Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

M70+, czyli teoria względności [felieton Jacka Fedorowicza]

Kiedy byłem wczesnym nastolatkiem (czyli w wieku lat około dwunastu), zastanawiałem się, czy dożyję roku 2000. Ta liczba wydawała mi się wówczas magiczna. Dwa tysiące! Przejście w datach z "tysiąc dziewięćset" na "dwa tysiące" było czymś niewyobrażalnym. Obliczyłem sobie i stwierdziłem ze smutkiem, że nie dożyję tego wiekopomnego wydarzenia, bo żeby dożyć, musiałbym mieć aż 63 lata. A tyle ludzie nie żyją przecież.

Jakoś jednak dożyłem i jeszcze parę lat pożyć mam zamiar, nauczony doświadczeniem staram się jednak nie wyznaczać sobie już żadnych konkretnych granic. Pewnie znów – jako człowiek stosunkowo młody w stosunku do stulatków – potraktowałbym swoje szanse zbyt pesymistycznie. Ludzie młodzi naprawdę mają do osób starszych stosunek – by tak rzec – przesadnie uogólniający. Każdy powyżej trzydziestki jest starcem i różnice w ramach tej pojemnej kategorii są słabo zauważalne.

Opowiadano mi zabawną historyjkę, jak to pewien starszy (i to zdecydowanie starszy od trzydziestolatków) pan poszedł do kina po dłuższej przerwie spowodowanej lenistwem, które sprawiało, że zamiast podejmować wyprawy do sali kinowej, oglądał sobie filmy w telewizorze. Ale nagle zatęsknił za dużym ekranem, poszedł, kupił bilet, a ponieważ do rozpoczęcia seansu miał kilka minut, odwiedził bufet i tam spostrzegł swoje ulubione miętówki w czekoladzie, którymi się karmił, chodząc do kina jako chłopiec. Płacąc, zauważył:

– A wie pani? Kiedy ostatni raz byłem w kinie, to te miętówki były o połowę tańsze.

Panienka za ladą spojrzała na niego.

– Oooo! – powiedziała radośnie. – To film na pewno będzie się panu bardzo podobał. Teraz mamy dźwiękowe!

Nie mam pretensji do młodzieży, że wszystkich starców wrzuca do jednego worka: nie każdy ma metrykę urodzenia wypisaną na twarzy. Już prędzej w pasie, choć i wśród młodych zdarzają się dziś brzuchaci. Sam mam trudności w określaniu cudzego wieku, co prowadzi czasem do sytuacji niezręcznych.

Kiedy akurat nie leczę żadnej kontuzji – co zdarza się, niestety, bardzo rzadko – i mogę sobie gdzieś wystartować, pilnie wypatruję na starcie konkurentów. Mam w sobie niezdrowy pęd do rywalizacji. Co prawda, zawsze sobie obiecuję, że tym razem nie będę się wysilał na granicy zejścia, że to byłby idiotyzm, bo przecież dopiero co mi przeszło prawe kolano, lewa kostka tylko trochę się uspokoiła, więzadło dwugłowego na guzie kulszowym dopiero od 2 tygodni pozwala mi siedzieć, a nieznane z imienia i nazwiska więzadło, które się naderwało w okolicach łydki, przestaje boleć, dopiero jak się rozgrzeje, czyli po 10 kilometrach, więc tym razem będę rozsądny i pobiegnę ulgowo, ale kiedy już padnie komenda "Start!", to zawsze ambicja poderwie mnie do przodu, rozrywając tych kilka żałosnych pęcherzyków, które mam w miejscu, gdzie inni mają płuca. A potem będę liczył, ilu starców z grupy M70+ już mnie wyprzedziło, a ilu mnie dogania i wyprzedzi na przedostatnim kilometrze.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz02.jpg

Żeby jednak ich liczyć, muszę ich znać. Jako biegacz – z powyższych powodów – zapamiętałem znacznie więcej twarzy ortopedów i rehabilitantów niż zawodników mojej grupy wiekowej, do której zresztą po 1 stycznia doszlusowała cała wataha nowych smarkaczy, którzy dopiero co przekroczyli siedemdziesiątkę. Przed samym startem więc staram się zidentyfikować konkurentów. Chodzę, patrzę, liczę zmarszczki, robię przegląd siwizn i łysin, wreszcie – jest! Podchodzę i przyjacielsko zagaduję: "To co, ścigamy się w grupie M70?". Zapada cisza, po czym on się śmiertelnie obraża, bo okazuje się, że to czterdziestolatek.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze marzec-kwiecień 2009

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij