[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.3

Korony maratonów blaski i cienie... [LIST CZYTELNIKA]

Na hasło „Korona Maratonów Polskich”  większość biegaczy jednym tchem wyrecytuje, że to pięć najsłynniejszych polskich maratonów ukończonych na przestrzeni 24 miesięcy. I na tym koniec łatwizny. Drogę do swojej biegowej koronacji opisuje w liście Mirek Kozłowski.

Korona Maratonów Polskich, korona maratonów, jak zdobyć koronę maratonów Mirek opisuję swoją krętą drogę do Korony Maratonów Polskich / fot. Tomasz Woźny

Tyle walki, tyle przygotowań, treningi, setki kilometrów w upale, deszczu, mrozie i taka porażka. Boże to koniec – pomyślałem, zbliżając się do prawej krawędzi jezdni i do chodnika. Właśnie w tym momencie około 30-50 metrów przede mną na chodniku zobaczyłem… Anioła. Anioł miał oblicze dziewczyny, ale zamiast białej szaty, miał na sobie kurtkę z napisem: "Sanitariusz". Obok stał kolejny.

Moje nogi zostały poddane reanimacji, maść i masaż – tego im było trzeba. Po kilku minutach napięcie i ból odpuściły, a ja zastanawiałem się dlaczego nie pomyślałem o punkcie pomocy medycznej wcześniej. Po kilku, może dziesięciu minutach, koniec masażu. Dziękuję swoim wybawcom i zaczynam maszerować. 200 metrów potem trochę podbiegam.

REKLAMA

Na skrzyżowaniu tabliczka z nazwą ulicy, spoglądam i teraz mogę odczytać jej nazwę – ul. Solna to miejsce, w którym spotkałem Anioła. Gdyby punkt medyczny był kilometr dalej, nie ukończyłbym maratonu. Ale opatrzność czuwa i teraz biegnę dalej, kilometry asfaltu później przez murawę stadionu, potem marsz, trucht, bieg i znów marsz, picie, pochłanianie węglowodanów, potem duża dawka magnezu i tak kilka kilometrów. W końcu meta na terenie MTP. Mijam linię mety krańcowo wyczerpany i chyba nie do końca świadomy.

Tożsamość maratończyka

Po ciężkich przeżyciach w jesiennym maratonie wiosna 2016 przyniosła nadzieje lepszych startów. Dzień próby to 3 kwietnia 2016. Wielki mały maraton tak śmiało można nazwać maraton w Dębnie. To niewielkie miasto zamienia się raz w roku w jedną, wielką wioskę maratońską. Dzieje się tak od ponad 40 lat. Mój plan to pokonanie w równym tempie całego dystansu. Przed startem optymizm.

Byłem w pełni sił i solidnie przepracowałem okres przygotowawczy. Przed startem rozgrzewka, przybijamy z Markiem piątkę i ustawiamy się w swoich strefach czasowych. Zapowiadał się naprawdę dobry występ. W dodatku wypełniłem postanowienie z Maratonu Poznańskiego i od kilku miesięcy biegałem w okularach sportowych z korekcją, więc tylko wypatrywać dobrego wyniku. Start. Pogoda na ten weekend zaskoczyła nagłym wzrostem temperatury – słupki rtęci wskazywały około 20 stopni C. Z upływem czasu i kilometrów coraz bardziej temperatura stawała się dużym utrudnieniem. Na trasie nie było niespodzianek.

Regularnie przy punktach z wodą przechodzę do marszu, od 50 do 100 metrów, uzupełniam płyny i wracałem do biegu. Swoje tempo biegu utrzymuję do 34. km. Później było gorzej. Końcowe kilometry. Pamiętam tablicę „Dębno 6 km” to około 7 km do mety i rozgrzany parujący asfalt. Próbuję zająć głowę, myśląc o bohaterach opowieści Christophera McDougalla o Indianach Tarahumara. Ich wyczynach i bieganiu bez obuwia. Ostatnie kilometry. Jeszcze mała pętla w samym Dębnie.

Komunikaty płynące ze smartfona dawno nie pozostawiły złudzeń – końcówka słaba, cel czasowy nie zostanie osiągnięty. Długa finiszowa aleja, doping kibiców i meta. Na trasie nie było ani specjalnej dramaturgii, ani wielkiego funu. Dębno Maraton to jednak specyficzne zawody – niestłamszony architekturą wielkiego miasta, ani jego zgiełkiem za to o wieloletniej tradycji.

Ukończenie tej imprezy, bardziej niż innych wielkich, wpisuje Ciebie w historię biegu maratońskiego w Polsce. W historię pisaną lub wybieganą po tych samych drogach i ścieżkach przez wiele pokoleń, wiele tysięcy zawodników na przestrzeni niemal półwiecza. 

Powstaje tu szczególny typ związku, jaki łączy maratończyka. Po pierwsze z jego własną psychofizyczną kondycją, z walką i determinacją na trasie. Po drugiej z innymi biegaczami wpisanymi na listę finisherów. Związek ten opiera się na wspólnych postawach i wartościach, których nosicielami są biegacze a ten szczególny typ związku to tożsamość maratończyka.

Korona albo śmierć

Wrzesień 2016: Wrocław Maraton. Trasa maratonu atrakcyjna nie tylko dlatego, że biegnie przez najciekawsze dzielnice miasta, ale dlatego że jest płaska, optymalna na rekordowe bieganie, więc oczekiwania dobrego wyniku były uzasadnione. Termin wrześniowy także wydawał się optymalny na ostatnie starcie z koronnym dystansem. Trzy lata biegania, dziesiątki godzin i tysiące kilometrów na treningach i zawodach. Wydawało się, że ostatni etap to tylko formalność, a jednak determinacja na najwyższym poziomie okazała się niezbędna.

Ad rem. Przygotowania w maju i czerwcu przebiegały planowo. W lipcu ból pod kolanem pojawiał się na początkach treningu, ale później mijał. Jednak na początku sierpnia przerwałem treningi, gdyż ból nie ustępował. Na wizytę u lekarza nie zdecydowałem się, z obawy o ewentualny zakaz biegania. Po maratonie będzie na to czas – myślałem. Przyznaję nie było to mądre (jak widać stereotyp że „mądrość przychodzi z wiekiem” nie zawsze się sprawdza). Rezygnacja ze startu też nie wchodziła w grę. Żeby nie stracić zupełnie formy ostatnie tygodnie to krótkie biegi do 10 km z bólem i zaciśniętymi zębami oraz jazda na rowerze. Właśnie podczas jednej z długich jazd rowerowych spotkam bratanicę Anię z mężem Damianem –rehabilitantem. Opisuje mu objawy kontuzji.

W odpowiedzi otrzymuję deklaracje pomocy. Dwie bolesne sesje rehabilitacyjne w tygodniu poprzedzającym start. Po nich na próbnym biegu 2-kilometrowym czuję zdecydowanie mniejszy ucisk w strefie pod kolanem. Więcej na wszelki wypadek nie próbuję. Następny problem to prognozy pogodowe. Wszystkie stacje i portale jednogłośnie twierdziły – we Wrocławiu upał ok. 30 stopni C. Szykował się piekielny maraton. Jechaliśmy z Markiem do Wrocławia pełni obaw. Ja o ukończenie, a on o planowany rekordowy wynik poniżej 4 godzin.

Prognozy się potwierdziły. Odbiór pakietów, wieczorne zwiedzanie pięknego Wrocławia w upale. Niedzielny start też w upale. Wiedziałem, że w tej sytuacji trzeba położyć na szali wszystkie siły fizyczne i duchowe, ale byłem zdeterminowany do podjęcia walki. Hasło na start: "Korona albo śmierć". Albo ukończę, albo zniosą mnie z trasy. Nie było innej opcji. Tradycyjnie Marek z przodu, a ja ruszyłem z grupą ”turystyczną”. Miało być turystycznie, ale grupa biegła raczej na czas 4:45 niż na 5 godzin, więc zwolniłem. Do 10. kilometra pod kolanem czułem lekki ucisk.

Po 10. kilometrze przestałem o tym myśleć i było po bólu. Dzięki pomocy Damiana, mogłem w ponad 30-stopniowym upale kontynuować walkę o koronę. Brak pełnego cyklu przygotowawczego oraz upał coraz bardziej jednak dawał mi się we znaki. Dotarłem do połowy dystansu, więc osiągnięcie celu było realne. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania: liczne punkty odświeżania czy kurtyny wodne pomagały przetrwać skwar. Na szczęście byłem wolny od elektroniki, więc mogłem z nich korzystać. Na 25. kilometrze po raz pierwszy nogi odmawiały posłuszeństwa, musiałem długo maszerować.

To już nie było ważne. Ważne, by dotrzeć do mety. Temperatura 32. stopnie C. Biegłem, ile mogłem, byle zbliżać się do mety. 30. kilometr – wszystko zalane wodą. Odzież wysychała, buty w środku nie, to kolejny dyskomfort. Mijałem po drodze krańcowo wyczerpanych zawodników, siedzących na krawężnikach i w cieniu drzew. Czas uciekał, a meta zbliżała się bardzo powoli, jednak limit czasu niezagrożony, więc byle nie było jakiejś katastrofy – potknięcia, upadku, zasłabnięcia.

Picie, korzystanie z przerw na marsz, trucht, kurtyny i tak kilometr po kilometrze, na granicy wytrzymałości i świadomości. Wreszcie upragniona linia mety. Za metą spotykam Marka, żyjemy, więc Korona jest nasza!

Życie po koronie

Wracając tego dnia do domu zmęczenie nie pozwalało nam na radość z tytułu osiągniętego sukcesu. Rozmawialiśmy trochę o trudach ukończonego maratonu, o ewentualnych planach biegowych – bez entuzjazmu, trochę o diecie i odpoczynku. Na pewno muszę przez jakiś czas odpocząć od biegania – mówiłem. Jednak w mojej głowie pojawiała się uporczywie myśl, że może jak Forrest Gump dotarłem do tego momentu życia, w którym nagle bez specjalnego powodu, przestanę biegać. Nie przyznałem się do tych myśli przed Markiem.

5 dni później – 16 września – moje 52. urodziny. Obchodzę je z żoną na słonecznej plaży. Wyleguję się na ciepłym piasku w… Ustce. Pogoda jest rewelacyjna. Moje mięśnie pamiętają dobrze ból sprzed kilku dni, więc plan jest taki – leżę na plaży, czytam i odpoczywam. Po kilkudziesięciu minutach wstaje, aby rozprostować kości. Jest pięknie, więc idę brzegiem morza. Woda jest ciepła, ptaki na bezchmurnym błękitnym niebie, statek wycieczkowy na horyzoncie. Maszeruję dalej i zatapiam się w tych pięknych okolicznościach przyrody, a po chwili już nie spaceruję, lecz... biegnę.

Zdobycie Korony Maratonów Polskich to dla mnie nie tylko ukończenie pięciu najważniejszych polskich maratonów, dyplom i medal. W mojej koronie niczym drogocenne kamienie błyszczą spełnione marzenia, poczucie więzi i braterstwa, tożsamość maratończyka i przekonanie, że Bóg kocha biegaczy.

Mirek Kozłowski

1 2
STRONA 2 z 2

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij