Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Herosi RW 2013: dla nich podziw i brawa!

Co roku setki tysięcy Polaków ruszają na biegowe trasy. Pośród nich są tacy, których podziwiamy. Którzy pokazują, że bieganie to dużo więcej niż sport. Za emocje i motywację, których nam dostarczają, za ich wyniki i sukcesy należą im się biegowe Oscary. Oto Herosi Runner's World 2013.

Kim są Herosi Runner's World, których wyróżniliśmy, dokonując podsumowania biegowego 2013 roku, i których zamierzamy wyróżniać również w kolejnych latach?

"To ludzie, których albo spotkasz na biegowych trasach, albo oglądasz na ekranie telewizora - wyjaśnia Marek Dudziński, naczelny "Runner's World". - Jest też szansa, że kilku nie znasz. Przedstawiamy naszym zdaniem największego biegowego Darczyńcę, Zawodowca, Trenera, Nadzieję, Mastersa, Motywatora oraz organizatorów Biegu roku 2013. Różni ich wiele, ale łączy jedno: dla nich wszystkich bieganie to dużo więcej niż sport. Dla nas w Runner's World również".

Heros Nadzieja: Patrycja Wyciszkiewicz

19-letnia Patrycja Wyciszkiewicz ma już za sobą debiut na igrzyskach, a przed sobą - wielką przyszłość.

Ta dziewiętnastolatka wybiegała w tym roku mistrzostwo Europy juniorów na 400 metrów. I zrobiła to w imponującym stylu. Wynik 51:56 to nie tylko rekord Polski, to także czas, na widok którego wielu seniorom w kraju opadają szczęki.

Komentatorzy sportowi podkreślają, że jej rezultaty są podobne do tych, które w młodości osiągały biegaczki z NRD. Że dziewczyna ma szanse w przyszłości biegać tak szybko, jak Irena Szewińska.

Atletyczne czwartki

A co na to sama Patrycja? Ona wie jedno: że od tego, czy wyjdzie na kolejny trening, zależy jej przyszłość.

A zaczęło się tak niewinnie niewinnie. W czwartej klasie podstawówki nauczycielem WF-u w szkole dziewczyny był trener lekkiej atletyki. Najpierw była zabawa, bo Patrycja to wulkan energii, ale potem okazało się, że jest talent.

Pierwsze zawody, atletyczne czwartki, wygrywane wyścigi - no i poszło. Dziś Patrycja trenuje sześć do siedmiu razy w tygodniu po dwie, dwie i pół godziny. Na życie zostaje mało czasu, ale starcza. Nasza superjuniorka ma jeszcze chłopaka, do którego trener nastawiony jest… neutralnie.

Co więcej, dla odreagowania zdarza się jej nawet wyskoczyć na zakupy, bo lubi - a nawet bardzo lubi - kupować ciuchy. Dla odreagowania też się uczy. Studiuje gospodarkę turystyczną nie tylko dlatego, że to ciekawa sprawa, ale też dlatego, że sportu wyczynowo nie uprawia się wiecznie. Ale chyba najbardziej lubi wygrywać.

Amok, hymn i łezka w oku

Tak Patrycja wspomina zdobycie mistrzostwa Europy we włoskim Rieti: "Przez pierwsze 200 metrów biegłam jak w amoku. Nic nie wiedziałam, co się wokół mnie dzieje. Na półmetku ogarnęłam się na tyle, żeby rozejrzeć się dookoła, gdzie są przeciwniczki i czy trzeba jeszcze bardziej przyspieszać, czy zaczekać. Ostatnie sto metrów to znowu amok. A potem? Potem szczęście i łezka w oku, jak zagrali hymn" - wspomina dziewczyna.

Należało się, bo Patrycja trenuje dużo i solidnie. Dlatego największą przyjemnością, na którą sobie najczęściej pozwala, jest długi sen. W sezonie na alkohol nawet nie spojrzy, więc gdy już wyskoczy na jakąś domówkę, to wszystkich później rozwozi.

Po co to wszystko? Po medal na olimpiadzie. Oto zwyciężczyni w kategorii Nadzieja

Największe osiągnięcie: debiut na igrzyskach olimpijskich w Londynie w wieku osiemnastu lat.

Ulubione powiedzonko: "Co cię nie zabije, to cię wzmocni".

Pierwszy sukces: pierwszy medal zdobyty na mistrzostwach powiatu.

Pochodzenie: urodziła się w mieście Śrem w województwie wielkopolskim, a trenuje w SL Olimpia Poznań. 

Heros Masters: Jan Morawiec

Jan Morawiec to mistrz świata, który w maratonie wyprzedza swoich konkurentów o godzinę.

Kiedy zaczynał biegać, to łodzianie oglądali się za nim i szeptali, że to jakiś złodziej czy inny zboczeniec, bo tak po nocach ucieka w dresie. W najlepszym razie patrzyli z podziwem, że pewnie opozycjonista ulotki rozrzucił i zwiewa. A on nie - on maratończyk. Kiedyś mistrz Polski, dziś mistrz świata.

Jana Morawca wyróżniamy w kategorii Senior właśnie za ten drugi tytuł. Zdobył go w październiku zeszłego roku. Został mistrzem świata weteranów w kategorii 75+. Przebiegł 42 kilometry w czasie 4:04:37. Kolejni seniorzy, nawet w niższej kategorii wiekowej, przybiegali godzinę po nim.

Polski mistrz wygrywa, bo jest systematyczny i zdyscyplinowany. Biega co drugi dzień i regularnie się bada. Po mistrzostwach świata przeszedł nawet badania dziesięciodniowe.

Jest i menedżer

"Muszę wiedzieć, czy wszystko jest w porządku. Czy mogę dać się ponieść emocjom, gdy wyprzedzam 30-latków" - śmieje się pogodny 81-latek.

Bo takie sytuacje się zdarzają. Co więcej, po zdobyciu mistrzostwa świata coraz częściej przytrafiają mu się przygody wręcz celebryckie. Wchodzi pan Jan do sklepu ze sprzętem do biegania, a tam nie tylko sprzedawca chce autograf, ale i klienci. No i pytają, a jak, a czy ciężko, a kiedy znów?

To już dla skromnego maratończyka za wiele. Ledwo zniósł szalenie przyjemny, ale równie męczący tydzień po zwycięstwie na tych mistrzostwach świata w Porto Alegre w Brazylii. Dzwonili wszyscy, nawet z Izraela przyszły gratulacje.

Jan Morawiec jest żywym dowodem na to, że biegać można przez całe życie, bo za młodu też był w kadrze Polski. Przez sześć lat w niej występował. Ale takich sukcesów, jak teraz, nie odnosił.

Dlatego starość to dla niego druga młodość. Zwłaszcza że ma nie tylko trenera, ale i menedżera. To jego "osobista małżonka". Kto chce przeprowadzać wywiad z bohaterem roku, musi najpierw omówić sprawę z przemiłą panią Morawiec.

Ważne osiągnięcie: w kategorii 80+ poniżej 5 godzin schodzi tylko on i jeden Japończyk.

Początki: kolarstwo - ścigał się ze zwycięzcą Tour de Pologne Janem Kudrą.

Sławni sportowcy w jego życiu: biegał ze Zdzisławem Krzyszkowiakiem i Jerzym Chromikiem.

Ulubione powiedzonko: "Bez biegania czuję się jak ryba bez wody". 

Heros Profi:  Henryk Szost

Henryk Szost od lat zachwyca nas wynikami. W tym roku też wygrał.

Zwycięstwo w kategorii Elita należałoby się za całokształt. Ot, choćby za to, że na olimpiadzie w Londynie był najszybszym białym maratończykiem.

Mimo to wyróżniamy go za mijający rok i czas z Japonii: 2:09:37. To najlepszy polski wynik roku 2013. Wybiegał go, choć wdał się w dość młodzieńcze wyścigi z Yukim Kawauchim i całą trasę nie pił.

Bo to dosłownie zawodowiec. "Bieganie to nie miłość, to praca" - mówi zdecydowanie.

Nie sięgał po wodę i izotoniki, bo na 20. kilometrze dostał od żołądka sygnał, że może być różnie. Tego nie mógł kontrolować, ale już niepotrzebny wyścig z Japończykiem - owszem.

Niestety, poniosło go. Henryk Szost przyznaje, że choć tego nie widać, to maraton jest wyścigiem nerwów. Już same przygotowania są pełne napięcia, bo trwają miesiącami, a start jest jeden. To nie Puchar Świata, że będzie można coś nadrobić czy powtórzyć.

Polowanie na czasy

Dlatego starszy sierżant polskiego wojska odreagowuje napięcie w lesie. Jest myśliwym, ale tak jak na trasie samotnym. Samotność długodystansowca to zresztą jego żywioł.

Mimo to wcale nie narzeka na rosnącą popularność. "Bieganie zyskuje sobie coraz większą rzeszę fanów, a ja dzięki akcjom medialnym mojego sponsora, PKN Orlen, robię się coraz bardziej rozpoznawalny. Cieszy mnie to o tyle, że bieganie tym wszystkim ludziom, którzy się za nie biorą, poprawi życie" - mówi Henryk Szost.

Nerwy mistrza

Właśnie w Orlen Warsaw Marathon nasz czempion miał stanąć na pudle, niestety zawiodła łydka. Szost zerwał mięsień płaszczkowaty i ból zepchnął go z trasy około 30. kilometra.

Ale nasz mistrz się podniósł i pokazał, co potrafi. Wyróżniamy go więc mimo tego, że robi rekordy Polski na chłodno, bez miłości. A może właśnie dlatego, bo mistrz musi mieć stalowe nerwy. On ma.

Początki: karierę sportową zaczynał od biegów narciarskich.

Ważne osiągnięcie: został wybrany atletą października 2011 roku w plebiscycie European Athletics. Londyn 2012: na igrzyskach zajął 9. miejsce - najlepsze z Europejczyków.

Sportowa mądrość: w maratonie najtrudniejsze są przygotowania.

Heros Trener: Zbigniew Nadolski

Zbigniew Nadolski szkoli dziewczyny, a jedna z nich jest najlepsza w kraju.

Są trenerzy, którzy krzyczą, a są tacy, którzy tłumaczą. Zbigniew Nadolski należy do tych drugich. Nie tylko dlatego, że trenuje przede wszystkim kobiety, ale dlatego, że efekty są lepsze.

No na przykład Karolina Jarzyńska w tym roku wybiegała najszybszy czas pośród wszystkich polskich maratonek. I za to trzeba Zbigniewa Nadolskiego docenić w kategorii Trener Roku.

Choć akurat Jarzyńska potrzebuje najmniej trenerskiej troski. Zbigniew Nadolski chwali ją, że to dziewczyna z wielkim charakterem.

"Dla niej decyzja o samotnym wyjeździe w góry wysokie, gdzieś daleko za granicę, to żaden problem. Był nawet czas, że pojechała samotnie do Etiopii i spędziła tam siedem tygodni, borykając się z najróżniejszymi sytuacjami życiowymi. Dziś wiem jednak, że posłanie jej tam było błędem. Efekty fizyczne były znakomite, ale psychiczne obciążenie okazało się za duże" - przyznaje nie bez emocji trener naszej twardej mistrzyni.

Marzenia o olimpiadzie

Bo to człowiek, który nie tylko znajduje odpowiednie podejście do maratonek, ale i szkoleniowiec, który potrafi przyznać się do błędu - a to wcale nie jest takie powszechne w światku trenerskim.

Tym samym potrafi sobie zdobyć jednak przychylność swoich zawodniczek. No i tym, że często je chwali. Na przykład z wielką chęcią opowiada o tym, że biegające kobiety to dla trenera marzenie. Nie trzeba ich zmuszać do treningów, bo same się rwą. Raczej trzeba je stopować, gdy warunki są na tyle złe, że grożą kontuzją albo chorobą.

"W pracy z kobietami trzeba większej wrażliwości i delikatności, ale odwdzięczają się one za ten wkład wielką satysfakcją dla szkoleniowca" -  opowiada Nadolski.

A jak? Zwycięstwami, oczywiście. Sukcesów już jest wiele, ale Zbigniew Nadolski marzy też o medalu na przykład na olimpiadzie. Może dlatego, że sam za młodu - choć ma wiele medali mistrzostw Polski - nie wygrał żadnych międzynarodowych zawodów i teraz chciałby sobie ten deficyt z młodości w taki właśnie sposób zrekompensować.

Maraton tak, ale z głową

Na razie z przyjemnością patrzy, jak w Polsce rozwija się moda na bieganie, tylko chciałby, żeby Polacy szli na trasy z głową. Często obserwuje, jak niejeden rzuca się na maraton bez żadnego przygotowania. Sam już bieganie na długich dystansach sobie odpuścił. Jeśli już, to tak 6-10 kilometrów - dla zdrowia tylko.

Zresztą, gdyby ze swoimi dziewczynami miał się mierzyć, to sił by już nie starczyło. Na wybieganiu mają takie tempo, że niejeden facet mógłby pomarzyć. I dlatego na te olimpijskie laury jest szansa. Trzymamy, oczywiście, kciuki.

Życiówki: maraton - 2:11:57, 5 kilometrów - 13:49, 10 kilometrów - 28:46.

Po godzinach: jest dyrektorem sportowym Łódź Maraton Dbam o Zdrowie.
Zawodniczki: Karolina Jarzyńska, Grażyna Syrek i Justyna Lesman.

Maksyma: "Myślcie - myślenie to najlepszy konsultant".

Heros Dobroczyńca: Michał Leśniewski

Pomysłodawca grupy biegowej Spartanie Dzieciom zbiera pieniądze na dzieci. Z coraz lepszym skutkiem.

Nie jest im łatwo. Każdy ma swoje życie i musi wygospodarować czas na bieg. A poza tym w stroju Spartanina biegnie się co najmniej niewygodnie. Ręka drętwieje od tarczy, a hełm ogranicza widzenie. Dlatego nietrudno na zakręcie przesadzić z promieniem toru i przywalić w jakąś lampę. Ale w zasadzie to i kolizję zaliczyć jest warto, bo chodzi o pieniądze dla dzieci, których rodzice często na co dzień muszą walczyć o przetrwanie.

Wspólna życiówka

Dlatego Michał Leśniewski, który zakładał grupę Spartanie Dzieciom, zawsze domaga się, by pisać o wszystkich. Bo im jest ciężej niż jemu. Oni nie muszą, oni nie mają niepełnosprawnych dzieci, a on przecież biega dla swojej Oli.

Ale to od Leśniewskiego cała sprawa się zaczęła. Właśnie Leśniewskiego nagradzamy w kategorii Darczyńca. Bo trzeba uznać, że jego akcja rozrosła się do imponujących rozmiarów. Spartan jest już ponad 90 - w tym 18 spartanek - i nie ma chyba biegacza, który nie widziałby, jak w zwartej kolumnie pokonują maraton. Tak właśnie biegają - razem.

Dlatego mają wspólną życiówkę, czyli 4:55. Pierwszy dla swojego dziecka zaczął zbierać fundusze właśnie Michał Leśniewski. A to przypiął sobie skrzydła anioła, a to wciągnął rajstopy Robin Hooda, a to tunikę centuriona.

Potrzeba pięciuset

Efekt był, pieniądze wpływały, ale przypadek podsunął mu pomysł.

"Mało nas. Gdyby tak było nas trzystu… Jak trzystu Spartan" - powiedziałem kiedyś do kolegi, opowiada Michał Leśniewski i za chwilę coś mu się w głowie zaświeciło. - No i poszło. Pomysł, organizacja, stroje. Powoli przychodzili do nas coraz to nowi ludzie. Tak się zaczęło, ale na pewno się jeszcze nie kończy.

Jest ich sporo, ale Leśniewski zna wszystkich. Spotyka się z nimi na biegach i pobiegowych integracjach. Ilu musiałoby być Spartan, żeby co maraton biegała kolumna trzystu?

"Potrzebowalibyśmy pięciuset ludzi. Bo na biegach pojawiają się właśnie jakieś dwie trzecie całego spartańskiego zespołu" - szacuje.

A my go wyróżniamy, bo wiemy, że taką liczbę żołnierzy uzbiera. Chętnych zapraszamy na spartaniedzieciom.org. Wystarczy opłacić sobie strój, a potem już tylko chwała i splendor.

Wyjściowa waga: pierwszy Spartanin ważył 125 kilogramów, zanim zaczął biegać.

Pierwsza zebrana kwota: 20 tysięcy złotych - biegł wtedy ze skrzydłami anioła.

Rodzina: żona i 2 córki - Barbara i Aleksandra (która cierpi na porażenie mózgowe).

Narodziny Spartan: grupę Spartanie Dzieciom stworzył w 2011 roku.

Heros Motywator: Karina Stadnicka

Karina Stadnicka ledwo zaczęła biegać, a już sporo w światku namieszała.

Inspirować może każdy. Ta dziewczyna udowodniła to niedawno. Bo właśnie zaczyna biegać, a w młodości, żeby przejść do kolejnej klasy z WF-u, musiała pisać referat o siatkówce.

Nieważne, że nie jest maratonką z imponującymi osiągnięciami. Ważne, że wymyśliła coś, co jednoczy całą biegową Polskę. Kiedy Karina Stadnicka wyszła z domu na jeden z pierwszych treningów biegowych, bardzo się zdziwiła. Mijał ją maratończyk, po którym gołym okiem było widać, że na bieganiu zjadł zęby, i pozdrowił gestem.

Najpierw myślała, że pomylił ją z sąsiadką, a potem sama spróbowała pozdrowić mijanego biegacza. Zadziałało. No więc założyła na Facebooku fanpage Pozdrów Biegacza, a po kilku tygodniach rozdzwoniły się telefony z gazet, telewizji i stacji radiowych.

To sprawa przypadku

W akcję zaangażowali się doświadczeni maratończycy, komentowały ją osoby publiczne, a Karina nie mogła wyjść z podziwu. "Taki przedszkolak biegowy jak ja i taka jego malutka akcja może zatoczyć tak szerokie kręgi" - mówi.

A przecież wsparcia emocjonalnego potrzebuje każdy - nawet zawodowcy. Dlatego gdy Karina pod koniec treningu człapie już i sapie, to pozdrowienie przez innego biegacza pcha ją do przodu jeszcze przez kilkaset metrów. Jej akcja ma też inny wymiar.

"Piszą do mnie ludzie, że dzięki mnie zaczęli trenować, a na biegach podchodzą tacy, którzy chcą powiedzieć, że moja akcja to bardzo fajny pomysł" - wyjaśnia.

Bo Karina jest biegaczką stadną. Biegać zaczęła trochę przypadkiem, bo skończył jej się karnet na siłownię, ale jak już złapała bakcyla, to oszalała i biegała codziennie. Teraz się troszkę oszczędza, ale biegi uliczne łapie wszystkie, na które stać ją kondycyjnie.

Bo bieganie w grupie to jest to, co ją ciągnie. My doceniamy fakt, że sama sobie wielką grupę biegaczy stworzyła. Bo 1400 "lajków" na Facebooku w 3 godziny to jest nie lada wynik. Właśnie dlatego Karina zwycięża w kategorii Motywacja.

Hobby: w wolnych chwilach Karina lubi lepić garnki z gliny.

Zawód: jest dziennikarką "Czwórki" - stacji Polskiego Radia.

Co lubi: przyjemną adrenalinę i możliwość poznawania nowych ludzi.

Pierwsze wspomnienie z biegu: Piekielny ogień w gardle podczas zajęć na WF-ie.

Heros 2013 za Bieg roku: She Runs The Night

Bieg nie do odwołania.

9 czerwca to był trudny dzień dla stolicy. Burza zalała miasto, a kierowcy stali w korkach. Monika Coś, running brand manager z firmy Nike, wyszła na trasę biegu She Runs The Night i doszła do wniosku, że bieg się odbyć nie może.

Ta historia miałaby taki właśnie smutny finał, gdyby nie zaangażowanie pani Moniki i zespołu Nike. Zaczęło się od błyskawicznego powiadamiania uczestniczek nocnego biegu, żeby nie pojawiały się na starcie.

Z 6 tys. kobiet, które wykupiły pakiety, na linii startu zameldowało się tylko pięćdziesiąt. To jedna zasługa - ta mniejsza. Druga, ważniejsza, jest taka, że zespół szybko się ogarnął i nie anulował biegu, a przesunął go na 30 czerwca.

"Ten bieg od dawna był moim marzeniem i nie mogłyśmy pozwolić, żeby wyleciał z kalendarza imprez biegowych 2013" - opowiada pani Monika. Dopięły swego.

30 czerwca bieg udał się znakomicie. Dodatkowe, nieobowiązkowe pętle pobiegło ponad 60% zawodniczek. Pierwsza z nich była pętlą światła, bo zdobiły ją iluminacje, druga pętlą energii - bo do walki zagrzewał zespół bębniarzy, a trzecia przyspieszenia - bo można było się ścigać w eskorcie przystojnych modeli.

Ale wyróżnić bieg należy nie ze względu na urodę uczestniczek, a ze względu na to, że mimo trudności jednak się udało. I to tak, że w kolejnym warszawskim biegu, czyli Biegnij Warszawo, wystartowało 50% więcej kobiet. To również zasługa She Runs The Night. To dlatego dla nas jest to Bieg Roku 2013.

RW 1-2/2014

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij