[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.0

Jedna wątroba, dwa życia

Są zawody, w których stawką może być życie twoje i twoich najbliższych. I każdy dystans to przy nich bułka z masłem. Józef Brandenburg pokonał największego życiowego rywala - śmierć. Uratował ciężko chorą córkę, oddając jej część swojej wątroby. Dziś biegają razem.

fot. Jacek Heliasz/heliasz.com

Biegać zaczął w podstawówce. To były lata 60. ubiegłego wieku. Nie było komputerów ani programów rozrywkowych w telewizji. Dla młodych ludzi jedynym sposobem spędzania wolnego czasu była aktywność fizyczna w szkole i na podwórku. Pan Józef karierę sportowca zaczął od średnich dystansów: 1,5, 5 i 10 km. Upodobał sobie przeszkody. Zawodowo ścigał się przez 12 lat, do 1975 r. Paradoksalnie, jego szczególne predyspozycje objawiły się wtedy, gdy osiągnął status weterana. Aż pewnego dnia musiał się zatrzymać.

Córka w śpiączce

3 czerwca 2001 roku to data, którą zapamięta na zawsze. Mimo setek kilometrów oraz niezliczonych sprawdzianów sportowych, które miał już za sobą, najtrudniejszy test był dopiero przed nim. Jego 19-letnia córka zapadła w śpiączkę. Właśnie zdawała maturę, zaliczyła egzamin pisemny i uczyła się do ustnego.

„Z dnia na dzień białka się zażółciły. Poszliśmy do lekarza, który zadecydował, że Marta zostanie wysłana na obserwację do szpitala. Zasugerowano, że jest to wirusowe zapalenie wątroby typu B i podano jej interferon, po czym momentalnie zasnęła. To był absolutny szok".

Podejrzewano, że córce pana Józefa podczas nauki ktoś podał narkotyki. Przewieziono ją samolotem do Warszawy, ponieważ tam w klinice na Wolskiej była jedyna w Polsce aparatura, która przeczyszcza organizm. Po 24 godzinach ordynator oznajmiła państwu Brandenburg: „Lekarze z Poznania wydali diagnozę, że córka wzięła środki odurzające. Przebadaliśmy ją i nic nie wykryliśmy. To jest po prostu piorunująca marskość wątroby. Nie będzie wątroby, nie będzie życia".

„Nie zastanawialiśmy się ani przez chwilę, oboje zadeklarowaliśmy gotowość oddania organów" - wspomina pan Józef, a w jego głosie słychać silne emocje.

Była to pierwsza tego typu operacja w Polsce. Do tej pory nie przeszczepiano osobom dorosłym wątroby, która pochodziła od żyjących członków rodziny. Profesor Marek Krawczyk z warszawskiej Akademii Medycznej wcześniej obserwował, jak to się robi w Japonii i zdecydował się podjąć ryzyko. Nikt nie dawał żadnych gwarancji.

„Musieliśmy podpisać oświadczenie, iż zdajemy sobie sprawę z niebezpieczeństwa i nie będziemy domagać się zadośćuczynienia w przypadku nieudanego zabiegu..." - opowiada pan Józef.

REKLAMA

REKLAMA

fot. Jacek Heliasz/heliasz.com

Facet bez wyglądu

Badania wykazały, że ze względu na stan zdrowia pan Józef będzie lepszym dawcą. Pojawił się tylko jeden problem - niskie tętno, charakterystyczne dla biegaczy.

„Kiedy w szpitalu zobaczyli czterdzieści parę uderzeń na minutę u 46-letniego faceta, to chcieli mnie ratować, podejrzewając zapaść albo zawał. Dopiero wezwany pilnie kardiochirurg zrobił mi echo serca i oznajmił, iż taka reakcja organizmu jest zjawiskiem normalnym u sportowców".

Widząc zatroskane miny lekarzy, musiał tłumaczyć, że pracuje fizycznie jako listonosz, pokonując w ciągu dnia kilkadziesiąt pięter, i każdego wieczoru biega półtorej godziny dla utrzymania kondycji. Wszystkich zadziwił stan jego organów wewnętrznych. Profesorowie pytali: „Pan naprawdę ma tyle lat? Pan nie nadużywał nigdy alkoholu?".

Na sali operacyjnej zgromadził się tłum lekarzy - 21 medyków kiwało z niedowierzaniem głową. Podczas usypiania anestezjolog wyszeptała mu do ucha: „Niech Pan się nie stresuje, ale rozeszło się po klinice, że jest pacjent, co wyglądu nie ma, a posiada takie organy, że się w głowie nie mieści".

Później w telewizji pokazano, jak jego wątrobę wrzucają do specjalnej misy. Ponad pół kilo. Koledzy, jak to zobaczyli, nie mogli się nadziwić. „Józek, gdzie ty to, kurde, miałeś?!" - pytali. A on do wszystkiego podchodził z rozbrajającym, stoickim wręcz spokojem. Leżąc na stole operacyjnym, zdążył jeszcze powiedzieć do pani doktor: „Ja się prędzej przebudzę, niż się spodziewacie. Jeszcze rok, dwa i pobiegnę maraton...".

Operacja trwała ponad czterdzieści godzin. Dopiero o szóstej rano było wiadomo, że wątroba podjęła pracę. Na drugi dzień Marta już się obudziła, a po trzech dniach wstała na krótki spacer. Na wypisie z kliniki widnieje informacja: „nieustalona etiologia".

„Do dziś nie wiemy, co było faktyczną przyczyną śpiączki. Stwierdzono u niej piorunującą niewydolność wątroby. Półtora roku po zabiegu profesor zasugerował, iż przyczyną mógł być stres maturalny. Najważniejsze jednak, że Marta czuje się dobrze".

Ma 26 lat. Po przeszczepie skończyła szkołę, pracuje, zrobiła prawo jazdy. Często jeździ na badania do Warszawy i do końca życia musi brać leki przeciwodrzutowe, ale w żaden sposób jej to nie ogranicza. Odnosi nawet sukcesy w sporcie.

Osoby po przeszczepie twierdzą, iż od dawców przejmują pewne właściwości. Pan Józef jest niemal pewien, że od niego „zaraziła się" pasją biegania. Na Europejskich Igrzyskach Osób po Transplantacji i Dializowanych w Lubljanie zdobyła złoty i srebrny medal na 100 oraz 200 metrów. Marta jest także mistrzynią Polski na dystansie 100 metrów.

REKLAMA

fot. Jacek Heliasz/heliasz.com

Von Brandenburg

Po operacji wiele osób nie dawało mu szans na powrót pełnej aktywności fizycznej. Przez pierwsze 6 miesięcy był bardzo słaby. „Ledwo do bramki w domu dochodziłem, ale zacząłem pomału trenować. Najpierw dłuższe spacery, następnie marszobiegi. Rodzina bardzo się bała o moje zdrowie. Obawiali się, by coś mi się nie oberwało, była to bowiem nadal świeża rana" - opowiada.

Stopniowo przyzwyczajał organizm, rozciągając się, wykonując skipy i wieloskoki. W tych zmaganiach towarzyszył mu pies przyzwyczajony dotychczas do regularnego wysiłku u boku pana. Półtora roku później postanowił przebiec maraton poznański, żeby sprawdzić, czy nadal ma psychikę biegacza, czy nie stracił dawnej waleczności. No i o dziwo, złamał 3 godziny!

„Koledzy, którzy nie wierzyli, iż będę w ogóle biegał, nie mogli wyjść z podziwu. Mówili podekscytowani: Ty jednak masz charakter czystego Aryjczyka - przed wojną von, po wojnie Brandenburg".

Jak wszedł w kategorię 50 lat, to wygrywał niemal wszystkie zawody amatorskie. Pełna konsternacja - bez połowy wątroby można takie wyniki robić?! Ukoronowaniem tych wysiłków było zdobycie tytułu Mistrza Europy Weteranów na dystansie 3000 metrów z przeszkodami. Kiedy w klinice profesor dowiedział się, że jego pacjent biega, powiedział tylko: „Pan to jednak jest kozak".

Józef Brandenburg nie zamierza zawiesić swoich sportowych butów na kołku. „Nie ma, że boli. Lekarze, jak się dowiedzieli o moich startach w maratonach, mówili, żebym się nie męczył. Dla nich to było za szybko. Wiedziałem, że wrócę, ale nie spodziewałem się, że z takim sukcesem! W tym roku są Mistrzostwa Europy Weteranów w Lublanie. Ostatni tydzień lipca, pierwszy tydzień sierpnia. Trzeba będzie pojechać".

Józef Brandenburg

Bez ruchu nie wyobraża sobie życia. Biegał zawodowo jako młodzik w Górniku Wałbrzych, później ścigał się z najlepszymi zawodnikami podczas służby w wojsku. Brał udział w pierwszych Biegach Lechitów. Jego praca to też nieustanna gonitwa. Jako listonosz dba, aby paczki, listy i inne przesyłki dotarły do każdego na czas.

Kiedy córka zapadła w śpiączkę, a jedynym ratunkiem okazał się natychmiastowy przeszczep wątroby, wiedział, że i tu ważna jest umiejętność finiszowania. Wytrzymałość i sprinterska decyzja uratowały życie 19-letniej wówczas Marty. Dla niej wygrał ten bieg.

I nie zamierza przestać wygrywać - właśnie myśli o zbliżających się Mistrzostwach Europy Weteranów w lekkiej atletyce. Jeden tytuł ma już na koncie - w 2006 roku zdobył złoty medal na 3000 m z przeszkodami w kategorii wiekowej do 50 lat.  

RW 02/2008

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij