[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.2

Michał Stadniczuk: Życie na długim dystansie

Na Michale Stadniczuku lekarze ponad 40 lat temu postawili krzyżyk. Ze szpitala miał wyjść już tylko nogami do przodu. A on się sam z niego wypisał i zaczął biegać. Dzięki temu żyje drugi raz. Poznaj motywującą historię wielkiego mistrza z Mikowic oraz jego sposoby na długowieczność i świetną formę.

Michał Stadniczuk "Podarujcie sobie w prezencie zdrowie. Wystarczy biegać i trzymać się paru ważnych zasad" - radzi Michał Stadniczuk, długowieczny mistrz świata / fot. Tomasz Woźny

Pan Michał żyje jak mistrz świata. Zdrowo i pracowicie. Biega od 45 lat, choć jak zaczynał, to ludzie z wioski przysyłali księdza, żeby sprawdził, czy Stadniczuka coś nie opętało. Czy nie zwariował. Pukali się w czoło, śmiali się z jego dzieci i wytykali palcami żonę. On jednak wszystko robi po swojemu, na nikogo nie patrzy.

Je tylko to, co sam wyhoduje, biega prawie na golasa po śniegu i jak tylko poczuje się słabszego zdrowia, to leci na trening. Wraca z niego kilka lat młodszy i zadowolony. Czy w małej chatce w dolnośląskiej wsi Mikowice sympatyczny mistrz świata opracował przepis na długowieczność? Czy wie, jak dożyć późnej starości, biegając notorycznie maratony? Sprawdziliśmy to.

Walili po głowie

Jego przygoda ze sportem zaczęła się wcześnie. Najpierw jako wyrostek musiał wiać przed SS-manami, bo na prośbę żołnierzy Armii Krajowej obrzucił gnojem i błotem niemieckich dygnitarzy. Zwiał z miejsca zbrodni, a potem czmychnął Niemcom z własnej stodoły. Bóg, obok szybkich nóg, dał mu też rozum i dlatego mieszkaniec wsi Mikowice w Dolnośląskiem cieszy się zdrowiem do dziś. Bo gdyby mu rozsądek nie podpowiedział, żeby rzucić boks, któremu poświęcił się za młodu, to kto wie, jakby to było.

Boks prędzej czy później by mnie zabił, a bieganie uratowało mi życie. Nie ma lepszego sportu.

A pan Michał nie zastanawiał się ani chwili, jak tylko zobaczył, że kolega, którego z ringu zdjęli sanitariusze, po dwóch tygodniach nie poznawał najbliższych. "Trenowaliśmy razem. Byliśmy najlepsi. Wszystkich zaprawialiśmy jak trzeba – wspomina pan Michał. – Pewnego razu on trafił jednak na silniejszego, a ja wtedy zacząłem główkować. Oho, pewnie i na mnie przyjdzie kiedyś pora. Tylko czekać, jak rychło znajdę kogoś lepszego w swojej wadze".

Chociaż trener zabraniał, pan Michał poszedł odwiedzić kolegę w szpitalu, a po odwiedzinach pojechał prosto do domu po sprzęt. Spakował wszystko do wora, a wór rzucił pod nogi trenerowi. Bez słowa. Ani be, ani me, ani kukuryku. "Miałem dość. Nawet gdyby nikt mnie nie zaprawił tak jak kolegę, to i tak przecież ciągle walili po głowie. Raczej nie mierzyli w nogi" – mówi. Do sportu wrócił dopiero w wojsku, bo trafił tam do zwiadu, i jak ćwiczyli zrzut na tyły wroga, to biegali po 40 kilometrów dziennie, szukając w lesie figuranta ukrytego gdzieś na czubku drzewa.

W ramach treningu musieli raz na jakiś czas cierpieć głodówkę – nawet dwudniową. I pan Michał się do takich racji żywnościowych i do tych głodówek przyzwyczaił. Do dziś je tylko tyle, by zaspokoić głód. Żadnego obżarstwa.

Sto papierosów dziennie

Po wojsku pracował w zakładach produkujących autobusy. Miał tam za zadanie kontrolować samochody, sprawdzać, czy niczego im nie brakuje. Kiedy trzeba było, jeździł nimi na kilkusetkilometrowe testy ze szkolnymi wycieczkami. Praca miała dwie fatalne konsekwencje. Obie zdrowotne, ale z pierwszą pan Michał poradził sobie sam. Co zrobił? Rzucił papierosy.

REKLAMA

REKLAMA

Michał Stadniczuk: bieg na długim dystansie fot. Tomasz Woźny

Ale nie było to żadne byle jakie rzucanie, bo on ich z tych nerwów przy autach palił po sto dziennie. Tak jest, całe sto! "Jak to za komuny. Wszystkim samochodom czegoś brakowało, a przecież musiały cały czas wyjeżdżać z zakładu. Trzeba było je przepuszczać tak czy siak. A odpowiedzialność moja. W takich nerwowych warunkach człowiek odpalał jednego od drugiego. Cały czas się ćmiło, bez opamiętania" – wspomina pan Michał.

Dopiero jak przyszła do wsi lekarka uświadamiać, że alkohol jest zły, to od razu uświadomiła, że złe są też papierosy. Kazała sobie przynieść z hodowli gołębia, rozpuściła w ćwiartce szklanki wody papierosa i tak zabarwioną kroplę wpuściła pipetą do oka ptaka. Po 2-3 minutach padł. Przez salę przeszedł pomruk niedowierzania, ale pan Michał nie mruczał, tylko postanowił, że rzuci. "Co ja durny jakiś, żeby dalej to świństwo palić?" – pomyślał sobie.

Z dnia na dzień odstawił, a ciało zaczęło wariować. Serce tłukło się jak oszalałe, wzrok zamazywał, w uszach szumiało. No, koszmar. Ale pan Michał był twardy; nawet jak najznamienitszy profesor z akademii medycznej kazał mu wrócić do palenia i codziennie palić o jednego papierosa mniej, to go nie posłuchał. Skoro już rzucił, to nie wróci – główkował.

Dwa lata go trzymało, a przez pierwsze pół nawet pluł smołą. W końcu jednak wygrał. Od tego dnia był wolny od używek, bo alkohol go nigdy specjalnie nie ciągnął. Raz nawet na kacu siadł za kierownicę i wtedy całkiem się picia oduczył, bo trafił na blokadę policyjną i tylko szczęściu zawdzięcza, że nie dostał się do kryminału, a ukarano go jedynie mandatem za "obskurny wygląd wozu".

Wydawałoby się, że skoro pan Michał rzucił palenie, to powinien żyć w zdrowiu i szczęściu. Ale nie. Gdy przekroczył czterdziestkę, jego serce oszalało. I to był właśnie ten drugi problem zdrowotny, już nie tak łatwy do zaradzenia.

Jaki ty chory, Michałku!?

Przyszły maratończyk poczuł, że coś mu w piersi wali, że spać nie może, że aż go roznosi od tego łomotania w klatce. Wsiadł więc któregoś dnia na rower i pojechał do lekarza. Doktor go zbadał i zbladł. Dawaj, dzwonić po karetkę. Jak go do szpitala zawieźli, to tam usłyszał, że on stąd już raczej o własnych siłach nie wyjdzie. Że albo zejdzie, albo w szpitalu do końca życia zostanie.

Rzeczywiście, nie chcieli wypuścić, tylko co rusz w karetkę wsadzali, żeby od jednej placówki do drugiej wozić. Mijały długie tygodnie, a nikt nie doszedł, co mu naprawdę dolega.

"Pewnego dnia, po kilku tygodniach snucia się po oddziale, wpadłem w szloch przed lekarzami, że przecież ja mam dzieci małe w domu. Że nie mogę tak tu siedzieć – opowiada pan Michał. – Ale nie chcieli puścić, bo jakbym się przewrócił na ulicy i umarł, to by poszli do więzienia. To wtedy jasna cholera mnie wzięła i na własne żądanie się ze szpitala wypisałem. Jeszcze mu tylko zapisali sanatorium, ot tak, żeby uspokoić sumienia. I całe szczęście, bo tam zakwaterowali schorowanego Michała z kolegą z Katowic. A ten kolega to biegacz! No i dawaj Michała zachęcać: A choć, a trochę, a parę kroków, a ty postoisz, a ja polatam".

REKLAMA

Michał Stadniczuk: bieg na długim dystansie fot. Tomasz Woźny

No i Michał poszedł postać, a polatał. I to jak. 13 kilometrów przetruchtali, a po drodze jeszcze po dwa piwa wpadły. No i się kuracjusz z Dolnego Śląska poczuł znacznie lepiej. Nie od piwa, ale od biegu.

Serce jak dzwon, ale dziwne

"Jaki ty chory, jak ty tyla kilometry przed chwilą przelecioł" – mówił kolega. Na drugi dzień do kościoła, a po mszy znów bieg. Bez trampek, w spodniach z materiału i laczkach do chodzenia na co dzień. W domu pan Michał podszedł do sprawy poważnie i kupił sobie dres z prawdziwego zdarzenia. Nareszcie był zdrów, serce chodziło jak szwajcarski zegarek: równiutko, cicho i spokojnie.

Jakim sposobem? Dopiero potem się okazało, że panu Michałowi kręgi się poprzestawiały i jeden z nich naciskał na nerw, który odpowiadał za pracę serca. Na Akademii Medycznej w Poznaniu nawet opisali jego przypadek w książce. Ale to nie lekarze go wyleczyli, tylko ten kolega z Katowic, a właściwie to bieganie. Problemy pana Michała jeszcze się nie skończyły.

To było 40 lat temu i wtedy jeszcze w wiosce nikt nie wiedział, co to jogging, więc wszyscy myśleli, że Stadniczuk w tym sanatorium fioła dostał, że tak wkoło lata. Że chłop na stare lata po prostu od tych szpitali i sanatoriów zwariował. "Matko, co to było! – wspomina staruszek. – Dzieci do szkoły nie chciały chodzić, żona z chałupy nosa nie wyściubiała, a mnie palcami wytykali. A jak się śmiali! Toż to była najprawdziwsza tragedia".

Ale pan Michał ma stalowy charakter, biegania nie porzucił, ale jeszcze wzbogacił o koncepcję zimnolecznictwa amatorskiego. Jak tylko spadał śnieg, to dawaj rozbierać się do majtek i dwa kilometry przebieżki robić. Księdza nawet wtedy z wioski przysłali, żeby zgorszenie ukrócił. Ale on księdzu wytłumaczył, że jest sportowcem, a żaden sportowiec w kożuchu biegać nie może. Pan Michał nawet pod presją ze sportem nie zerwał.

Ukrywał się z bieganiem przed wsią, aż w końcu wystartował w zawodach i je wygrał. Bieg sylwestrowy w Trzebnicy skończył na pierwszym miejscu w swojej kategorii i telewizja lokalna pokazała jego wyczyn. No, a jak w telewizji pokazali, to znaczy, że normalny.

Najpierw mistrz Europy

"No i wtedy to ja już zostałem bohaterem. Nawet mnie chcieli naśladować" – śmieje się pan Michał. Raz na treningu przez 20 kilometrów śledzili go dwaj inni biegacze. Jak jego za wariata brali, tak ich jako wariatów potraktował i nie odzywał się całą drogę. Dopiero pod domem zagadali, że klub lokalny chcą założyć i czy największy wariat biegowy w okolicy nie chciałby się do niego zapisać. No i pan Michał, długo się nie namyślając, na propozycję przystał. A jakie były tego kroku skutki?

REKLAMA

REKLAMA

Michał Stadniczuk: bieg na długim dystansie fot. Tomasz Woźny

Mistrzowskie i międzynarodowe. Mikowiczanin tak się zaangażował, że każdego roku biegał po 12 maratonów. Oprócz nich jeszcze treningi, czyli dwa razy w tygodniu 20 kilometrów. I przyszły efekty. Nie od razu, bo jak chciał wygrywać, to nie wychodziło. Rwał do przodu, a potem puchł. Dopiero jak odpuścił i szedł równym tempem, to się zaczęło. Nie było już w Polsce maratonu, w którym w swojej kategorii by nie wygrał, a i za granicą zaczęły się sukcesy. W Berlinie był trzy razy i ani razu z pudła nie zszedł. W końcu przyszła pora na zawody o tytuł.

"Jak usłyszałem, że w Polsce będą mistrzostwa Europy w maratonie, to się zaraz zgłosiłem – opowiada. – Odpisali, żebym przesłał wyniki z pięciu ostatnich startów. Puściłem im z naszej szkoły faksem dyplomy, a tam same pierwsze miejsca były odnotowane. No i musieli mnie przyjąć".

Mistrz nie biegnie szybko, mistrz biec nie przestaje.

Biegali w Poznaniu wokół Malty, a pan Michał wziął sobie takiego kolegę kibica, co to przy każdym okrążeniu krzyczał, żeby zwolnił, bo padnie. Ale on nie zwalniał i się udało. Znowu pierwszy. Dostał list z ministerstwa sportu, że mu gratulują i żeby się zapisał do Związku Weteranów Lekkiej Atletyki. Tak zrobił i na mistrzostwa świata we Włoszech już skierował go właśnie związek.

Nie było łatwo, bo upał był straszny: czterdzieści stopni w cieniu i ludzie padali jak muchy. Nawet Niemcy, a w nich właśnie nasz maratończyk upatrywał największej konkurencji.

Potem już mistrz świata

Przez długi czas, bo aż do samego półmetka, pan Michał jednego z nich miał jakieś 700 metrów przed sobą. Trzymał się go pilnie i w końcu przyszła jego szansa, bo i ten konkurent zza zachodniej granicy padł wyczerpany na ziemię. Pana Michała charakter w pionie trzymał aż do mety, bo dopiero po jej przekroczeniu Polak osunął się na kolano i koledzy musieli go podnosić. Jak podnieśli i zaprowadzili do maszyny, która wyświetlała wyniki, to się okazało, że w kategorii senioralnej pan Michał został mistrzem świata.

"To było wielkie wzruszenie, ale jeszcze większe było w Nowym Jorku, jak nas pani konsul po maratonie zaprosiła. Ech, szkoda gadać, dwie noce potem nie spałem. Dwie noce" – wzrusza się pan Michał. A było się czym wzruszać, bo tam pan Michał był drugi i na przyjęciu w konsulacie jemu właśnie poświęcono szczególną uwagę. Gratulacje, uściski, przemowy, wspólne zdjęcia.

Każdy chciał mieć swoją chwilę z prawdziwym mistrzem świata. Wszyscy rękę ściskali, a nikt nie wiedział, że pan Michał mógł mieć na tym maratonie znacznie lepszy czas. Mógł, owszem, ale na trasie stracił kilka minut na szukanie kawałka krzaczka, za którym pewna Francuzka, która się do niego na trasie "przyczepiła", mogłaby zrobić "bom, bom". Pan Michał domyśla się tylko, że pod tą nazwą kryło się i jedno, i drugie.

REKLAMA

Chłop, co wszystkie biegi kończy

Mimo że pan Michał ma już 85 lat, to jego sportowe przygody się nie kończą. On sam deklaruje, że będzie biegał, dopóki Bóg da zdrowie. A to mu ciągle dopisuje. Ba, nawet jego 30-, 40-letni koledzy biegacze dziwią się, jak on to robi, że ciągle potrafi przebiec maraton w pięć godzin.

On się z nich wtedy śmieje, że są grubasy i że gdyby jemu plecak 20-kilowy na plecy wsadzić, to też by nie miał wyników. Ale to nie tylko o wagę chodzi, ale o serce do walki i żelazną dyscyplinę. Na przykład jakiś czas temu siedemdziesiąte piąte urodziny obchodził jego przyjaciel, maratończyk. Postanowił przebiec tyle kilometrów, ile ma lat. Zebrała się spora grupa śmiałków, która chciała go prowadzić sztafetą po 5 kilometrów.

Pan Michał uznał jednak, że by go ta asysta ukatrupiła, bo wiadomo – każdy kolejny świeży zając ciągnąłby za mocno do przodu. Nie myślał więc długo i przebiegł z kolegą całość. Tak już ma: jak coś postanowi, tak robi.

Tak też było ze sztafetą do cmentarza Orląt Lwowskich. Pana Michała obudził kiedyś głos. Nikogo w pokoju nie było, a ktoś mówił, że trzeba tam pobiec, że taki ma być jego życiowy cel. No więc pan Michał zabrał się do pracy. Zebrał kolegów, zorganizował transport i polecieli. Jechali busem i co pięć kilometrów jeden wysiadał i biegł następne pięć. Potem następny. Pan Michał w planie wpisał, że mają tam być o 7.30 i o tej godzinie dokładnie byli. I to nie raz, bo aż osiem razy tę szacowną imprezę udało mu się powtórzyć.

Może przez ten chart ducha nie było jeszcze w jego życiu maratonu, którego by nie zaczął i nie ukończył. Od 45 lat za każdym razem dobiega! "Ludzie kuleją, słabną, mdleją albo sami schodzą – mówi pan Michał. – A ja swoim tempem, noga za nogą, zawsze dobiegam do celu. Zawsze".

Pan Michał żywi się tak, jak ludzie na Okinawie

Michał Stadniczuk bezwiednie zastosował w swoim życiu reguły diety długowieczności. "Ten maratończyk intuicyjnie wyczuł to, co wywnioskowali jej twórcy. Otóż jeden dzień postu w tygodniu powoduje, że nasz układ trawienny odpoczywa i potem lepiej działa. Organizm się oczyszcza" – mówi Agnieszka Arendarczyk, dietetyk.

Chwali też inne przyzwyczajenie pana Michała, który wszystko je w "łupach". Nie obiera ziemniaków, a zboża i kasze gotuje bez oczyszczania, pełnoziarnisto. "I to jest kolejna wyśmienita recepta na dobre zdrowie" – wyjaśnia dietetyk. Nie można nie docenić faktu, że pan Michał żywi się tylko tym, co wyhoduje u siebie na polu albo kupi we wsi. No i niczego nie pryska. "Jak trujesz stonkę, to i siebie trujesz" – mówi pan Michał i zachęca, żeby kupować tylko robaczywe jabłka, bo robak do pryskanego nie wejdzie.

REKLAMA

REKLAMA

A wiadomo, że lepsze białko pochodzenia owadziego niż chemia. Białko czerpie też z drobiu, świń raczej nie jada. "Dieta tego maratończyka podobna jest do diety Japończyków z Okinawy. To jedni z najdłużej żyjących ludzi na świecie" – mówi Agnieszka Arendarczyk.

Zimnolecznictwo amatorskie

Amatorskie recepty na długowieczność są medycznie uzasadnione. Fizjoterapeuta Bartosz Bomba mówi, że zimnolecznictwo stosowane jest w fizjoterapii od dawna i powszechnie, więc maratończyk z Mikowic z zimowymi biegami w slipkach trafił w dziesiątkę.

"Jeśli tylko ten pan jest zahartowany na tyle, że bieg nie kończy się dla niego zapaleniem płuc, to ta terapia jest słuszna. Wyśmienicie działa na układ krążenia i podnosi odporność organizmu. Trzeba jednak zauważyć, że dla przeciętnego Kowalskiego takie harce na śniegu mogłyby skończyć się hospitalizacją" – wyjaśnia. A czy to medycznie możliwe, że pan Michał lepiej czuje się po treningu niż przed? Że jak kilka dni nie biega, to jego samopoczucie znacznie się pogarsza?

Według Bartosza Bomby jak najbardziej. "Organizm jest lepiej ukrwiony, rusza metabolizm, poprawia się gospodarka hormonalna, lepsza jest wymiana międzytkankowa, poprawia się nawodnienie" – wylicza fizjoterapeuta i dodaje, że nie sposób nawet pokrótce wymienić wszystkich zalet uprawiania sportu. 

Długowieczność coraz rzadsza

Jaka jest szansa, że i w Tobie drzemią długowieczne geny? Według lekarzy specjalistów, coraz mniejsza. "Niestety, ludzkość jest coraz słabsza – mówi dr Zbigniew Machaj, geriatra. – Dzięki coraz lepszym warunkom życia, dzięki współczesnej medycynie wszyscy żyjemy coraz dłużej, także ci o słabszych genach. Więc i one przekazywane są na równi z tymi silnymi".

Geriatra twierdzi jednak, że nie ma recepty na długowieczność. Jest 300 naukowych teorii mówiących o tym, co powoduje, że ludzie żyją po 100 i więcej lat, ale żadna nie uzyskała jednak do tej pory statusu tej jedynej, prawdziwej. Można jedynie wysnuwać ogólne wnioski.

"Ważne jest jednak to, że coraz więcej ludzi docenia rolę sportu w wydłużaniu naszej obecności na tym świecie – wyjaśnia dr Machaj. – Co prawda daleko nam jeszcze w tej kwestii do ludzi Zachodu, ale powoli ich gonimy. Mnóstwo ludzi biega, rośnie grupa, która maszeruje z kijami, jeździmy na rowerach. To obok diety najlepszy przepis na dobre zdrowie do późnego wieku. Tego musimy się trzymać" – dodaje. 

Więcej fascynujących historii o długowiecznych biegaczach:

RW 12/2013

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij