Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.4

Iwona i Rysiek: Maraton z przerwą na wizytę w szpitalu

To miał być ich wielki dzień. Oboje przygotowali się solidnie do Maratonu Warszawskiego, oboje w noc poprzedzającą start nie mogli zasnąć, marząc o finiszu na Stadionie Narodowym. I oboje popełnili na trasie podobne błędy. Poznali się w szpitalu, a na metę wbiegli razem.

Maraton pod kroplówką fot. fotomaraton.pl; F11- pracownia/ f11.art.pl

Iwona, rocznik 1975. Graficzka komputerowa, fotografka. Fanka aktywnego spędzania czasu. Najpierw była wspinaczka skałkowa i wysokogórska – Mont Blanc, kilka 3- i 4-tysięczników w Alpach. I trekking w Himalajach – na szczyt Gokyo Ri (5375 m n.p.m.). W 2010 roku Iwona urodziła syna, Kostka.

"Brakowało mi gór. Co robić? Kiedy mały zasypiał, wskakiwałam w buty do biegania i ruszałam do Lasu Kabackiego. Wkręciłam się na dobre" – opowiada. Rok wcześniej wystartowała w swoim pierwszym "Biegnij Warszawo". "Właściwie prosto z marszu, bo startowały dwie koleżanki z redakcji. »Załapałyśmy się« do strefy VIP i było sympatycznie. Ale na mecie okazało się też, że mam całkiem niezły czas jak na debiut na 10 km: 52 minuty! Pomyślałam, że może będą ze mnie ludzie w bieganiu" – śmieje się Iwona.

Kostek rósł, a ona biegała coraz więcej. "Zaliczyłam dwa półmaratony warszawskie. Do pierwszego szykowałam się sama: miałam czas 2 godziny cztery minuty. Rok później przygotowywał mnie internetowy trener i poprawiłam czas o dziewięć minut" – opowiada.

W czerwcu 2012 roku pojechała na górski obóz Tatra Running. "Po nim byłam już pewna, że chcę przebiec maraton. Zaczęłam intensywne przygotowania. Na obozie poznałam Kubę Wiśniewskiego, który zgodził się ustawić mój trening, i Kubę Czaję, który doradzał mi w sprawach diety. Z takim wsparciem czułam się mocniejsza: miałam ambicję nie tylko dobiec, ale też uzyskać dobry czas" – mówi.

Trzy miesiące trenuje rzetelnie i zgodnie z planem. Nawet pięć razy w tygodniu. Opracowuje logistykę biegu – wzdłuż trasy rozstawia rodzinę i przyjaciół. Kluczową rolę ma odegrać Ewa – koleżanka z redakcji, która ma "dyżur" na 15. i 35. kilometrze. Ale na razie nikt tego nie przeczuwa. Iwona staje na starcie z cichym zamiarem "złamania" 4 godzin.

Ryszard, rocznik 1968. Wysoki, pogodny, energiczny. Z zawodu stomatolog. Zaczął biegać 3 lata temu. Delikatnie. "Kupiłem żonie bieżnię, ale skończyło się na tym, że to ja na niej trenowałem. Pomyślałem sobie, że fajnie byłoby wyjść w teren, i tak się zaczęło" – opowiada. Mieszka pod Warszawą, biega w okolicach Nadarzyna. Najpierw dwa razy w tygodniu, od roku już więcej. Nabrał apetytu na maraton.

"Poznałem Romana Magdziarczyka – świetnego chodziarza, olimpijczyka. Jesienią ubiegłego roku umówiliśmy się, że przygotuje mnie do maratonu łódzkiego w kwietniu. To były moje pierwsze tak poważne treningi. Przez pół roku 3-4 razy w tygodniu. Miałem dużo pracy: prowadzę dwa gabinety stomatologiczne, mam rodzinę. Nie mogłem trenować więcej, ale każdy trening traktowałem bardzo poważnie. Wiosną czułem się przygotowany" – opowiada.

15 kwietnia w biegu Łódź Maraton "Dbam o Zdrowie" osiąga wynik 3:59:20. "Biegłem gładko, spokojnie, bez ścian i większych kryzysów. Nie miałem żadnych skurczów, byłem z siebie zadowolony. Pomyślałem: »Teraz musowo Maraton Warszawski«. Byłem optymistą, uwierzyłem w swoje siły – wspomina Ryszard.

Latem trenuje trochę mniej, dokucza mu ścięgno Achillesa. Urlop spędza w Czarnogórze – tam biega po górach. Po wakacjach część treningów biegowych zastępuje jazdą na rowerze. Postanawia sprawdzić swoje siły na półmaratonie w Tarczynie. "Wynik 1:49 – dość dobry, tylko cztery minuty gorszy od »życiówki«. Wierzyłem, że wrześniowy maraton pójdzie mi tak samo gładko, jak ten w Łodzi" – opowiada. 30 września rano je standardowe śniadanie przed startem – chleb z dżemem. Na trasę zabiera ze sobą między innymi fiolkę z wysoko kofeinową odżywką. Zamierza wypróbować ją pierwszy raz.

Ambicja i kofeina

Spokojna pierwsza połowa. Rysiek biegnie tempem 5:20, 5:30 na kilometr. Korzysta z punktów pojenia i dożywiania, na 10. i 20. kilometrze przyjmuje łagodny żel energetyczny. "Biegło mi się świetnie. Ze strony maratonu ściągnąłem specjalny program na MP3: przebiegając obok zabytków i charakterystycznych budowli, wysłuchiwałem ich opisu. Miałem frajdę, bo opisy były ciut spóźnione w stosunku do mojego tempa. Czułem, że mam dobry czas, realną szansę, żeby zbić cztery godziny. Niosła mnie ambicja" – opowiada.

Po 30. kilometrze decyduje się zażyć odżywkę "specjalną". "Uzgodniłem z trenerem, że raz, 10 km przed metą, mogę sobie pozwolić na coś mocniejszego z kofeiną albo guaraną. Ale obaj nie sądziliśmy, że to »coś« będzie tak mocne. Kiedy kupowałem odżywkę, sprzedawca co prawda ostrzegał mnie, że nawet on, który ostro biega, ma po tym dziwne reakcje, ale pomyślałem: »Co tam, inni biorą, ja też łyknę«. Przede mną kupował to człowiek, który zachwalał jej efekty..." – opowiada Ryszard.

Maraton pod kroplówką fot. fotomaraton.pl; F11- pracownia/ f11.art.pl

W okolicach placu Trzech Krzyży zaczynają się pierwsze kłopoty – lekkie zawroty głowy. "Na rondzie de Gaulle’a jest już naprawdę niedobrze. Zaczynam biec zakosami, coraz bardziej kręci mi się w głowie. Ktoś do mnie podbiega i radzi, żebym się zatrzymał, usiadł. Mam tylko jedną myśl: »Nie, nigdy w życiu, moim celem jest meta!«. Broniłem się przed zatrzymaniem, ale w końcu ktoś stanowczo odciągnął mnie na bok i kazał mi usiąść. Wtedy krew, niepompowana pracą nóg w górę, odpłynęła z głowy i straciłem przytomność. Usłyszałem jeszcze tylko sygnał karetki pogotowia" – wspomina Ryszard. W karetce odzyskuje świadomość.

"Myślałem: »Co ja tutaj robię, do cholery? Przecież jestem niezniszczalny, jestem maratończykiem, muszę dobiec do stadionu!«" – opowiada. W tamtej chwili lekarze wkłuwają mu się w żyły, nagle jeden z nich mówi: "Przebiłem tętnicę". "Trysnęła krew, miałem zachlapaną koszulkę, w głowie kołatała mi się myśl: »Co powie żona, gdy zobaczy mnie w takim stanie? Na pewno zabroni mi biegać!«" – opowiada Rysiek. Karetka parkuje pod szpitalem na Solcu, z którego okien widać biegnących zawodników. Lekarz na izbie przyjęć jest uśmiechnięty i wyrozumiały: "Sam też kiedyś biegałem" – mruczy, badając Ryśka.

Musisz zejść

Dobry początek. Iwona się cieszy: ładny czas, nawet trochę szybciej niż chciała. Nie jest specjalnie zmęczona, je i pije w równych odstępach, nie przeszkadza jej słońce. Po 30. kilometrze ma już "na koncie" trzy tubki żelu energetycznego. I... zaczyna czuć się nieswojo. Ale nadal biegnie jak w transie. Na 35. kilometrze stoi Ewa – koleżanka z redakcji, też biegaczka. W oczach Iwony widzi coś dziwnego. Są inne, patrzą nieprzytomnie.

Zaniepokojona Ewa wsiada do tramwaju, żeby wyprzedzić Iwonę i jeszcze raz spotkać ją "od czoła". Od razu widzi, że dzieje się z nią coś niedobrego. "Tuż przed 39. kilometrem Ewa podbiegła do mnie, chwilę mi towarzyszyła, a potem zaproponowała, żebyśmy odeszły na bok. Nie chciałam, przecież musiałam biec dalej! Ale nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa..." – opowiada Iwona. Ewa zabiera ją na pobocze, radzi, żeby Iwona się położyła, bierze jej głowę na swoje kolana, prosi o sprowadzenie karetki.

"Byłam tak słaba, że nie mogłam odwrócić głowy, zrobić najmniejszego ruchu. Doszło do mnie, że przyjechała pomoc – ktoś badał mi puls i mówił, że nie może go wyczuć. Od razu podłączono mi kroplówkę. Pamiętam strzępy rozmowy: »Podajcie jej tlen«, »Ciśnienie 80 na 40«", »Żyły się zapadły«. Słyszałam, jak Ewa prosi, żeby mnie przykryli – było mi zimno, usłyszałam: »Stygnie nam!«. Ktoś okrył mnie folią NRC. Byłam naprawdę przestraszona. Najgorsze było to, że poczułam, iż tracę czucie w nogach, od końca palców stopniowo w górę. Pomyślałam: »Będę kaleką!«. Masowano mi nogi, a ja skupiłam się wyłącznie na słuchaniu Ewy, która robiła wszystko, żebym nie straciła kontaktu ze światem. Była nitką trzymającą mnie przy życiu. W końcu usłyszałam: »Zabieramy ją do szpitala«". "Jazda na sygnale, dość wstrząsające uczucie" – wspomina. W karetce kolejne wkłucie.

"Czułam, że pod skórą robi mi się wielki bąbel, który rośnie – igła nie trafiła w żyłę. Uspokojono mnie: to tylko sól fizjologiczna, powinna się wchłonąć. Jechaliśmy do szpitala na Solcu" – opowiada Iwona. W izbie przyjęć tylko jedno zajęte łóżko. Iwona dostrzega zakrwawioną koszulkę i numer startowy – też maratończyk. Kiedy ma już siłę przekręcić głowę, zagaduje: "Na którym kilometrze odpadłeś?". "Na czterdziestym" – odpowiada Ryszard. Przychodzi lekarz. Uśmiecha się – kolejna zawodniczka poza trasą.

Wstajemy!

"Co czułem? Zdziwienie, że znalazłem się w tym miejscu. Zaskoczenie – przecież mniej więcej w tym momencie miałem być na mecie" – opowiada Ryszard. Iwona potwierdza: "Tak, też byłam zdziwiona. Nie rozumiałam, jak to się mogło stać, przecież byłam przygotowana... Kiedy wróciło mi czucie w nogach, ucieszyłam się, że będę mogła chodzić, biegać. Ale przyszła nowa myśl: może nie jestem stworzona do biegów długodystansowych, nie mam predyspozycji i nigdy nie przebiegnę maratonu?".

Sympatyczny doktor uwija się przy swoich pacjentach: nawodnienie, witaminy, kroplówki. Szybka reanimacja. Z minuty na minutę oboje czują się lepiej. Jedno porozumiewawcze spojrzenie... Ryszard opowiada: "Doktor spojrzał na zegarek i powiedział: »Jeszcze zdążycie. Jesteście w dobrej formie, zmykajcie mi stąd. Szpital to miejsce dla chorych, nie dla was«".

Iwona dodaje: "Nie mieliśmy chwili zwątpienia. Podnieśliśmy się z łóżek. Mój mąż, który przyjechał z córką i synem do szpitala, oraz Ewa wstrzymali oddech. A my postanowiliśmy wrócić...". Zostało pół godziny do zamknięcia trasy. Biegną razem na most Poniatowskiego, ze szpitala to bardzo blisko. Towarzyszy im Ewa w "cywilnym" ubraniu. Wracają dokładnie w to miejsce, z którego karetka zabrała Ryśka. Ruszają. "Czas kompletnie przestał się liczyć – mówi Iwona. – Musiałam minąć metę, nie darowałabym tego sobie. Tyle przygotowań miałoby pójść na marne?".

"Biegliśmy spokojnym truchtem, czułem się świetnie, byłem nawodniony, wzmocniony, pełen energii" – dodaje Rysiek. Na ostatniej prostej dopingują ich zawodnicy, którzy dawno ukończyli bieg. Na stadionie publiczność klaszcze na stojąco. Końcowe metry: Iwona i Rysiek chwytają się za ręce, unoszą je w górę. Na metę wbiegają razem. Dwanaście minut przed wyłączeniem zegarów.

Czas brutto: sześć godzin, osiemnaście minut. Padają sobie w ramiona. Za chwilę zrobią sobie wspólne zdjęcie, wymienią się numerami telefonów. Odtąd będą w stałym kontakcie. Na razie, na linii mety, są szczęśliwi. Choć radość mimo wszystko miesza się z żalem.

Maraton pod kroplówką fot. fotomaraton.pl; F11- pracownia/ f11.art.pl

Rysiek: "Biegłem wtedy na rekord życiowy. Miałem szansę, ale chyba też za mało pokory wobec dystansu. Przed trasą maratonu trzeba czuć respekt. A ja byłem pewny siebie: udało mi się raz, bez ścian i innych problemów, uda się i teraz. Nie wolno sądzić, że jeden pomyślny bieg gwarantuje powodzenie w następnym. I trzeba słuchać innych, bardziej doświadczonych. Każde odstępstwo od słusznej rady może się zemścić.

Popełniłem błąd, biorąc niesprawdzoną odżywkę. Zlekceważyłem też kontuzję ścięgna. Zbiegło się kilka niesprzyjających faktów, których suma zdecydowała o przegranej. Najważniejszy dla mnie wniosek: trzeba bardzo uważać, co się »poda« organizmowi po 30. kilometrze. Zwłaszcza u biegających z czasem takim jak mój, czyli długim. Po trzech godzinach wycieńczony organizm reaguje tak jak go wspomagamy: mały błąd obróci się przeciwko nam, będzie miał przełożenie na wynik".

Iwona: "Wtedy było mi przykro, ale dziś nie żałuję, bo dostałam solidną lekcję. Już wiem, że prawdziwa walka podczas maratonu zaczyna się po trzydziestym kilometrze, gdy kończą się wszystkie zapasy. Na 12 ostatnich kilometrach pokutuje się za błędy popełnione w pierwszej części biegu.

Po maratonie wysłałam mojemu trenerowi i dietetykowi maile z dokładnym opisem tego, co jadłam, piłam, jak rozłożyłam siły. Okazało się, że zaczęłam w zbyt szybkim tempie: zamiast 5:40-45 było 5:25-30. A na takim dystansie każde 10 sekund różnicy na kilometrze ma wielkie znaczenie. Poza tym źle zrobiłam, przyjmując cztery żele kofeinowe – co najmniej dwa powinny być bez kofeiny. Przedobrzyłam. I chyba za mało piłam: mój organizm potrzebuje większego nawodnienia. Teraz już to wiem, na błędach się przecież uczymy".

Ostatni maraton?

Ryszard wymusił na lekarzu ze szpitala na Solcu, żeby wystawił mu pisemne zaświadczenie: to tylko chwilowa niedyspozycja, nic złego się nie dzieje, zawodnik może biegać dalej, choć powinien kontrolować stan zdrowia.

"To było mi potrzebne dla żony. Kiedy wróciłem po siedmiu godzinach, spytała zdziwiona: »Co tak długo?«. Nie mogłem ukryć śladów krwi na koszulce, więc opowiedziałem: »Wiesz, taką miałem przygodę... «".

Słuchała z szeroko otwartymi oczami. Podałem jej papier od lekarza. A ona wolnym ruchem... podarła go na kawałki i powiedziała: »To by twój ostatni maraton« – opowiada Ryszard z uśmiechem. Żonie troszkę przeszło. A on zapisał się już na marcowy półmaraton w Warszawie i maraton w Mediolanie, w kwietniu. Kilka dni po maratonie zrobił sobie echo serca – wszystko jest OK. Będzie dobrze.

Mąż Iwony żałuje, że nie widział jej na mecie: parkował samochód, nie zdążył. "Ale wyściskał mnie zaraz potem. Myślę, że był ze mnie dumny" – opowiada Iwona. Następnego dnia po biegu przyniosła swój medal do redakcji. Chciała oddać go Ewie. Ewa była wzruszona, ale medalu nie przyjęła. On należy się Iwonie.

Opinia lekarza

Dr n. med. Monika Skrzypiec-Spring, specjalista medycyny sportowej: Musimy pamiętać, że niewystarczające nawodnienie, niesprawdzone suplementy diety oraz brak gruntownej diagnostyki przed podejmowaniem ogromnych wysiłków fizycznych mogą skutkować nie tylko pobytem w izbie przyjęć, ale stanowić zagrożenie dla życia sportowca. U maratończyków często obserwuje się wzrost stężenia troponiny (białka, którego podwyższone stężenie jest charakterystyczne dla martwicy mięśnia serca), który od kilku do kilkunastu procent tych sportowców jest tak wysoki, jak u chorych z zawałem mięśnia serca.

Nie bez powodu w niektórych krajach, takich jak Francja czy Włochy, przed przystąpieniem do biegu maratońskiego trzeba legitymować się ważnymi badaniami lekarskimi dopuszczającymi do udziału w zawodach. W Polsce nie jest to wymagane, tym niemniej dla własnego bezpieczeństwa osoby podejmujące duże wysiłki fizyczne powinny ocenić swój stan zdrowia, a zwłaszcza układu krążenia, u lekarza uprawnionego do przeprowadzania takich badań.

Stosowanie suplementacji powinno być poprzedzone wykonaniem badań lekarskich i laboratoryjnych i również wymaga konsultacji z lekarzem specjalistą w zakresie medycyny sportowej. Biegajmy bezpiecznie!

RW 01-02/2013

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij