REKLAMA

Herosi RW: oto gwiazdy 2014 roku!

Bieganie to nie tylko uparte przebieranie nogami. To także przełamywanie barier, poszukiwanie ludzkich granic, nadzieje na przyszłość, walka ze swoimi słabościami, a czasem nawet - o życie. Zobacz, kto spośród polskich biegaczy i trenerów w 2014 roku pokazał, że biega się do celu.

Herosi Runner's World 2014

Sama przyznaje, że charakter ma zadziorny. Bywało nawet, że się na treningach buntowała. Ale trenerka, Iwona Krupa, znalazła na nią sposób i dziś Ewka już się nie buntuje. Może po prostu sama zrozumiała, że sport jest dla niej szansą. Co prawda myśli o studiach psychologicznych, bo trzeba mieć jakiś zapas, ale na razie w pełni koncentruje się na startach. Nawet szkołę zmieniła na taką, w której rozumieją, ile czasu musi poświęcać na sport. Ona sama też to rozumie.

"Każdy odpuszczony trening to może być setna sekundy podczas biegu – mówi 16-letnia sprinterka. – Dlatego nawet jak mi się nie chce, to się zmuszam. Czasem trzeba na przykład posłuchać jakiegoś energetycznego kawałka. Jakiś rock, techno. Wszystko, co szybkie".

REKLAMA

Popularność i prędkość

Bo szybkość Ewa uwielbia. W bieganiu sprinterskim podobają jej się dwie rzeczy: prędkość i przekonanie, że każdemu może uciec. Ale na podwórku się nie ściga, bo szkoda zdrowia i wysiłku; czasem w kosza pogra. A czy jej wolno? "No, powiedzmy, że tak" – odpowiada. No tak, zadziora.

Ale do biegania nie zapałała miłością od pierwszego wejrzenia. Najpierw była niechęć i obojętność. Dopiero z czasem, jak zaczęło się naprawdę szybkie bieganie i wyniki, to połknęła bakcyla. Do tego stopnia, że dziś nie wyobraża sobie innego życia. "Nie mogłabym, tak jak na przykład Doda, rzucić biegania i zająć się śpiewaniem. No, nie".

Ewa nie ma chłopaka. Ma za to dumnego ojca. Jej zdjęcie z nim zalajkowało na Facebooku ponad 300 osób. Ale to i tak mało, bo jedno zdjęcie polubiło 1000. A znajomych na necie ma Ewa ponad 2000. "Jest dużo ludzi, jest fajnie" – podsumowuje radosna i energiczna dziewczyna. A hobby? Trochę czytać, trochę oglądać, trochę grać na komputerze, w "Need for Speed" na przykład. No i spać. Spać, spać i jeszcze raz spać. Bo regeneracja to też jej wielkie hobby.

Ale nie ma się o co martwić – swoich szans nie prześpi. Na pytanie, jakie cechy, oprócz zadziorności, są najważniejsze u sportowca, Ewa odpowiada: "Samozaparcie i konsekwencja".

Wyróżniamy ją w kategorii Nadzieja, bo to sprinterka, która pozwala myśleć o polskim dystansie 100 metrów kobiet w kolorowych barwach. W tym roku Ewa była pierwsza na kwalifikacjach Europy do igrzysk olimpijskich młodzieży w Baku i piąta na mistrzostwach świata juniorów w Eugene.

Do wyróżnienia w tej kategorii predestynują ją nie tylko wyniki, ale cechy charakteru. To młoda, energiczna, optymistyczna zadziora. Trzymamy za nią kciuki, żeby determinacja, którą ma, doniosła ją aż na same szczyty olimpijskiej kariery, stojącej przed nią otworem.

Kategoria Pionier: Drużyna 4 Deserts

Sahara – gorąco, Gobi – wietrznie, Atacama – sucho, Antarktyda – zimno. Każdy z biegów to 250 kilometrów do pokonania w siedem dni. Czyli, jakby nie licząc, maraton dziennie. Tak pokrótce można scharakteryzować wyścig, któremu sprostał Daniel Lewczuk wraz z dwoma kolegami.

Zaczęło ich czterech, ale skończyło trzech. Przetrwali ten wysiłek jeszcze Andrzej Gondek i Marek Wiekiera. Marcin Żuk przebiegł dwie pustynie i musiał sie wycofać. Reszta dobiegła bez niego, ciągle mając go w sercach i myślach. Ci trzej, który dotrwali do końca, są pierwszymi Polakami, którzy ukończyli to wyzwanie, więc pionierami można ich nazwać na bank. A czy są twardzielami?

Na przykład Daniel przed czterema pustyniami nie przebiegł maratonu, a tylko połówkę. "Ale trzy razy" – dodaje na swoją obronę. Zaczęli 16 lutego, a skończyli 11 listopada. Poza domem byli 38 dni.

"Albo biegaliśmy w upale po górach i pagórkach, albo było tak sucho, że połowie leciała krew z nosa, bo wyschła śluzówka, a połowa walczyła z zatykającym katarem, bo organizm jak zwariowany próbował nawilżyć nos. Albo nie oglądał nas nikt, albo pingwiny. Albo biegaliśmy dłuuuuugą prostą przed siebie, albo w kółko po kilkadziesiąt razy" – opowiada Daniel.

Kałuża, łóżko, dom

Co ich do tego skłoniło? Daniel odpowiada, że wyzwanie. To właśnie lubi. Na przykład z marszu zrobił pełnego ironmana. Ale i dla tych zaprawionych w biegach członków drużyny 4 Deserts była w wielu momentach udręką.

"Andrzej biega maratony w trzy godziny, Marka potliwość zaczyna się od setnego kilometra, ale mimo to wszyscy dostawaliśmy tam nieźle w kość. Trzeba było chwytać się dobrych, ciepłych myśli" – wyznaje Daniel. On sam myślał o żonie. Jak leżeli w śpiworach w kałuży wody, to wyobrażał sobie, że przytula się do niej w ciepłym, czystym łóżku. Ale bólu nie dawało się oszukać inaczej jak farmakologicznie.

Ten aspekt przygody z czterema pustyniami Daniel podsumowuje bardzo sugestywnie: "Mój przyjaciel ketonal". Nim właśnie tłumił ból kolana, a w myślach wracał do domu. A o czym myśli dziś, jako pierwszy Polak, który zaliczył 4 Deserts? O następnym wyzwaniu biegowym.

Choć wcześniej sprostać musi rodzinnemu: chce spłodzić potomka. Czekamy więc na młodego Lewczuka albo Lewczukównę i kolejny projekt tych nieco szalonych panów.

Wyróżniamy ich w kategorii Pionier, bo przed nimi nie dokonał tego żaden Polak. Daniel Lewczuk, Andrzej Gondek i Marek Wiekiera wpisali się na karty historii polskich biegów ultra. Zmierzyli się bowiem w tym roku z jednym z najtrudniejszych wyzwań, jakie mogą czekać maratończyka: biegiem 4 Deserts.

To wyzwanie fizyczne, psychiczne, ale i logistyczne. 38 dni poza domem, 38 dni udręki. Już planują kolejne wyzwania i znów mają to być działania pionierskie. Jakie? Na razie to wielka tajemnica.

RW 01/2015

1 ... 2 3 4
STRONA 4 z 4

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA