Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Jubileuszowe wyznanie [felieton Jacka Fedorowicza]

Pięćdziesiąty! No kto by pomyślał. Redakcja RW właśnie podała mi wyniki swych żmudnych obliczeń. Wyszło im, że ten felieton będzie moją 50 wizytą na łamach.

Dziękując Czytelnikom i Redakcji za cierpliwość, postanowiłem z okazji jubileuszu napisać coś, co by zahaczało o liczbę „pięćdziesiąt”. Niestety, lat 50 przekroczyłem już dawno, liczby przebiegniętych w życiu kilometrów wycenić na 50 tysięcy trochę się boję, choć podejrzewam, że było ich właśnie tyle, ale jestem słaby w rachunkach. Opowiem więc może zdarzenie sprzed lat dokładnie 50. Drobne, ale pamiętne, bo dzięki niemu nagle zdałem sobie sprawę z pewnego kretyństwa popełnianego uparcie w latach młodości.

W roku 1953 zrobiłem maturę w liceum na warszawskim Mokotowie. Mieszkałem w Śródmieściu. Oczywiście do szkoły jeździłem. Jeździli wszyscy – dojeżdżanie było czymś w rodzaju wyzwania, choć może też zadośćuczynienia mieszczańskim tradycjom, bo z wygodą nie miało absolutnie nic wspólnego. Nikt z młodszych ode mnie nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak wyglądała warszawska komunikacja w latach 50. Stare, jeszcze przedwojenne tramwaje, małe, w małej liczbie, garstka autobusów marki Chausson, pięć linii trolejbusowych – niech jednak liczba linii nikogo nie zmyli. Jeździło to wszystko rzadko i bez jakiegokolwiek rozkładu, we wszystkich pojazdach wszystkich linii – i tych elektrycznych, i tych benzynowych – panował tłok nie do opisania.

Zaczynałem podróż na Marszałkowskiej róg Królewskiej, pierwszych kilka przystanków wisiałem na stopniach jako część składowa tzw. winogrona. Gdzieś w okolicy budowanego właśnie MDM udawało mi się wepchnąć do środka; dokładnie sprasowany wydostawałem się jakoś z tramwaju dzięki temu, że mój przystanek wysiadkowy był tuż przed pętlą na Wierzbnie i tam tłum już się trochę przerzedzał.

10 lat po maturze stałem się dość niespodziewanie gwiazdą telewizji dzięki programowi Jerzego Gruzy „Poznajmy się”, który prowadziłem do spółki z Bogumiłem Kobielą. Uzbierałem pieniądze i kupiłem starą, używaną Skodę. Zacząłem poruszać się po Warszawie niezależne od komunikacji miejskiej. I nagle – a było to właśnie dokładnie 50 lat temu – samochód się zepsuł. Miałem akurat ważną sprawę na Mokotowie. Ze wstrętem odrzuciłem wszelką myśl o tramwajach, na taksówkę nie chciało mi się czekać (to były czasy, kiedy tabliczka „TAXI” nie wyznaczała miejsca, w którym stoją taksówki, czekając na pasażerów, tylko miejsce, w którym długa kolejka potencjalnych pasażerów stała, czekając na taksówkę) i zdecydowałem się pójść na piechotę.

W okolicy MDM byłem już solidnie zmęczony. Kiedy wdałem się w Puławską, zdarzyła mi się maratońska „ściana” znana jako syndrom 30. km (naprawdę był trzeci najwyżej), ale gdy osiągnąłem pętlę Wierzbno, byłem w stanie euforii. Doszedłem! Całą godzinę to trwało, ale doszedłem na własnych nogach. Wtedy zacząłem rozmyślać, czy przypadkiem nie robię głupstwa, uważając, że naturalną pozycją człowieka w ruchu jest siedzieć i dać się wieźć.

Przełom, już zdecydowany, nastąpił 4 lata później w ZSRR. Byłem na dwumiesięcznej turze występowej. Nie będę taił: Kraj Rad nie wzbudził mojego zachwytu. Do tego stopnia, że zrozumiałem, że muszę codziennie rano uciekać za miasto, w głuszę, przyrodę i odludzie, a wracać tylko na spektakl, inaczej mogę tam nagadać jakichś głupstw. Najpierw maszerowałem, potem zacząłem podbiegać i... pokochałem to.

Minęło trochę czasu i oto – robiąc w latach 1995-2006 w TV na Woronicza rozrywkowy „Dziennik Telewizyjny” – znów przemierzałem tę samą trasę, co w latach 50. Odległość między domem a telewizją była identyczna jak kiedyś między domem a liceum. Pokonywałem ją po pięćdziesięciu latach niezbyt szybkim biegiem regularnie i bez specjalnego wysiłku, co prawda nie z tornistrem, ale z plecakiem z tekstami i kasetami. Zabierało mi to nieco ponad pół godziny. Tyle, ile w klasie maturalnej traciłem na samo czekanie na tramwaj!

Chyba nie było dnia, żebym – mijając dawny budynek liceum – nie pomyślał sobie: „Jak wielkim trzeba było być idiotą, żeby codziennie przeżywać tę komunikacyjną gehennę, zamiast po prostu potruchtać do szkoły. Albo i pomaszerować”. Byłbym szybciej, nie mówiąc już o tym, że byłoby znacznie zdrowiej.

Sędziwy jubilat podsuwa powyższą refleksję wszystkim, którzy dziś spędzają godziny poranne i popołudniowe w korkach samochodowych. Będziecie po latach żałować!

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze lipiec 2014.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij