REKLAMA

Młynarski na autopilocie (felieton z cyklu Okiem biegaczki)

Każdy ma niekiedy słabsze chwile. Mnie czasami jedynie Wojciech Młynarski jest w stanie wyciągnąć na bieganie. Jak?

felieton Emilii Iwanickiej-Pałki z cyklu Prisma
rys. Prisma

Zima w naszym klimacie ma to do siebie, że doskonale potrafi dusić entuzjazm. Niestety. Nie zamrażać w skrzące się płatki, nie traktować porządnym, suchym mrozem, ale dobijać szarością i wilgocią. Jeśli w ciągu najbliższych kilkunastu tygodni w ogóle przyjdzie nam pobiegać w śniegu, raczej będzie on mokry i szary.

REKLAMA

Oblepi nie tylko buty, ale i zapał. Tusz się rozmaże, usta spierzchną, a policzki wysmaga zimny wiatr. Nie pomoże krem ochronny ani balsam z inteligentnymi cząsteczkami. Można czuć nawet odrazę. I kiedy etap jest już taki, że ani budujące historie, ani inspirujące zdjęcia, ani wizja nagrody po treningu nie są w stanie wyciągnąć nas z domu, trzeba włączyć autopilota, a do tego posłuchać Wojciecha Młynarskiego.

Autopilot to tryb, w którym przede wszystkim godzimy się z rzeczywistością. Przyznajemy przed sobą, że wyjście na ścieżkę biegową będzie brutalnym spotkaniem z zimnem i wiatrem, błotem i ciemnością. Że rekordy nie padną, a męczarni nie wynagrodzi nam żaden piękny widok, no może nie licząc wanny pełnej gorącej, spienionej wody po powrocie do domu.

Autopilot pozwala przyznać się do słabości. Bez większych oczekiwań, bez filozofowania i dorabiania ideologii. Biegając na autopilocie, możemy sobie pozwolić na marudzenie, przystawanie i częste zmienianie piosenki w odtwarzaczu.

A o co chodzi z tym Młynarskim? O geniusz i prostotę. O słowa, które potrafią nadać sens i dodać otuchy na ścieżce biegowej, chociaż nie podejrzewam, by powstawały z myślą o biegaczach.

Wojciech Młynarski w jednej z piosenek opisał chwile zwątpienia biblijnego Noego, Kolumba i Nobla. Noe dowiedział się o nadchodzącym potopie i załamał ręce. Kolumbowi król poradził zrezygnować z pływania, a Nobel usłyszał od kumpla, że jego doświadczenia i tak prowadzą donikąd. Można stracić nadzieję... Na utrapienia trójki swoich bohaterów autor miał tę samą radę: „Róbmy swoje!/Póki jeszcze ciut się chce”.

„Róbmy swoje” – to piosenka idealna także dla biegaczy zawieszonych w pogodowym mordorze między przebrzmiałą już złotą jesienią, a okrutnie odległym jeszcze przedwiośniem. To tekst, który – chociaż o bieganiu oczywiście nie jest – podaje banalnie prostą i przez to pewnie skuteczną radę na lenia i zwątpienie: po swojemu, aby do przodu.  

Skarbnicą budujących myśli, także w kwestiach treningowych (z czego pewnie nawet autor nie zdaje sobie sprawy), jest: „Jeszcze w zielone gramy”. Jasne jest, że w tej piosence także chodzi o więcej i powstała w zdecydowanie wyższym celu. Ale skoro może pomóc w walce z marazmem i zniechęceniem, prowokując do wyjścia z domu, to dlaczego nie?! Dlaczego by nie nucić sobie w truchcie choćby takiego fragmentu:

„Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze się spełnią nasze piękne dni, marzenia, plany
Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom
Bądźmy jak stare wróble, które stracha się nie boją”.

Ale uwaga! Stosując tę strategię, bezapelacyjnie należy pamiętać, że wszystko mija i ciemność też nie będzie wieczna. Podobnie jak zniechęcenie i znużenie. Sezon na automatyczną bieżnię też ma swój kres. Tyle że do tego finału czasami trzeba jechać na autopilocie.

RW 12/2016

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA