Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Marzenie ściganta! [felieton Jacka Fedorowicza]

Powstaje Ranking Biegacza. Świetny pomysł. Myślę, że chwyci, ponieważ odpowiada większości biegających. Mnie też. Zawsze obcy był mi pogląd, że nieważny jest wynik, ważny jest udział.

Bzdura. Gdyby wynik miał nie być ważny, to po co cały wysiłek? Po co w ogóle mierzyć czas? Ot, skrzyknijmy się, pobiegnijmy sobie radośnie i niech nikt nie ośmieli się z nikim ścigać. Zawsze starałem się przywrócić należne prawa poglądowi, że wynik liczy się przede wszystkim. Nawet ten najsłabszy. 10 km w dwie godziny? Za jakiś czas przebiegniesz w godzinę, będziesz miał satysfakcję i dowód, że robisz postępy. Niestety, ci od wyższości udziału nad wynikiem w pewnym momencie tak potrafili zbałamucić biegaczy amatorów, że przyznanie się do biegania dla osiągnięcia jak najlepszego wyniku to właściwie był wstyd. Coś jak przyznanie się za socjalizmu, że pracuje się nie dla idei, tylko żeby zarobić.

Miłośnicy udziału, owszem, są usprawiedliwieni. Ich akcja ma – jak mniemam – szlachetny cel pocieszenia wszystkich tych, którym coś nie wyszło, a także – co równie szlachetne w zamyśle – skłonienie szerokich rzesz do biegania dla zdrowia, sylwetki, relaksu i szczęśliwszego życia. W porządku. Ale co może skłonić człowieka do gwałtu na samym sobie, do przełamania nawyków kanapowca, do zmuszenia go, żeby codziennie, w mróz, upał, śnieg, grad i zadymkę zakładał sportowe buty i biegał? Tylko instynkt rywalizacji.

No, może nie tylko. Ale przede wszystkim. Zawsze uważałem, że na starcie każdego biegu jest więcej ścigantów niż udziałowców i że jest to normalne. Podejrzewałem zresztą, że udziałowców na mecie też ogarnia ciekawość, jak wypadli. Teraz, jak internetowy Ranking Biegacza RW się rozwinie, będą mogli sprawdzić, jak wypadają także i na tle ogółu ludności biegającej. Mnie zawsze ciągnęło, by sprawdzić, i żałowałem, że nie ma jak. Elektronika, która dziś mieści się w telefonie, w czasach kiedy zaczynałem biegać, ledwo mieściła się na kilku piętrach sporego budynku, więc nie sprzyjała tworzeniu rankingów.
Po kilku latach przygotowań i mierzenia czasu stoperem, takim „na przycisk”, po raz pierwszy przemogłem strach przed publiczną kompromitacją i wystartowałem w prawdziwym biegu z komisją sędziowską (jako 40-latek, w 1981 roku, w Biegu Solidarności Gdańsk – Gdynia, 24 km). A gdy dostałem wyniki, pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było sprawdzenie, czy przypadkiem, w jakiejś klasyfikacji, nie znajdę się z czasem 2:02:58 w pierwszej trzydziestce, może dwudziestce. Niestety, wyszło mi tylko, że byłbym drugi, gdybym był kobietą niezrzeszoną.

Wielokrotnie już się do tego przyznawałem, że poprawianie wyników stało się od tej chwili moją pasją, niejedyną może, ale jedną z ważniejszych. Powszechność elektroniki sprawiła, że podział na klasyfikacje wiekowe stał się możliwy w każdym biegu, a wyniki dostępne w sieci. Porównując je, coraz śmielej snułem marzenia o podium i o wdarciu się do pierwszej trzydziestki kategorii wiekowej w skali kraju, a nie jednego wyścigu. Przerost ambicji? Nie, mglistą szansę dostrzegłem w uporze. Należało tylko cierpliwie doczekać roku 2007, licząc na to, że w kategorii M 70+ tłum biegaczy się przerzedzi, a ja przez cały rok będę w mojej grupie jednym z najmłodszych. Szatański plan. Lata mijały, czas mi się dłużył, ale wreszcie osiągnąłem wymarzoną siedemdziesiątkę i od razu – w styczniu 2007 – pierwszy raz w życiu stanąłem na podium. Byłem tak wzruszony, że wlazłszy na najwyższy klocek wygłosiłem (krótkie na szczęście) przemówienie, wprawiając w osłupienie wszystkich obecnych, bo nie jest przyjęte, żeby ktoś odbierał nagrodę za bieg i wykrzykiwał coś łamiącym się ze wzruszenia głosem.

Później nie było już tak dobrze – lali mnie w bezpośrednim starciu i wynikami w innych biegach nie tylko rówieśnicy, ale i dużo ode mnie starsi, niemniej nurtowało mnie wciąż, czy jestem w tej Pierwszej Trzydziestce Polaków Biegających Po Siedemdziesiątce, czy nie. Usiłowałem to ustalić; wyszło mi, że tak, ale pewien nie byłem, bo nie było jeszcze Rankingu Biegacza. Może znalazłem się w tej trzydziestce rok później? Może w pierwszym kwartale, kiedy jeszcze nie wszyscy startują? Tego już się pewnie nie dowiem i nie będę się mógł pochwalić prawnukowi. Szkoda. Świat spóźnił się z postępem w moim przypadku, ale wy, młodsi, korzystajcie!

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze maj 2015.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij