REKLAMA

Jak odzyskać wolność i radość biegania?

Pandemia koronawirusa zmusiła wielu z nas do zmiany nastawienia do życia, a co za tym idzie, również do przemyślenia sposobów, w jakie spędzamy czas wolny. Czy zwrot ku temu, co pierwotne, jest kluczem do odkrycia na nowo i odzyskania radości z biegania?

Jak odzyskać wolność i radość biegania? Nicholas Stevenson
rys. Nicholas Stevenson

Godzina po wschodzie słońca. Nie muszę tak wcześnie wstawać, bo łóżko od biurka dzieli zaledwie kilka kroków. Ptaki za oknem śpiewają już jednak od piątej, a mi zbyt wiele myśli dźwięczy w głowie, bym mógł spać choćby minutę dłużej. Poza tym jeśli poczekam jeszcze chwilę, przegapię moją ulubioną porę dnia.

REKLAMA

Początki to jak zawsze walka. Stawy bolą podczas wciągania dresu. Kiedy zamykam bramę i ruszam przed siebie, na myśl o czekających mnie kilometrach przewraca mi się w żołądku. Ale to minie. Jak zawsze. Po kilku minutach zostawiam wiejskie zabudowania w tle, przeskakuję ogrodzenie i wkraczam na pierwszą, dobrze mi znaną łąkę. Wygryziona darń, jeszcze mokra od nocnego deszczu, błyszczy w świetle nisko zawieszonego, porannego słońca. Nierównomiernie przycięte zarośla na drugim końcu pola odpowiadają za osobliwą grę światła, która tworzy dziwaczną aureolę w odcieniach złota i zieleni.

Dookoła mnie rozbrzmiewają głośne trele i, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystkie moje nocne lęki i zmartwienia wydają się teraz śmiesznie małe. Kolejna łąka jest bardziej zielona, a trawa wysoka tak, że muszę podnosić kolana niczym bocian. Słońce pada na moją twarz, niespodziewanie mocno ją ogrzewając. Zaczynam się pocić, ale jednocześnie czuję wszechogarniające odprężenie. Stopy i oddech odnajdują naturalny rytm, żołądek wraca na swoje miejsce.

Próbuję przypomnieć sobie wszystkie sprawy, które budzą we mnie strach. Znów kręci mi się w głowie, ale tym razem przez krótką chwilę. Jest przecież tyle innych rzeczy, o których mogę teraz myśleć: bladoniebieskie niebo, unosząca się tuż nad gruntem mgła, delikatny szum wiatru poruszający źdźbła trawy…

REKLAMA

REKLAMA

Jak odzyskać wolność i radość biegania? Nicholas Stevenson
rys. Nicholas Stevenson

Na trzeciej łące, do której docieram, rozprasza mnie brązowy cień rozbłyskujący znienacka gdzieś między zaroślami. Czy to lis? Moją uwagę przykuwa szelest, któremu towarzyszy trudny do określenia zapach.

Od tego momentu wszystko jest już tak samo, jak w każdy inny poranek. Zanurzam się w naturze, ani to szczęśliwy, ani nieszczęśliwy: po prostu nurkuję w nią tak głęboko, jak się tylko da. Z ciekawością dziecka pochłaniam zmysłami wszystko dookoła mnie. Wciąż jeszcze przemykają mi przez głowę myśli, jednak dotyczą one w większości tu i teraz.

Zaczyna lać jak z cebra. Powinno być nieprzyjemnie, ale nic sobie z tego nie robię. Spadające z nieba krople lodowatej wody uderzają o twarz, a ja czuję, że żyję. To jest realne: niczym niezmącona, niepodrobiona, fizyczna rzeczywistość, a wszystko w mojej głowie jest… odległe. Ulewa po chwili ustępuje promieniom słońca, które grzeją mnie w plecy, i po raz tysięczny zdaję sobie sprawę, jak uprzywilejowany jestem, mogąc biegać po tym cudownym świecie.

Przestań liczyć

Dlaczego Wam to opowiadam? Ostatni rok spowodował, że wiele myśli kłębi nam się w głowach, czujemy się psychicznie wypaleni i zmęczeni. Symptomy są różne: nerwowość, smutek, strach (również u bohaterów na co dzień stawiających zawodowo czoła pandemii), poczucie winy (u tych, którym udało się dotychczas wyjść z całej tej sytuacji bez szwanku). Lęk o przetrwanie czy widmo utraty pracy często dotyka nas lub naszych najbliższych, niektórzy muszą walczyć z głodem i zwątpieniem. Przyczyna jest jedna, a dla biegaczy rodzi ona jeszcze inną komplikację: bez możliwości startów w zawodach czy uczestniczenia w treningach grupowych tracimy ostatni wentyl bezpieczeństwa.

REKLAMA

Jak odzyskać wolność i radość biegania? Nicholas Stevenson
rys. Nicholas Stevenson

Zaliczam się do tych, którzy mają ogromne szczęście, rodzące jednocześnie poczucie winy. Mieszkam poza miastem i biegam sam. Bardziej interesuje mnie natura niż poprawianie własnych rekordów, dlatego koronawirus nie wpłynął znacząco na moje treningowe przyzwyczajenia. Ale to rzadki przypadek. Jeśli należysz do większości, dla której życie biegowe składa się z klubów, bieżni, startów, grup i wielkomiejskich maratonów, to miniony rok był co najmniej wyczerpujący. A jeśli rozpocząłeś rok 2020 z jakimś biegowym celem, to szczerze Ci współczuję.

Biegacze są oczywiście przyzwyczajeni do wyzwań, więc dla wielu czas ten był okazją do redefinicji tego sportu. I tu do gry wchodzą moje osobiste upodobania: w aktualnej sytuacji wiele przemawia za samotnym bieganiem skoncentrowanym na doświadczaniu przyrody, bez skupiania się na czasie lub dystansie.

Napisałem trzy książki o bieganiu. Pierwsza („Stopy w chmurach” – opowieść o biegach górskich) oraz trzecia („Today We Die a Little” – o Emilu Zatopku) zostały dobrze przyjęte przez biegową społeczność, przypuszczalnie dlatego, że opowiadają historie zawodników, którzy są o wiele bardziej utalentowani i interesujący ode mnie.

Druga książka, „Running Free”, wzbudziła z kolei sporo kontrowersji. Wydałem ją w 2014 roku jako opowieść o własnym „biegowym powrocie do natury”, a zatem o przeobrażeniu z relatywnie ambitnego, nastawionego na wyniki, uzbrojonego po zęby w elektronikę biegacza, w nieposiadającego zegarka, wiejskiego ekscentryka. Książka proponuje tym samym alternatywną filozofię biegową, która bazuje na uważności, doświadczaniu natury i duchowej odnowie.

Chodziło mi o ideę, wedle której po odrzuceniu całego gadżeciarstwa, które w ostatnich kilkudziesięciu latach stało się nieodłączną częścią biegania (drogie buty, inteligentne ubrania, zegarki z GPS itp.), dalej możemy uprawiać ten wspaniały sport. I że rezygnacja z tego „blichtru” paradoksalnie może uwolnić naszą głowę na tyle, byśmy mogli w pełni skupić się i rozkoszować czystą radością z pokonywania kilometrów.

REKLAMA

REKLAMA

Być może nie wyraziłem się zbyt precyzyjnie. Może moje przesłanie dla wielu było zwyczajnie nieistotne. Tak czy owak książka została przyjęta, mówiąc dyplomatycznie, tak sobie. Wielu czytelników było oczarowanych, niektórzy mówili, że to, co napisałem, odmieniło ich życie. Inni zarzucali mi obłudę, snobizm czy elitaryzm, a przede wszystkim brak szacunku do tych, którzy preferują inne podejście do biegania. Uznałem, że to nie fair. Nie chciałem bowiem nikogo urazić, a jedynie pokazać odmienny sposób postrzegania. Książka nie miała być krytyką, a wręcz przeciwnie, afirmacją czegoś pozytywnego – rodzaju biegania, które, w moim odczuciu, może nas wzbogacić.

Powrót do korzeni

W zeszłym roku znów częściej sięgałem po „Running Free”. Jak się okazało, nie byłem jedyny. Od początku pandemii zaskakująco wielu biegaczy nawiązało ze mną kontakt z powodu książki. Byli zachwyceni myślą, że w czasach lęku i izolacji nie mogą zrobić nic lepszego, by poprawić swoje samopoczucie, niż tylko zamienić trening w codzienną, niemal medytacyjną interakcję z naturą.

Związek między obcowaniem z przyrodą a poprawą nastroju jest dobrze udowodniony. Badania naukowe nieraz wykazały, że już samo przebywanie w otoczeniu zieleni może działać uspokajająco, a spacer po parku redukuje stres efektywniej niż przechadzka chodnikiem. Deszcz uwalnia z kolei zapach, który następnie unosi się znad podłoża (określa się go petrichorem) i aktywuje w mózgu obszary powiązane z odczuciem spokoju. Gdy zaś idziemy pod drzewami i wdychamy ich zapach, poprawia się funkcjonowanie układu odpornościowego i wzmacnia zdrowie psychiczne.

Myślą przewodnią „Running Free” było więc udowodnienie, że kombinacja obcowania z naturą z bieganiem i idąca za tym zwiększona uważność na przeżywane chwile mogą w spektakularny sposób poprawić nam samopoczucie.

REKLAMA

Osobiście zawsze miałem w sobie tę żyłkę pesymisty: skłonność do postrzegania swojego bytu w mrocznych momentach jako przewidywalnie szarego, ograniczonego i przygnębiającego, a siebie samego jako bezradnego i pozbawionego nadziei. W najtrudniejszych etapach życia bieganie stawało się uciążliwym obowiązkiem: kolejną rzeczą do odhaczenia w codziennej rutynie.

Dziś każdy trening daje mi czystą radość czerpaną z interakcji ze stale zmieniającym się krajobrazem. Nie muszę robić nic ponad skoncentrowaniem się na przeżywaniu i doświadczaniu biegu. Odrzucając wszelkie krótko- i długofalowe cele, zyskuję pewność, że cokolwiek złego by się działo, poczuję się po treningu ożywiony, silniejszy i wdzięczny za to, co mam.

Tego poczucia nie sprowadzam jednak wyłącznie do wydzielanych w organizmie endorfin – to także wpływ otoczenia, nieposkromionej, bujnej natury, która mnie pociesza i odświeża. Obrazy, dźwięki i zapachy fascynują mnie. Struktura podłoża daje mi poczucie zakorzenienia i przywiązania do ziemi.

A kiedy pozwalam sobie zapomnieć o celach, troskach i obowiązkach, daję mojemu wewnętrznemu „ja” możliwość naładowania baterii i samoregulacji. Powiem więcej: otwieram się na przyrodę, by ta mogła napełnić mnie nowymi siłami.

Jasne, zgadzam się, że mieszkanie na wsi wiele w temacie biegania w pięknych okolicznościach przyrody ułatwia. Ale wielkie miasto nie musi przecież oznaczać rezygnacji z natury. W ostatnim czasie pisali do mnie ludzie z dużych metropolii, żeby podzielić się ze mną swoimi spostrzeżeniami na temat symbiozy biegania z przyrodą. Wielu z nich wskazywało na to, że na równi z warunkami geograficznymi istotne jest ich własne nastawienie psychiczne.

REKLAMA

REKLAMA

Niemal nikt z nas nie ma tego szczęścia, by żyć w kompletnej dziczy. Ale zdecydowana większość ma w okolicy choćby jej namiastkę: park, rzekę czy łąkę. Dopóki prawa dyktuje tam przyroda, a nie człowiek, możemy uznać je za odświeżające. Jednak pamiętajmy, że ilość dobrej energii, którą wyciągniemy z takiego treningu, zależy w dużej mierze od naszej uważności.

Prawa natury

Przez dziesięciolecia byłem gadżeciarzem. Im bardziej skłaniałem się jednak ku „naturalnym” przyzwyczajeniom biegowym, tym mniej znaczące wydawały mi się wszelkie niezbędne wcześniej sprzęty. Stało się jasne, że nie potrzebuję topowych produktów. O wiele bardziej istotne jest, by dojść do ładu z własnymi myślami. Wraz z „powrotem do korzeni” przyszła refleksja nad istotą życia, a z czasem dostrzegłem, jak korzystna jest ta zmiana również z ekonomicznego punktu widzenia.

Przestałam patrzeć na bieganie jako konsument wydający pieniądze, żeby osiągnąć założony cel,  i zacząłem je traktować jako jedną z największych darmowych przyjemności – podobnie jak przyjaźń, seks czy śmiech. Ostatnim przystankiem w mojej psychologicznej podróży było szczególne przemyślenie. W ostatnich miesiącach wydaje mi się ono ważniejsze niż wszystkie inne.

Przemysł biegowy wtłacza nam bezustannie do głów, że nigdy nie osiągniemy swoich celów sportowych bez produktu X, Y lub Z. Co jednak by się stało, gdyby koniunktura gospodarcza załamała się z dnia na dzień i okazałoby się, że nie możesz sobie pozwolić na zakup tych wszystkich niezbędnych sprzętów? Porzucisz z tego powodu bieganie? Zrezygnujesz ze swoich sportowych marzeń? Czy może jednak nadal możesz trenować – dobrze, szybko i efektownie – nie wydając jednak na wyposażenie ani złotówki?

REKLAMA

Przyzwyczailiśmy się do przeświadczenia, że nasze społeczeństwo konsumpcjonistyczne będzie trwać wiecznie. Że na rynku zawsze będzie wzrost, powstawać będą wciąż nowe miejsca pracy i tak rozmaite rozrywki, za które tylko będziemy skłonni zapłacić. Co jednak, jeśli cała ta konstrukcja to kolos na glinianych nogach? Uspokaja i dodaje mi sił świadomość, że również w obliczu mogącego nadejść lada moment społecznego i gospodarczego kryzysu potrafię znaleźć spełnienie w tak prostej aktywności, jak stawianie kroku za krokiem.

Pisząc „Running Free”, zbyt optymistycznie oszacowałem ilość biegaczy, którzy podzielają moją potrzebę duchowego i emocjonalnego wzmocnienia. Ale po roku lockdownu wielu z nas zaczyna odczuwać odosobnienie. Ograniczony dostęp do rozrywek i życia społecznego uruchamia w nas potrzebę więzi i ciepła drugiego człowieka. Ze względu na reguły dystansu nie możemy praktykować większości z dotychczasowych form biegania. Niejeden z nas z powodu trudnej sytuacji ekonomicznej musiał też znacznie ograniczyć budżet na swoje hobby. Czy jednak filozofia oparta na powrocie do natury może nam pomóc w tym trudnym czasie?

Wielu nadal podchodzi do tego sceptycznie. Ale powiedzmy sobie szczerze: jeśli nie mieszkasz w Nowej Zelandii, niestety nie otwiera się przed Tobą wachlarz alternatyw. Skupienie na naturalnym bieganiu, rozkoszowaniu się chwilą i chłonięcie otoczenia wszelkimi zmysłami (w dodatku zupełnie darmowe!) może okazać się paradoksalnie najzdrowszą opcją w tych chorych czasach.

Ciekawski jak pies

Kiedy znacznie uprościłem biegowe przyzwyczajenia, jedyną „pomocą treningową”, z której nie zrezygnowałem, był mój pies. To od niego nauczyłem się najprostszej, a zarazem tak trudnej cechy – ciekawości. Teraz, trenując, stale zadaję sobie pytania: Co to za zapach? Co tak szeleści? Jakie zwierzę skrada się w tamtych zaroślach?

REKLAMA

REKLAMA

W uważnym bieganiu nie chodzi jednak wyłącznie o rozglądanie się dookoła. Chodzi też o to, by koncentrować się na własnych doznaniach. Zapomnieć o celu, tempie, parametrach i skupić się na tym, co aktualnie czuję. Co robią moje ręce i nogi w tym momencie, dokładnie w tej chwili? W jakiej relacji pozostaje mój ruch względem oddechu lub podłoża, po którym biegnę? Co poczuję, jeśli spróbuję w możliwie jednostajnym tempie pokonać najbliższy pagórek?

Naukowcy skłaniają się ku tezie, że rodzaj wytrenowanej uważności w bieganiu może przyczynić się do poprawy osiągnięć. Dla mnie wnioski te mają jednak znaczenie drugorzędne. Za najbardziej wartościowe w bieganiu uważam dobre samopoczucie, a to rzadko kiedy było tak drogocenne i ulotne, jak dziś.

Kiedy to czytasz, może rzeczywistość jest już nieco inna niż w momencie, gdy pisałem ten tekst. Mam nadzieję, że za jakiś czas sytuacja unormuje się na tyle, by każdy chętny mógł powrócić do swoich ulubionych aktywności – nawet jeśli tym samym ilość zwolenników „Running Free” drastycznie miałaby spaść. Jeśli jednak przyjdzie nam nadal żyć w sanitarnym reżimie pełnym maseczek i dystansu społecznego, pamiętajcie, że niemal zawsze możecie zaznać odrobiny szczęścia, wychodząc na świeże powietrze i szukając ukojenia w otaczającej Was przyrodzie. Bo ta „atrakcja” otwarta jest dla wszystkich, i w dodatku zupełnie gratis.

Warto przeczytać:

RW 05-06/2021

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA