Herosi RW: oto biegowe gwiazdy 2014 roku!

Bieganie to nie tylko uparte przebieranie nogami. To także przełamywanie barier, poszukiwanie ludzkich granic, nadzieje na przyszłość, walka ze swoimi słabościami, a czasem nawet - o życie. Zobacz, kto spośród polskich biegaczy i trenerów w 2014 roku pokazał, że biega się do celu.

Herosi Runner's World 2014

Kategoria Elita: Yared Shegumo

Nie wyrzuca starych butów. W mieszkaniu, które ma 30 metrów kwadratowych, trzyma ich przynajmniej kilkanaście. W tym roku w sierpniu zdobył srebrny medal w maratonie na mistrzostwach Europy w Zurychu. Ten sukces dodał mu skrzydeł sportowych, ale też i chyba poprawił perspektywy bytowe, bo gdy zapytać o metraż mieszkania, to przyznaje, że pracuje nad tym, by było większe.

Pracuje. Teraz w Etiopii, bo znów jest tam na treningach. Nasz mistrz stamtąd właśnie pochodzi. Ma etiopską krew, ale i tamtejszy skromny i pokorny charakter. Gdy zapytać go o strategię, która dała mu sukces w Zurychu, to odpowiada tak jak po każdym biegu: "Miałem plan, żeby jak najdłużej trzymać się czołówki, do samego finiszu, a potem to już zobaczyć, co będzie".

W Zurychu to zobaczyć, co będzie, okazało się być srebrnym medalem. Po jego zdobyciu Yared stał się bohaterem, wielu jednak było takich, co zastanawiali się, skąd wziął się nasz wicemistrz. Oto Heros RW w kategorii Elita.

Import i eksport

A wziął się z importu. Jako szesnastolatek przyjechał do nas z ogarniętej wojną Etiopii na zawody i jako że w domu nie widział przed sobą żadnych perspektyw, a same zagrożenia, po prostu nie wrócił. Wszyscy stali w kolejce do odprawy na lotnisku, a on odwrócił się na pięcie i poszedł przed siebie.

Trenował, odnosił sukcesy na poziomie krajowym i europejskim, dostał obywatelstwo, ale w 2008 roku musiał emigrować do Anglii za pracą, bo zabrakło pieniędzy. Wrócił i szczęśliwie zyskał pomoc biznesmena biegacza. No i znalazł też swój dystans, czyli maraton.

Nam też jest fajnie

Dziś jest szczęśliwym ojcem dwójki dzieci i 32-letnim sportowcem, który wie, że ma swoje lata, ale nie myśli jeszcze o końcu kariery. Ostrożnie tylko dobiera liczbę biegów rocznie, więc jest nadzieja, że znów będziemy się cieszyć jego, a właściwie naszymi sukcesami. Aby móc zdobywać laury dla Polski, jeździ do Etiopii. Po każdym takim 3-miesięcznym cyklu treningowym jego hemoglobina skacze z mizernej trzynastki na nieprzeciętną szesnastkę. To zapewnia mu sukces na zawodach. To i bardzo owocna współpraca z polskim trenerem Januszem Wąsowskim.

"W domu w Etiopii mam grupę kolegów, z którymi trenuję. Oni mnie często wypytują o Europę, o Polskę, bo też widzą swoją szansę na bieganie zawodowe – opowiada Yared. – Co ja im mówię, gdy pytają o moją drugą ojczyznę? Że w Polsce jest bardzo fajnie" – uśmiecha się. Nam nie pozostaje nic innego, jak przyznać, że nam też jest fajnie, że Yared dla nas biega.

Wyróżniamy go w kategorii Elita. To zawodnik, którego droga do sukcesu była szczególnie wyboista. Zaczęło się od ucieczki z kraju ogarniętego wojną, a skończyło na zdobyciu srebrnego medalu na Mistrzostwach Europy w Lekkoatletyce 2014. Skończyło na razie, bo przed nim jeszcze kilka lat biegania. A w perspektywie największe wyzwanie, czyli olimpiada.

Uznajemy nie tylko jego sportowe dokonania, ale też i zawodniczą pokorę. Yared nie narzeka, nie skarży się. Dla Shegumo, póki może biegać, zawsze jest "fajnie".

Kategoria Motywator: Dariusz Strychalski

Jest lato, na dworze 35 stopni, żadnej chmurki, a drogą biegnie facet w długich spodniach, kurtce przeciwdeszczowej i czapce. Kto go nie zna, puka się w głowę. Kto go zna, wie, że tam, dokąd biegnie Dariusz Strychalski, temperatury w okolicach 50 stopni nie są rzadkością. A biegł do osławionej Doliny Śmierci w Kalifornii na Badwater Ultramarathon.

Czyli 217-kilometrowej trasy rozżarzonej słońcem, o przewyższeniach wynoszących 4000 metrów. Darek tam dobiegł i ukończył ten piekielny wyścig na trzy godziny przed limitem czasowym, z wynikiem 45:11:10. "I to była wielka satysfakcja, że ostatnie 200 metrów dałem radę jeszcze podbiec" – opowiada Heros RW w kategorii Inspiracja.

Darek, dziękujemy

Satysfakcja była ogromna, ale czy większa niż z pierwszej piątki, pierwszej dychy, pierwszego kilometra? Darek nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Potrafi za to odpowiedzieć na takie: "Czy jesteś urodzonym biegaczem?". Mówi, że tak, jak każdy z nas przecież. I to jest w Darku najbardziej inspirujące. Bo będąc ośmiolatkiem, wpadł pod samochód i dwa miesiące leżał nieprzytomny.

Lekarze nie dawali mu większych szans na przeżycie, a co dopiero na zostanie sportowcem. A on z nastoletniego, niepełnosprawnego samotnika zmienił się w popularnego ultramaratończyka i założyciela fundacji. A zaczynał od jazdy na rowerze, z nudów, z tej samotności właśnie. Jak się rower zepsuł, to spróbował biegania. Powolutku, bo na początku marzeniem było przebiec kilometr. Ma przecież częściowy paraliż prawej strony ciała i problemy ze wzrokiem. Zrobił kilometr, zrobił pięć, zrobił 10, 40, 100…

"Kto wie, gdyby nie ten wypadek, gdybym nie był taki, jak jestem, to może skończyłbym jako kanapowy grubas z piwem w ręku". Na taki koniec się nie zapowiada. Ciągle trenuje.

Do pracy biegnie 30 kilometrów, a wracać planuje autobusem. No i wsiada do niego, ale zazwyczaj po kilku przystankach wysiada i leci te 10-15 km do domu. Tak ma. Ale nic by z tego biegania nie było, gdyby nie ludzie. Ci, co wsparli go finansowo przed Badwater, ci, co pisali na fejsie, że da radę, i ci, co mu te wpisy czytali na 180. kilometrze, gdy miał największy kryzys. Ludzie z jego ekipy. Darek płakał z wysiłku i wzruszenia, ale dobiegł. Teraz chce im wszystkim podziękować. Tym, co go wsparli, tym, co pisali, i tym, co z nim biegli – ekipie.

Coraz więcej jednak jest takich, co chcieliby mu po prostu powiedzieć: "Darek, dziękujemy".

Wyróżniamy go w kategorii Motywator, bo ma na koncie tak wiele zwycięstw, że wszyscy, którzy szukają inspiracji, przykładu, jak się podnieść po porażce, znajdą w nim oparcie. Niepełnosprawny od 8. roku życia, samotny, zamknięty w czterech ścianach, zdołał z nich wyjść i zaczął biegać. W tym roku pokonał morderczy, legendarny Badwater Ultramarathon. Sympatyczny, skromny, niepozorny człowiek z żelaza. Człowiek, który motywuje, ale i sam szuka inspiracji w innych.

Kategoria Trener: Andrzej Wołkowycki

Andrzej Wołkowycki lubi przytaczać anegdotę, jak to jeden z trenerów maratończyków, zobaczywszy najnowsze techniki treningu sprowadzone do kraju z zagranicy, spojrzał, wzruszył ramionami i powiedział: "Tak to ja sam trenowałem 40 lat temu". Andrzej Wołkowycki wie, że w bieganiu co dekadę przychodzą nowe mody treningu.

On sam ma już prawie 40-letnie doświadczenie biegowe i trenerskie, więc tym modom się nie poddaje. No i pewnie też dlatego ma wyniki. W tym roku na mistrzostwach Europy w Zurychu jego podopieczni zdobyli dwa medale na 800 metrów: Artur Kuciapski srebro, a Joanna Jóźwik brąz.

Bolesna szczerość

Trener oglądał ich biegi w domu. Przed telewizorem towarzyszył mu syn. To on denerwował się bardziej. "Ja już potrafię opanować emocje – przyznaje Andrzej Wołkowycki. – Kiedyś, za młodu, denerwowałem się nawet na mityngach. Teraz do mistrzostw Europy potrafię podejść na chłodno". I choć było na chłodno, to nie obyło się bez świętowania.

Syn pił colę, a tato whisky. Kto wypił więcej, tego trener Wołkowycki nie pamięta. Pamięta za to zawsze, jaki wysiłek trzeba zaaplikować zawodnikowi. Pamięta i wie, kiedy te założenia skorygować, bo – jak sam przyznaje – w pracy trenera ważny jest nos. Trzeba wyczuć, kiedy dołożyć, a kiedy odpuścić.

"To pierwsze jest szczególnie trudne z kobietami. Trzeba mieć twarde serce, żeby zmusić je do wysiłku bliskiego kresowi możliwości" – mówi Heros RW w kategorii Trener. Ale on należy do tych, którzy, gdy już zamienią się na trochę w kata, to zaraz wracają w postawę ojca. Z zawodnikami wiąże go silna więź emocjonalna, więc musi być też zrozumienie. Dobry trener to też empata.

Czy z tą profesją jest jak z kapłaństwem – pytamy - trzeba mieć powołanie?

"Z tym zawodem jest jak z każdym zawodem. Żeby być dobrym, trzeba mieć powołanie" – kwituje krótko. Bo u niego nie ma obwijania w bawełnę. Jak uważa, że za dużo dziś ludzi rzuca się na bieganie tylko przez modę i koniunkturę nakręconą przez sprzedawców sprzętu, to oczywiście głośno to powie. Tym bardziej, że widzi wiele negatywnych ortopedycznych konsekwencji powszechnego biegania.

Powie też otwarcie, że trenowanie amatorów to dla trenerów kadry konieczność finansowa. Ale powie też, że są trenerzy, co zamiast stać na mrozie, wietrze i zimnie, mając oko na zawodników, dają im kartkę z rozpiską, a sami leżą rozparci na kanapach w hotelach. Może dlatego tak dobrze mu idzie. Dlatego, że jest to człowiek szczery, otwarty, nie za słodki, ale też nieprzesadzający z dyscypliną.

Wyróżniamy go w kategorii Trener, bo świadczą za niego wyniki jego podopiecznych. Dzięki długoletniemu doświadczeniu, odporności na mody, rozwadze i nosowi, który powinien mieć każdy szkoleniowiec, doprowadził na pudło dwóch zawodników. Joanna Jóźwik zdobyła brąz, a Artur Kuciapski srebro na dystansie 800 metrów podczas Mistrzostw Europy w Lekkoatletyce 2014. Sukces swoich zawodników trener Wołkowycki świętował z synem w domu i mamy nadzieję, że przed nim jeszcze wiele takich radosnych okazji.

Kategoria Darczyńca: Dorota Raczkiewicz

Dzień dobry, jestem chora i szukam dawcy szpiku. Nakręci pani o tym reportaż?" – zapytała Dorotę Raczkiewicz Anna Wierska ponad 6 lat temu. Tak się poznały, tak się okazało, że to bratnie dusze, a potem Ania zmarła. Dorocie zostały w głowie jej słowa: "Mój dawca jest blisko, muszę go tylko znaleźć".

Założyła więc fundację, a w niej powstał pomysł zawiązania czegoś na kształt drużyny pierścienia. Tak powstała Drużyna Szpiku – potężna dziś grupa ludzi aktywnych w przeróżnych dziedzinach, których łączy jeden cel: informować, rozpowszechniać, ratować.

"Dzień dobry, nazywam się Kasia Bujakiewicz i chciałabym pobiec maraton w waszej koszulce" – poprosiła znana aktorka Dorotę jakiś czas temu i tak do Drużyny Szpiku zaczęli dołączać celebryci. Są oni siłą tej ekipy, ale jeszcze większą moc zapewniają jej zwykli ludzie, których przez te 6 lat pracy przewinęło się od 5 do 6 tysięcy. Nie są to tylko biegacze, bo należą do niej rowerzyści, alpiniści, hokeiści, piłkarze, lekarze, kolejarze, katolicy, ateiści...

Biegowa część drużyny miała szansę zawiązać się już na początku, gdy to fundacyjny grafik przebiegł maraton w charakterystycznej koszulce. "To był czas, kiedy umierała Agata Mróz – opowiada Dorota Raczkiewicz. – Pierwsza koszulka na biegu pojawiła się w maju, a na którymś z październikowych maratonów mieliśmy ich już 100".

To ta, co czeka

Drużyna Szpiku to największa drużyna biegowa w kraju. Koszulek od początku wyszło już z fundacji 5 tysięcy. Ci ludzie znają się i spotykają, np. na tzw. szpiknikach. Bywa że nocują u siebie nawzajem w czasie maratonów.

Czterech z nich oddało szpik. Nie sposób zliczyć, ilu z biegaczy zarejestrowało się jako potencjalni dawcy, ale wszystkich dawców fundacja zarejestrowała już kilkadziesiąt tysięcy. Wspiera też chorych na różne sposoby. Kupuje leki, jedzenie, jednej z osób odbudowała zniszczony dom. Biegacze szpiku to cały wachlarz maratończyków. Najszybszy ma czas 2:40, a najwolniejsi regularnie zamykają stawkę.

"Za młodu chciałam zmieniać świat i dziś czuję, że to robię. Dzięki Ani właśnie. Nie można powiedzieć, że jestem biegaczką, ale maratonów zaliczam sporo. Ciągle dzwonią ludzie z drużyny i pytają: »Dorota, będziesz? «. No i jestem. Ktoś musi na nich przecież czekać na mecie".

Wyróżniamy ją w kategorii Darczyńca, bo stoją za nią liczby. Koszulek Drużyny Szpiku wyszło z fundacji imienia Anny Wierskiej "Dar szpiku" już pięć tysięcy, a dzięki działalności fundacyjnego zespołu kilkadziesiąt tysięcy ludzi zarejestrowało się już jako potencjalni dawcy. Wyróżniamy ją i fundację nie tylko za dokonania, ale i ambicje.

Wyzwanie, które sobie postawili, jest ogromne. Chcą, aby w rejestrze potencjalnych dawców było nie 200 tysięcy ludzi, a 3 miliony. Do tego ich drużyna musi zamienić się w armię. Są na dobrej drodze.

Kategoria Weteran: Antoni Cichończuk

Antoni Cichończuk to postać inspirująca i ciekawa. Bo jak brzmi fakt, że jego onkolog w kartę zdrowia wpisuje mu wyniki kolejnych maratonów? Czy nie zadziwia to, że 28 tygodni po bardzo poważnej operacji przebiegł dychę w 44 minuty, a potem zdobył wicemistrzostwo świata w maratonie? Bo mistrzem świata i Europy już był.

No dobrze – powiecie – natura zawodowca, organizm hartowany od dziesiątek lat. Nie, nie, nie. Ten 65-latek zaczął biegać 11 lat temu. Do 54. roku życia prowadził dość charakterystyczne dla naszej długości i szerokości geograficznej życie. Można by je zdefiniować krótko: praca, działka, dom. Najpierw był żołnierzem, oficerem marynarki wojennej, a potem pracował w porcie, zarządzał ludźmi i ładunkiem statków. I nagle coś w nim pękło. Spojrzał w lustro i powiedział: "Dość".

Zaczęło się od jazdy na rowerze, a któregoś dnia ktoś zaprosił go na trening biegowy na sopockim stadionie. Weterani, którzy też tam trenowali, tylko cmokali z podziwem, że będzie z niego mistrz. Chudy i szybki.

Oto jest dzień

Pierwszy wyścig, który zaliczył, to było 10 kilometrów. Czas – 42:52. Potem był maraton we Wrocławiu, też pierwszy. Czas 2:56 i pierwsze miejsce w kategorii wiekowej. Po trzech latach wyjechał do Włoch na mistrzostwa świata i przywiózł stamtąd złoto z czasem 2:43:38. W Dębnie poprawił o sekundę rekord Polski (2:43:53), we Wrocławiu o znacznie więcej (2:43:22). Biega więc jak zegarek: jego wyniki różnią się od siebie ledwie sekundami.

Nie ma w tym żadnego przypadku. Jest talent, żelazna konsekwencja i dyscyplina. I właśnie te cechy czynią z niego prawdziwego herosa. Bo to one uratowały go od sportowej śmierci. Walka o powrót do sportu po chorobie była prawdziwą udręką. Bywało, że bóle tak się nasilały, iż po treningu zabierała go karetka pogotowia. Czasem zatrzymywał się na ulicy i krzyczał. Ale nigdy w czasie biegu.

"Treningi były dla mnie odpoczynkiem od cierpienia – wspomina. – Ktoś kiedyś powiedział mi, że trzustka nie bierze udziału w wysiłku sportowym. Może dlatego" – zastanawia się. Antoni Cichończuk czerpie dziś z życia pełnymi garściami. Choć organizm ciągle jeszcze staje mu w poprzek planów, to on konsekwentnie zmierza do celu. To jest dla niego w sporcie najważniejsze – kolejne wyzwania. To i romantyzm na treningach. W kajecie biegowym Antoni zapisuje każdą napotkaną sarnę.

"Trzeba się umieć cieszyć życiem, ale nie zapominać o naszej ostateczności. Każdego ranka powtarzam w myślach: »Oto jest dzień, który dał nam Pan, weselmy się i radujmy się nim«".

Wyróżniamy go w kategorii Weteran, bo mimo tego, że leci mu siódmy krzyżyk, ciągle jest mało młodych, którzy mogliby go prześcignąć. Mimo że przeszedł bardzo ciężką chorobę i operację, wrócił do biegania na najwyższym poziomie, i to stosując swoje metody rehabilitacyjne: najpierw uparty spacer, a potem zwyczajnie bieg.

Dziś stawia nowe cele w skali światowej, udowadniając, że nie tylko wiek nie ma znaczenia, ale że można zapomnieć o tak ciężkiej chorobie, jak rak.

Kategoria Nadzieja: Ewa Swoboda

"Jest ciężko i jest fajnie" – tak Ewa Swoboda podsumowuje fakt, że wyrosła na nadzieję polskiego, kobiecego sprintu. Bo że nadzieją jest, chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Ale gdyby jednak jakiś niedowiarek się znalazł, to proszę: w 2013 roku czterokrotnie, a w 2014 trzykrotnie poprawiła rekord Polski juniorek młodszych na 100 metrów.Zajęła czwarte miejsce na tym dystansie podczas mistrzostw świata juniorów młodszych w Doniecku i piątą lokatę podczas mistrzostw świata w Eugene. Zdobyła złoty medal mistrzostw Polski. No i jest z niej niezła zadziora.

Na przykład przeciwniczek z zagranicy nie ogląda przed zawodami na YouTubie. Dlaczego? "Bo wolę się nakręcić na stadionie" – mówi. A wystraszyła się kiedyś którejś? "Nie, raczej nie".

Sama przyznaje, że charakter ma zadziorny. Bywało nawet, że się na treningach buntowała. Ale trenerka, Iwona Krupa, znalazła na nią sposób i dziś Ewka już się nie buntuje. Może po prostu sama zrozumiała, że sport jest dla niej szansą. Co prawda myśli o studiach psychologicznych, bo trzeba mieć jakiś zapas, ale na razie w pełni koncentruje się na startach. Nawet szkołę zmieniła na taką, w której rozumieją, ile czasu musi poświęcać na sport. Ona sama też to rozumie.

"Każdy odpuszczony trening to może być setna sekundy podczas biegu – mówi 16-letnia sprinterka. – Dlatego nawet jak mi się nie chce, to się zmuszam. Czasem trzeba na przykład posłuchać jakiegoś energetycznego kawałka. Jakiś rock, techno. Wszystko, co szybkie".

Popularność i prędkość

Bo szybkość Ewa uwielbia. W bieganiu sprinterskim podobają jej się dwie rzeczy: prędkość i przekonanie, że każdemu może uciec. Ale na podwórku się nie ściga, bo szkoda zdrowia i wysiłku; czasem w kosza pogra. A czy jej wolno? "No, powiedzmy, że tak" – odpowiada. No tak, zadziora.

Ale do biegania nie zapałała miłością od pierwszego wejrzenia. Najpierw była niechęć i obojętność. Dopiero z czasem, jak zaczęło się naprawdę szybkie bieganie i wyniki, to połknęła bakcyla. Do tego stopnia, że dziś nie wyobraża sobie innego życia. "Nie mogłabym, tak jak na przykład Doda, rzucić biegania i zająć się śpiewaniem. No, nie".

Ewa nie ma chłopaka. Ma za to dumnego ojca. Jej zdjęcie z nim zalajkowało na Facebooku ponad 300 osób. Ale to i tak mało, bo jedno zdjęcie polubiło 1000. A znajomych na necie ma Ewa ponad 2000. "Jest dużo ludzi, jest fajnie" – podsumowuje radosna i energiczna dziewczyna. A hobby? Trochę czytać, trochę oglądać, trochę grać na komputerze, w "Need for Speed" na przykład. No i spać. Spać, spać i jeszcze raz spać. Bo regeneracja to też jej wielkie hobby.

Ale nie ma się o co martwić – swoich szans nie prześpi. Na pytanie, jakie cechy, oprócz zadziorności, są najważniejsze u sportowca, Ewa odpowiada: "Samozaparcie i konsekwencja".

Wyróżniamy ją w kategorii Nadzieja, bo to sprinterka, która pozwala myśleć o polskim dystansie 100 metrów kobiet w kolorowych barwach. W tym roku Ewa była pierwsza na kwalifikacjach Europy do igrzysk olimpijskich młodzieży w Baku i piąta na mistrzostwach świata juniorów w Eugene.

Do wyróżnienia w tej kategorii predestynują ją nie tylko wyniki, ale cechy charakteru. To młoda, energiczna, optymistyczna zadziora. Trzymamy za nią kciuki, żeby determinacja, którą ma, doniosła ją aż na same szczyty olimpijskiej kariery, stojącej przed nią otworem.

Kategoria Pionier: Drużyna 4 Deserts

Sahara – gorąco, Gobi – wietrznie, Atacama – sucho, Antarktyda – zimno. Każdy z biegów to 250 kilometrów do pokonania w siedem dni. Czyli, jakby nie licząc, maraton dziennie. Tak pokrótce można scharakteryzować wyścig, któremu sprostał Daniel Lewczuk wraz z dwoma kolegami.

Zaczęło ich czterech, ale skończyło trzech. Przetrwali ten wysiłek jeszcze Andrzej Gondek i Marek Wiekiera. Marcin Żuk przebiegł dwie pustynie i musiał sie wycofać. Reszta dobiegła bez niego, ciągle mając go w sercach i myślach. Ci trzej, który dotrwali do końca, są pierwszymi Polakami, którzy ukończyli to wyzwanie, więc pionierami można ich nazwać na bank. A czy są twardzielami?

Na przykład Daniel przed czterema pustyniami nie przebiegł maratonu, a tylko połówkę. "Ale trzy razy" – dodaje na swoją obronę. Zaczęli 16 lutego, a skończyli 11 listopada. Poza domem byli 38 dni.

"Albo biegaliśmy w upale po górach i pagórkach, albo było tak sucho, że połowie leciała krew z nosa, bo wyschła śluzówka, a połowa walczyła z zatykającym katarem, bo organizm jak zwariowany próbował nawilżyć nos. Albo nie oglądał nas nikt, albo pingwiny. Albo biegaliśmy dłuuuuugą prostą przed siebie, albo w kółko po kilkadziesiąt razy" – opowiada Daniel.

Kałuża, łóżko, dom

Co ich do tego skłoniło? Daniel odpowiada, że wyzwanie. To właśnie lubi. Na przykład z marszu zrobił pełnego ironmana. Ale i dla tych zaprawionych w biegach członków drużyny 4 Deserts była w wielu momentach udręką.

"Andrzej biega maratony w trzy godziny, Marka potliwość zaczyna się od setnego kilometra, ale mimo to wszyscy dostawaliśmy tam nieźle w kość. Trzeba było chwytać się dobrych, ciepłych myśli" – wyznaje Daniel. On sam myślał o żonie. Jak leżeli w śpiworach w kałuży wody, to wyobrażał sobie, że przytula się do niej w ciepłym, czystym łóżku. Ale bólu nie dawało się oszukać inaczej jak farmakologicznie.

Ten aspekt przygody z czterema pustyniami Daniel podsumowuje bardzo sugestywnie: "Mój przyjaciel ketonal". Nim właśnie tłumił ból kolana, a w myślach wracał do domu. A o czym myśli dziś, jako pierwszy Polak, który zaliczył 4 Deserts? O następnym wyzwaniu biegowym.

Choć wcześniej sprostać musi rodzinnemu: chce spłodzić potomka. Czekamy więc na młodego Lewczuka albo Lewczukównę i kolejny projekt tych nieco szalonych panów.

Wyróżniamy ich w kategorii Pionier, bo przed nimi nie dokonał tego żaden Polak. Daniel Lewczuk, Andrzej Gondek i Marek Wiekiera wpisali się na karty historii polskich biegów ultra. Zmierzyli się bowiem w tym roku z jednym z najtrudniejszych wyzwań, jakie mogą czekać maratończyka: biegiem 4 Deserts.

To wyzwanie fizyczne, psychiczne, ale i logistyczne. 38 dni poza domem, 38 dni udręki. Już planują kolejne wyzwania i znów mają to być działania pionierskie. Jakie? Na razie to wielka tajemnica.

RW 01/2015

REKLAMA