[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.3

Jerzy Skarżyński: Jak rozbiegałem 50 tysięcy Polaków

Był znakomitym maratończykiem, z życiówką 2:11:42, ale dziś, po sześćdziesiątce, stał się rekordzistą Polski, a kto wie, może i świata w... pisaniu o bieganiu. Z jego bestsellerowych książek dla biegaczy skorzystało już 50 tysięcy czytelników. Dlatego w Alei Gwiazd Maratonu Jerzy Skarżyński ma tabliczkę z zaszczytną funkcją: Trener Polaków.

Jerzy Skarżyński, trener Polaków, czyli jak rozbiegałem 50 tysięcy Polaków Jerzy Skarżyński (fot. Tomasz Woźny)

Luty 2018. Jerzy Skarżyński zapewnia, że o każdym ze swoich najważniejszych biegów w życiu mógłby rozmawiać całą noc, ale musimy kończyć, bo dziś znów kilkunastu Polaków w wieku wszelakim zapragnęło rozpocząć swoją przygodę z bieganiem. Ale chcą to robić nie tylko nogami, ale i z głową, zamówili więc książkę, którą autor pakuje i wysyła do przyszłych „zwycięzców”. Bo jak napisał w 2002 roku już w swojej pierwszej publikacji „Biegiem po zdrowie” (poszerzanej i wznawianej już 5 razy, teraz pt. „Biegiem przez życie”), dla niego zwycięzcą staje się już ten, kto regularnie, bez względu na pogodę i samopoczucie, trzy razy w tygodniu wychodzi na trening.

Nie biegaj, trenuj!

To motto „metody Skarżyńskiego”, powtarzane już od 16 lat, jest wyzwaniem dla amatorów tego pięknego sportu. Sam ma już w nogach… 180 tysięcy kilometrów. To nie szacunki – w jego najnowszej książce „W biegu, czyli rozmyślnik maratończyka”, najbardziej autobiograficznej i opisującej także wyczynową karierę sportową (trwającą od 1976 do 1992 roku), odnotowuje niemal każdy przebiegnięty kilometr. Ba, są tam także międzyczasy wynotowane z dziesiątek zawodów: od biegów na 800 metrów po 40 maratonów, w których startował (od Warszawy, przez Hiroszimę i Melbourne po nowozelandzkie Auckland), a nawet osiągane na ważnych treningach.

Skarżyński skrupulatnie wylicza, w jakim tempie biegał serie przedmaratońskich, ukochanych „tysiączków” (dziś się mówi „kilometrówek”) czy przetarciowe „czterdziestki”. To niewiarygodne, ale przy każdym treningu odnotowuje, jakie ma samopoczucie (jak się „czuje luzy”, to jest OK), albo na której trasie leży śnieg i czy biegnie pod wiatr. Dowiemy się też, co w tym czasie było na listach przebojów Trójki, a co na liście Billboardu. A nawet co wydarzyło się w Polsce albo na świecie, gdy akurat startował w zawodach lub był na obozie w mekkach i stolicach polskiego maratonu – czyli w Szklarskiej Porębie, Krynicy albo Dębnie.

REKLAMA

REKLAMA

Jerzy Skarżyński, trener Polaków, czyli jak rozbiegałem 50 tysięcy Polaków W pierwszym maratonie wystartowałem, ponieważ klubowi potrzebne były punkty. I stał się moim dystansem - wspomina Jerzy Skarżyński (fot. archiwum prywatne)

„A wie pan, a ja chyba 35 lat temu, jako dzieciak, widziałem pana bieg na 10 000 metrów w Kaliszu?” – pytam, a właściwie sprawdzam wiarygodność i skrupulatność biegowego autora.

„Chwileczkę… A, tak, wrzesień 1984, II Liga Lekkoatletyczna. Zdublowałem wszystkich co najmniej dwa razy. Ale wynik był ponad 30 minut, bo stadion był kiepskiej jakości, taki czerwony żużelek. Ten wynik może być rekordem do dziś, bo tam się szybciej nie dało biegać”.

Jak to możliwe, że Jerzy Skarżyński to wszystko pamięta?

„Mam dzienniczki treningowe od 1977 roku, dzięki którym mogę odtworzyć każdy dzień, nie tylko treningowy, ale także, że na przykład po przebiegnięciu dookoła jeziora Głębokiego poszedłem do kina na »Absolwenta« z muzyką duetu Simon & Garfunkel” – odnotowuje późniejszy inżynier elektronik, na którego przez kilka lat czekała praca w Fabryce Domów w Szczecinie.

„Albo że, grając w brydża w akademiku Politechniki Szczecińskiej, popijaliśmy popularny studencki koktajl złożony z najtańszego wina mieszanego z najtańszą wódką i puszką soku pomarańczowego Dodoni. Ech, studenckie życie! Biegać mi się zachciało, więc nie mogłem w pełni korzystać z jego uroków” – wzdycha pan Jerzy, bo życie w biegu zwyciężyło…

 40 lat formy

18 czerwca 2016 roku, godz. 23.22, Nocny Półmaraton Wrocław. Skarżyński wpada na metę z czasem 1:22:26. „Gdybym wiedział, że rekord Polski wynosi 1:22:05... Byłem w stanie pobiec szybciej i urwać te 20 sekund” – przyznaje maratończyk.

Chodziło o rekord Polski 60-latków, bo Skarżyński urodził się w styczniu 1956 roku, dokładnie trzynastego w piątek. To wyśmienity wynik, a przecież karierę wyczynową zakończył w 1992 roku – na placu Warszawskim w Paryżu. Wiedząc, że nie ma szans na dobry wynik, zszedł z trasy na 30. kilometrze Maratonu Paryskiego. I postanowił, że 20 lat codziennego wyczynowego treningu i 40 startów w maratonach naprawdę wystarczy, choć właśnie bił swoje rekordy kilometrażowe: w styczniu 1992 przebiegł 927 km.

REKLAMA

Jerzy Skarżyński, trener Polaków, czyli jak rozbiegałem 50 tysięcy Polaków Jerzy Skarżyński już jako zawodnik stał się trenerem młodszych kolegów. Potem zajął się też przygotowywaniem do biegania amatorów (fot. Tomasz Woźny)

„To był głęboooki wdech ostatniego tchnienia – żartował. – Place de Varsovie to taka ładna klamra, bo przecież zacząłem w Warszawie w 1980, gdzie miałem pobiec tylko po ligowe punkty, a zająłem 2. miejsce i zdobyłem klasę mistrzowską”.

Ale dla Skarżyńskiego koniec kariery (choć potem jako 45- i 55-latek zdobywał jeszcze medale mistrzostw Europy weteranów na 10 000 m i w półmaratonie) był też początkiem kolejnego etapu życia „w biegu”: jako organizatora, trenera, w końcu „Tomasza Hopfera XXI wieku”, czyli popularyzatora biegania dla wszystkich.

Wynik osiągnięty we Wrocławiu pokazał, że jako 60-latek nadal jest w szczycie formy i rankingów biegaczy, oczywiście w swojej kategorii wiekowej. „Czyli utrzymywałem ją na najwyższym poziomie od roku 1976 do 2016 roku” – stwierdza człowiek, który wie, jak to zrobić. Czyli jak być sprawnym i zdrowym po pięćdziesiątce (ale także po sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce). Opisał to w następnej książce, która ukaże się w maju. No i… powróci do biegania, choć już bardziej rekreacyjnego.

Zobacz także: Jerzy Skarżyński odpowiada Czytelnikom RW - cz. 1

Przed rokiem, w lutym 2018, doznał poważnej kontuzji stawu biodrowego. Rehabilitacja nic nie dała – wciąż boli, potrzebna będzie operacja. „Nie jest to miłe, ale jak mówią bliscy, raz na 45 lat kariery rok przerwy w bieganiu mi się przyda” – mówi Skarżyński. Bo przecież marszobiegi nie wchodzą w grę...

Maratończyk musi biec

„Przed maratonem w Krakowie podeszła do mnie zdenerwowana dziewczyna, która przygotowywała się na planach z mojej książki do debiutu i poprosiła, żeby dał jej jedną, ostatnią radę. »Słuchaj, masz przebiec ten dystans. Jak się pojawią problemy, to zwolnij, nawet do truchtu, ale cały czas biegnij. Tylko tak staniesz się prawdziwą maratonką« – opowiada Skarżyński. – Po biegu rzuciła mi się w ramiona i rozpłakała się ze szczęścia. »Gdy miałam straszne kryzysy, pana słowa tkwiły mi w głowie i wciąż sobie powtarzałam, że muszę biec, muszę biec!«. I się udało”.

REKLAMA

REKLAMA

Jerzy Skarżyński, trener Polaków, czyli jak rozbiegałem 50 tysięcy Polaków Loredo, 1983 rok. Maraton z kontuzją od 25. kilometra, ale drużyna narodowa, więc trzeba „dokuśtykać” w czasie... 2:22:10 - opowiada Jerzy Skarżyński (fot. archiwum prywatne)

Skarżyński, który opisuje całe dzieje maratonu począwszy od Filippidesa i wszystkie najważniejsze biegi w historii, uważa, że to tak legendarny dystans, że każdy, kogo wciągnęło bieganie, powinien zostać maratończykiem, czyli choć raz w życiu go przebiec. By doświadczyć tego niepowtarzalnego zmęczenia i udowodnić sobie, że jego organizm jest zdrowy: fizycznie i psychicznie. Jego zdaniem każdy – no, prawie każdy – jest w stanie to zrobić.

„Ale na starcie powinno się stanąć, gdy jest się na tyle przygotowanym, że się ten dystans przebiegnie. Bo nie chodzi o to, żeby maraton ukończyć, tylko żeby go przebiec. To jest konkurencja biegowa, a nie chód – podkreśla Jerzy Skarżyński. –  Wynik jest nieważny: jeśli biegniecie od startu do mety, to wasz medal jest znacznie cenniejszy od medalu tych, którzy mieli lepszy czas, ale część trasy przemaszerowali”.

Tu Trener Polaków jest zasadniczy. Uważa, że znana marszobiegowa metoda Gallowaya to po prostu marszobieg wymyślony dla leniwych Amerykanów, którzy nie byli w stanie przygotować się do przebiegnięcia królewskiego dystansu 42 195 metrów, a pragnęli jakoś dotrzeć do mety i odebrać medal.

Akordeon czy szachy?

Jerzy Skarżyński zadedykował najnowszą książkę swojej maleńkiej wnuczce z nadzieją, że lektura „przemyci kiedyś do jej życia radość z biegania”, a może sprawi, że kiedyś pokona maraton. Jest zwolennikiem pokazywania dzieciom różnych życiowych możliwości i próbowania wszystkiego, na co mają ochotę.

W dzieciństwie też tak miał: chciał grać na akordeonie, więc spędził dwa lata w szkole muzycznej, chciał być kolarzem i zasuwał po szosach – przynajmniej do kraksy, w której zniszczył rower, grał w szachy, w grę wchodziła kulturystyka, piłka… Ale pierwsze sukcesy w szkolnych i lokalnych zawodach biegowych były tą „iskrą”.

REKLAMA

Jerzy Skarżyński, trener Polaków, czyli jak rozbiegałem 50 tysięcy Polaków Jerzy Skarżyński (fot. Tomasz Woźny)

„Świadomość, że jestem najlepszy w mistrzostwach powiatu, bardzo mnie rajcowała. Potem, gdy zająłem siódme miejsce w województwie, wielu powiedziałoby, że »dopiero siódme«, a ja cieszyłem się, że aż siódme. Każdy kolejny dobry bieg, nawet przegrany, był dorzucaniem drew do ogniska, które rozpaliło we mnie miłość do biegania” – wspomina.

I choć w kolejnych rankingach najlepszych 50 biegaczy na dystansach jeszcze długo był bardzo daleko (albo w ogóle go nie było), jego optymizm, upór, konsekwencja i coraz większa praca, jaką wykonywał na treningach, sprawiły, że doszedł do momentu, że jego wynik (2:12:37, a potem 2:11:42) stał się czwartym czasem w historii polskiego maratonu (dziś, po 35 latach, jest to 20. czas, który jednak dawałby zwycięstwo w wielu biegach).

Ale, jak często podkreśla, wpływ na to, co się wydarzało w jego biegowym życiu, miały też dwie mityczne postacie, zresztą z Olimpu. Mojra i Tyche, greckie boginie odpowiedzialne za ludzki los i przypadek, często „biegały” obok niego. Czuł, że wskazywały mu drogę na życiowych zakrętach i ratowały z opresji. Ale dwukrotnie nie potrafiły spełnić wielkiego biegowego marzenia biegacza, zresztą każdego sportowca. Dwa razy zakwalifikował się bowiem na igrzyska olimpijskie, a mimo to nie dane mu było pobiec na królewskim dystansie podczas najważniejszej imprezy na świecie.

W 1984 roku słuchał Mazurka Dąbrowskiego na maratonie w Wiedniu, gdzie był drugi za Antonim Niemczakiem, ale kosmiczny wówczas czas 2:12:37 na nic się zdał, bo Polska z przyczyn politycznych zbojkotowała igrzyska w Los Angeles. „Zamiast tego pojechałem na dożynki olimpijskie, jak mówiono o »zastępczych« igrzyskach dla krajów socjalistycznych” – wspomina Skarżyński, który zajął tam czwarte miejsce, wygrywając zresztą z etiopskim mistrzem świata.

REKLAMA

REKLAMA

Jerzy Skarżyński, trener Polaków, czyli jak rozbiegałem 50 tysięcy Polaków Jerzy Skarżyński ze złotym medalem XI Maratonu Pokoju na okładce magazynu "Sportowiec" (fot. archiwum prywatne)

Potem, w 1988 roku, nie poleciał także do Seulu. Zakwalifikował się dwukrotnie, ale Polski Komitet Olimpijski wciąż wymyślał kolejne kryteria, by w końcu… nakazać wziąć udział w jednym z najdziwniejszych zawodów eliminacyjnych na świecie: biegu na 30 km w Brzeszczach, w potwornym upale, w którym wystartowało… trzech najlepszych polskich maratończyków. Do mety dotarło dwóch: Bogusław Psujek i Jerzy Skarżyński, którzy walczyli do ostatniego metra, bo zwycięzca miał zapewniony wyjazd na igrzyska.

Po dramatycznej pogoni Skarżyńskiego i sprinterskim finiszu wpadli na metę jednocześnie. I obu uznano za zwycięzców. Jurek czuł, że wygrał o parę setnych sekundy (to się czuje, tak mają też sprinterzy), ale nie sprawdzał zapisów fotokomórki, bo wiadomo było, że w Seulu wystartują obaj. Uznano jednak, że… się umówili i za karę nie zamierzano wysłać żadnego.

„To była bzdura, bo o tym biegu i naszej rywalizacji można było nakręcić świetny hollywodzki film” – uważa do dziś maratończyk. Odwołania poskutkowały: decyzję zmieniono, ale happy endu nie było. Bo ostatecznie… maratończyków skreślono ze składu reprezentacji. Oj, Aleksander Kwaśniewski, ówczesny szef PKOl, nie zachował się wtedy fair play, niszcząc największe sportowe marzenie Jerzego Skarżyńskiego.

Zobacz także: Jerzy Skarżyński odpowiada Czytelnikom RW - cz. 2

„W moim przypadku to były nawet trzecie igrzyska, na które nie pojechałem, bo wcześniej, w 1980 roku, zostałem akademickim mistrzem Polski w przełajach, a nagrodą był wyjazd na igrzyska w Moskwie jako kibica. Ale wtedy właśnie… wzięto mnie do wojska”.

Opisy treningów w wojsku na zmianę z kierowaniem czołgiem, którego Skarżyński był dowódcą, spóźnionego o parę godzin powrotu z przepustki po Maratonie Pokoju oraz nocnego biegu po torach kolejowych na obóz biegowy – to kolejne z dziesiątek barwnych przygód życia maratończyka szarej polskiej rzeczywistości lat 80. ubiegłego stulecia, o których Skarżyński opowiada z humorem w swoim maratońskim rozmyślniku.

REKLAMA

Jerzy Skarżyński, trener Polaków, czyli jak rozbiegałem 50 tysięcy Polaków Moje życie wciąż toczy się w biegu. To wielka frajda być „Trenerem Polaków” - mówi Jerzy Skarżyński (fot. Tomasz Woźny)

Najważniejszy bieg w życiu? "Nie potrafię wymienić jednego – wiele z nich ma niezwykłe historie. I ten pierwszy Maraton Pokoju w 1980 roku, gdy byłem drugi, i trzy biegi z medalem mistrzostw Polski w maratonie. I ten rekordowy na 2:11:42, i te w Stanach, Japonii czy Australii. Zwycięskie i te, na których schodziłem z trasy - wylicza pan Jerzy. - Za to w Szczecinie stałem się sławny po triumfach w „Szczecińskiej Dwudziestce”. Do dziś brzmi mi w uszach, gdy biegłem treningowo, a podchmielony przechodzień wołał: Zapie...j, zapie...j, Skarżyńskiego i tak nie pokonasz!”.

Uczyłem się amatorów

„Panie Jurku, dzięki panu poprawiłem życiówkę…”, „Biegam na pana planach…”, „Zrozumiałem, co w maratonie jest ważne…” – piszą czytelnicy, a dla Skarżyńskiego wielką frajdą jest to, że w Alei Gwiazd Maratonu w Sobótce jest odcisk jego buta z napisem „Trener Polaków”. Ale nawet w 2002 roku nie miał pojęcia, że jego pierwsza książka (a potem kolejne) tak rozbiega ludzi.

„Gdy ją pisałem, w Polsce biegali tylko mniej lub bardziej zaawansowani biegacze, amatorów jeszcze nie było” – Jerzy Skarżyński zwierza się, że wtedy nie wiedział nic, a nawet nie rozumiał biegowych problemów ludzi, którzy zaczynali od zera. Ale szybko się tego nauczył, „ponieważ pojawiły się najpierw setki, a potem tysiące amatorów, którzy kompletnie nic nie wiedzieli o bieganiu i trzeba było ich wprowadzić w prawidłowy trening”. A to ważne, ponieważ „bieganie może być przyczyną wielu problemów” i – tak jak w reklamach – „zanim zaczniesz aplikować jakiś lek, skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą”.

„No to stałem się chyba pierwszym takim człowiekiem, z którym można się skonsultować, żeby biegać dla zdrowia i szczęścia, które nam daje w życiu” – kończy z dumą Skarżyński. I tak już chyba pozostanie.

Warto przeczytać: Marczak, Psujek, Huruk: 3 muszkieterów polskiego maratonu

RW 03-04/2019

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij