Klamra (fragment książki "Biegowy odlot" Deana Karnazesa)

Zapraszamy do lektury fragmentu najnowszej książki Dean Karnazesa "Biegowy odlot. Moje życie w ruchu", w której słynny ultramaratończyk powraca do biegu Western States 100, dokopuje się do mądrości zdobytej na przestrzeni wszystkich lat swego długodystansowego biegania i zbliża się do magii ultramaratonów, które zmieniają życie i dotykają duszy...

Klamra (fragment książki "Biegowy odlot" Deana Karnazesa) Getty Images
fot. Getty Images

Leżę z rozłożonymi nogami, na wznak, w brudzie, z jedną nogą wykręconą pode mną i wpatruję się w popołudniowe niebo. Obserwuję skrzące się światła nade mną i zastanawiam się, co się właśnie stało. Ostre dzwonienie w uszach przecina ciszę. Warstwa kurzu leniwie unosi się wokół moich zwłok. Mięśnie i wnętrzności rejestrują dziwne wrażenie słabości, coś jakby mdłości; dokładnie to uczucie, gdy ktoś uderzy cię w brzuch. Co się właśnie stało?

Jeszcze chwilę temu byłem w doskonałym flow, biegłem, odbijając lekko stopy od podłoża, spokojnie, kontrolując sytuację. Nagle wszystko się zmieniło. Z trudem przypominam sobie ten lot. Nieważkie wzbicie się w górę, środkowy palec skierowany bezczelnie w stronę grawitacji, kiedy to czas na chwilę się zatrzymał. Skrzydła szeroko rozpostarte – leć, bądź wolny...

Aż do zderzenia. Bam! Wszystko po prostu eksplodowało. Leżę bezwładnie na ziemi jak Ikar, nadpalony żarem słońca, szkielet bez życia, tlący się w gruzach i zastanawiam się, co zawiodło. Konfetti z pytań przesuwa się przez ekran mojego umysłu. Coś złamałem? Czy ktoś po mnie przyjdzie? Jak ja się tu znalazłem?

Żeby odpowiedzieć na ostatnie pytanie, musimy cofnąć się o 25 lat i wrócić do wnętrza szpanerskiego klubu w San Francisco, w przededniu moich 30. urodzin. Wtedy to o północy zdecydowałem, że zamiast wypić kolejną kolejkę, przebiegnę 30 mil i tak uczczę swoje urodziny. Jakoś udało mi się to przeżyć. Biegłem przez całą noc i dotarłem do Half Moon Bay, dokładnie 30 mil od punktu startowego. Właśnie wtedy podjąłem decyzję, że będę ultramaratończykiem.

Moim pierwszym startem na 100 mil był Western States Endurance Race. 100 mil przez góry Sierra Nevada z dziesiątkiem tysięcy metrów przewyższeń, z powodu których bieg ten obrósł legendą. Wielu startujących go nie kończy. Ci, którzy dobiegają do mety, podobno na zawsze zmieniają się pod wpływem tego doświadczenia.  Byłem jednym z tych szczęśliwców. Zajęło mi to prawie 24 godziny, ale dałem radę. Potem nie byłem w stanie chodzić przez tydzień. To było dwie i pół dekady oraz 12 kolejnych edycji tego biegu temu. Ale wciąż tam wracam. Dlaczego?

Klamra (fragment książki "Biegowy odlot" Deana Karnazesa) Facchino Photography
Dean Karnazes wspina się na Cougar Rock podczas zawodów Western States 100 w 2018 roku (fot. Facchino Photography)

Myślę, że ludzie biegną te 100 mil przez totalną dzicz, ponieważ naprawdę są zmienieni tym doświadczeniem. Dlatego też i ja wracam. Mnich potrzebuje miesiąca medytacji, żeby osiągnąć to, co tam można osiągnąć w ciągu 24 godzin biegu. Z każdym krokiem przychodzi powolne wyzbycie się siebie, drażliwe krawędzie ego ścierają się do zera, aż pojawia się coś bliskiego absolutowi. Doznajesz momentów ogromnej jasności umysłu oraz uderzających osobistych spostrzeżeń. Przebiegnięcie ultramaratonu buduje charakter, to prawda. Ale również go obnaża. Dowiadujesz się czegoś o sobie, spoglądasz głęboko we własną duszę, w podstawy swojego jestestwa; ten bieg zmienia na zawsze. Aby poznać siebie, człowiek musi się jakoś docisnąć. Ultramaraton to arena do takich odkryć.

I oto jestem tu znowu, próbuję skończyć kolejny bieg Western States. Znam trasę, ale doświadczenie niewiele tu wnosi. Na każdy finisz trzeba zapracować. Po minięciu punktu kontrolnego Mitchigan Bluff na 55,7. mili trasa nagle obniża się, schodzi do wnętrzności kanionu Volcano, jakby wyrytego dłutem w skorupie Ziemi. Wilgotne powietrze było gęste jak syrop, a popołudniowe słońce prażyło nas z dojmującą intensywnością. Trasa snuła się wzdłuż wąskiej, kamienistej ścieżki zarośniętej gałęziami miejscami całkowicie zasłaniającymi podłoże, co mocno komplikowało stawianie kroków.

Biegłem wolno i ostrożnie, uważając na potencjalne zagrożenia. I tak jednak nie ustrzegło mnie to przed wystającym z ziemi korzeniem i uderzyłem w niego dużym palcem prawej nogi. Skutek był natychmiastowy i brutalny. Runąłem całym ciałem na ziemię z siłą, która wzbiła w powietrze chmurę kredowego kurzu. Niczym worek mąki zrzucony z dostawczaka, który pęka na asfalcie.

Leżę otępiały w brudzie, nie mam kontaktu z moimi zmysłami, głupkowate echo wibruje mi w uszach: „kuku kuku”. Uderzyłem twarzą prosto o ziemię, podbródek wyrwał kawałek darni z gleby. Widzę kłęby kurzu wydobywające się spiralnie przy każdym wydechu z moich nozdrzy.

Klamra (fragment książki "Biegowy odlot" Deana Karnazesa) Facchino Photography
Dean Karnazes na przeprawie przez rzekę podczas zawodów Western States 100 w 2018 roku (fot. Facchino Photography)

Obserwuję to, aż do momentu gdy zbyt głęboki wdech powoduje, że zaczynam się tym kurzem dusić. Wtedy energicznie przekręciłem się na plecy przez lewe, przygniecione do tej pory ramię, dosłownie jakbym obracał  naleśnik. Patrzę teraz do góry na niebo i widzę gwiazdy – zarówno  te odległe, jak i te w zasięgu ręki.

Po chwili mogę usiąść. Patrząc na pustynną roślinność i przetrącony przez mnie krzew manzanity, powoli, z bólem podnoszę się na chwiejnych nogach i próbuję się otrzepać. Purpurowy brud przyklejony do mojej przepoconej koszulki jest jak glina. To nie ma sensu, przestaję się otrzepywać. Biorę głęboki wdech i robię głośny wydech. Chwieję się na nogach jak nowo narodzony cielak.

Na 62. mili spotykam mojego prywatnego pacemakera i wieloletniego towarzysza biegania, Tophera Gaylorda. Godny zaufania i niezawodny. Pokonaliśmy wspólnie niezliczone dystanse przez góry i pustynie. Łączy nas niezwykła intymność, która jest wynikiem wspólnie przeżytego cierpienia. Niektóre przyjaźnie liczy się po prostu w milach. Biegniemy spokojnie, Topher i ja. Plan jest taki, że będzie przy mnie przez następne 16 mil, żeby mnie motywować i pozytywnie nastrajać.

„Psiakrew, Karnazes, co jest z tobą? Będziemy tu ślęczeć całą noc, biegnąc tym tempem. No dawaj, stary!”.

Był poza zasięgiem, a ja byłem tak wycieńczony, że nie miałem  szans go dogonić. Zaatakowałem kilka razy, ale na marne.

„Naprawdę cierpisz, nie?” – stwierdził głupkowato.

„Też byś cierpiał, gdybym w jakiś sposób mógłbym cię dogonić” – odparłem.

Po jakimś czasie odpuściliśmy sobie te uszczypliwości. Wlekliśmy się dalej, wnikając coraz głębiej w pustkowia. Zachodzące słońce odpalało na wieczornym niebie pokaz fajerwerków, a kolory i kształty piętrzyły się z każdą chwilą. Byłem na łonie natury od wschodu do zachodu słońca. Coś, co kiedyś było dla nas tak naturalne, a teraz prawie zupełnie się o tym nie mówi. Bycie w dziczy cały dzień jest afirmacją życia w niezwykle ludzki sposób. Budzi zmysły, zwiększa świadomość. Prawie wszystko może ci się znudzić, ale natura nigdy.

Dean Karnazes: Biegowy odlot. Moje życie w ruchu HarperOne
fot. HarperOne

Powietrze stało w bezruchu, słychać było raptem tylko kilka dźwięków poza odgłosami odległej rzeki American River, wijącej się w dół przepastnej doliny. Spokojny szelest wody i bogactwo tonów wypełniających niebo działały hipnotyzująco. Takich chwil nie da się odpowiednio opisać, trzeba je przeżyć.

„Kocham to, Topher – powiedziałem. – Nie chcę, żeby to zniknęło”.

„Ja też nie, Karno”.

Biegliśmy dalej w dół, w stronę kanionu American River, wzdłuż dopływu rzeki, w tle mając odgłos pędzącej wody, momentami czysty i wyraźny, a czasem przytłumiony i trudno uchwytny. Poruszaliśmy się pewnie, wlokąc nogami po ziemi, a rude słońce zachodziło za horyzontem. Ciemność niczym koc przesuwała się stopniowo po ziemi jak powolne zaćmienie słońca.

W pewnym momencie wszystko zgasło do całkowitej ciemności, a my zamieniliśmy się w nocne stworzenia. Drogę oświetlały nam czołówki na głowie, a nasza rzeczywistość była ograniczona zasięgiem padającego z nich światła. Momentami można było dostrzec  w oddali światła punktu kontrolnego przy Rucky Chucky River Crossing na 78. mili. W jednej chwili wydawało się to tak blisko,  a zaraz potem niemożliwie daleko.

Podłoże wzdłuż rzeki było piaszczyste i mokre, skrzypiało pod butami, a miękka powierzchnia absorbowała więcej energii niż oddawała. Całkowita ciemność spowiła szlak, a światło czołówek odbijało się od gałęzi drzew i roślinności rozciągającej się na trasie. W powietrzu czuć było intensywny zapach krzewów. Wciąż było diabelnie gorąco – nawet teraz, grubo po północy.

Nie mówiliśmy zbyt dużo podczas biegu. Co jakiś czas słychać było świerszcze cykające ze wszystkich stron. Sporadyczne odgłosy płynącej rzeki American River były oznaką, że coś poważnego znajdowało się niedaleko, coś dynamicznego i potężnego. Mimo iż pozostawała niewidoczna, jej siła była wyczuwalna przez skórę. Falowanie wody i zmieniające się prądy sprawiały, że w ciele czuć było pulsującą energię. Działała na nas jak fale dźwiękowe.

Biegliśmy wzdłuż rzeki urzeczeni harmonią natury, doświadczając tych melodii i ziemskich doznań, jakbyśmy dopiero co się tu zjawili. W takich chwilach odczuwa się pierwotne połączenie z tym, kim naprawdę jesteśmy, które wykracza poza frywolność dnia codziennego i odsyła do przestrzeni prostych, czystych i fundamentalnych dla istot ludzkich. Gdy biegliśmy tam, w totalnej ciemności,  bycie żywym wydawało się dokładnie takie jak powinno.

Kiedy dotarliśmy do punktu medycznego przy Rucky Chucky Rover Crossing, byliśmy dziwnie spokojni.

„Dzięki Topher, to było coś”.

Uśmiechnął się tylko i zniknął. Schodząc po wale do rzeki, chwyciłem rozciągniętą nad nią linę. Trzymałem się mocno i schodziłem głębiej, a woda sięgała mi do pasa. Myślałem o tym, jak inne biegi mają się do zawodów Western States. Dla uczestnika Maratonu Bostońskiego pomysł, że w połowie dystansu trzeba przeprawić się przez rzekę, wydawałby się absurdem. Ale ja to właśnie robiłem, mając za sobą 78 ze 100 mil wyścigu; trzymam się kurczowo marnej liny i staram się nie dać porwać prądowi. Jeśli bieganie maratonów porównać  do meczu bokserskiego, to ultramaratony są bójką na gołe pięści w barze.

Po drugiej stronie rzeki czekała na mnie Kim Gaylord, lepsza połowa Tophera i moja wieloletnia przyjaciółka. Kim miała pomagać mi trzymać tempo do końca biegu, o ile byłem w stanie w ogóle do niego dotrwać.

„OK, to jaki jest plan, Karno?” – spytała.

„Plan? – podrapałem się po głowie. – Nie wiem, może kierować się na zachód i modlić do Boga”.

„Karno, desperacja to nie jest plan” – odparła rzeczowo.

Pragmatyczna i skuteczna. Kim była zarówno sprawną organizatorką, jak i biegowym zwierzem. Kiedy złapała rytm, była jak lokomotywa: ciągnęła do przodu mocno i wytrwale. Pokonała mnie wiele razy. I to jest właśnie jeden z elementów ultramaratonów, który do mnie przemawia: egalitarny charakter tego sportu. To nic niespotykanego, że kobieta wygrywa bieg ultra w ogólnej klasyfikacji.  A na dystansach powyżej 195 mil kobiety są zdecydowanie szybsze od mężczyzn. Tak więc, panowie, proszę zostawić szowinistyczną pychę w domu...

„No dobra, plan jest taki, że dobiegniemy do punktu kontrolnego Auburn Lakes Trailhead przed 3:30” – powiedziała Kim.

„A jak to daleko?”.

„Karno, przecież już to kiedyś zrobiłeś, nie?”.

Nie myślałem logicznie, choć dwanaście razy pokonałem tę trasę.  „To jest na 85. mili?”.

„Bingo”.

„Ile mam czasu?” – nie miałem sił spojrzeć na zegarek.

„Masz ponad półtorej godziny”.

„Bułka z masłem – odpowiedziałem. – Będę tam przed 3:30”.

Dotarłem o 3:29. W kręgach ultramaratończyków krąży przestroga: „Uważaj na krzesła!”. Gdy usiądziesz w trakcie biegu, możesz nie wstać. Ustaliłem ze sobą, żeby nigdy nie siadać podczas biegów ultra. Jednak pierwsze, co zrobiłem, gdy dotarłem do punktu kontrolnego Auburn Lakes Trailhead, to właśnie usiadłem. Moje wycieńczenie było bezdenne, niewysłowione i absolutne. Nawet końcówka mojego nosa promieniowała bólem. Pocierałem pulsujące skronie i zastanawiałem się, jak w ogóle miałbym być w stanie przebiec kolejne 15 mil. I po co to wszystko? Żeby zdobyć śmieszną klamrę do paska?

Ale ta klamra oznaczała o wiele więcej – wiedziałem o tym. To była najbardziej pożądana nagroda, jaką biegacz wytrzymałościowy mógł otrzymać. Mały, skromny przedmiot, który był symbolem ukończenia jednych z najbardziej wymagających sportowych zawodów na świecie, czyli Western States, najstarszego biegu na 100 mil. W moim świecie, jak również w świecie wielu ultramaratończyków na tej planecie, nie było nic bardziej nobilitującego niż ta klamra.

Z głową zwieszoną nisko snułem rozważania nad własną przyszłością. W takich momentach zastanawiasz się, kim jesteś i co to właściwie jest to coś, czym jesteś. Nie wiem, dlaczego biegam. Wiem tylko, że jakaś cząstka mojej duszy po prostu każe mi to robić. Czy mogę być wierny temu facetowi, którym jestem? Czy mogę się jakoś wyrwać z obłapiającego mnie uścisku tego krzesła i nie poddać się? Czy mam wewnętrzną siłę, aby zamienić to w historię przepięknego triumfu, a nie druzgocącej porażki?

Piętnaście mil trasy pełnej kamieni i konarów miało dać ostateczną odpowiedź na te pytania…

Przeczytaj także:

RW 03-04/2022

REKLAMA
}