyscyplinie. Nie mógłbym grać w szachy, bo pewnie po 15 minutach rozwaliłbym szachownicę… W tym momencie zajmuję się bieganiem, to już 11 lat. Maraton i pobicie rekordu Polski jest moim aktualnym, konkretnym celem.

Największym osiągnięciem dla mnie będzie na pewno zdobycie złotego medalu na imprezie mistrzowskiej. O to będę walczył. Wiem, że muszę jeszcze pokonać co najmniej kilka maratonów, aby przyzwyczaić organizm do wysiłku i otworzyć go na to zmęczenie. Nie przekroczę pewnego poziomu, chociaż bym chciał. Może dziwnie to zabrzmi, ale 2:10 jest dla mnie pewną granicą przyzwoitości. Nie wpadam więc na razie w huraoptymizm, bo zdaję sobie sprawę, że na świecie znaczenie mają wyniki o 2-3 minuty szybsze. Niech więc to 2:08 padnie jak najszybciej.

RW 09-10/2010

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA