[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.5

Kusociński vs. Petkiewicz. Najbliżsi sobie wrogowie

Dwóch legendarnych biegaczy: Janusza Kusocińskiego i Stanisława Petkiewicza pozornie łączyły jedynie widowiskowe pojedynki na bieżni, którymi żyła cała Polska. Ale to właśnie za ich sprawą losy tych biegaczy splatały się w niezwykły sposób, aż do tragicznego końca obu zawodników.

Janusz Kusociński vs Stanisław Petkiewicz - najbliżsi sobie wrogowie Stanisław Petkiewicz (z lewej) kontra Janusz Kusociński (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

"To była walka na śmierć i życie" - wspominał Kusociński bieg, który mógł przejść do historii polskiej lekkiej atletyki. Nie przeszedł jednak, bo wydarzył się podczas trzeciorzędnych zawodów na stadionie Orła Grochów.

Pod koniec października 1928 roku spotkali się tam dwaj zawodnicy, których talent i umiejętności predestynowały do wygrywania olimpiad. Opromieniony sławą międzynarodowej gwiazdy Stanisław Petkiewicz i jego jedyny godny rywal w Polsce - Janusz Kusociński. "Kusy" właśnie rozpoczął służbę wojskową, a do tego był to koniec sezonu, chciał się więc umówić z konkurentem, że pobiegną razem bez forsowania tempa. Ale tamten z wyższością odmówił.

"Petkiewicz wie, że od dwóch tygodni nie trenuję, że będąc w wojsku odbywam uciążliwe ćwiczenia, a więc jestem nieco przemęczony" - zapisał wściekły Kusociński.

W tym momencie mało istotny bieg na 3000 m, przy pustawych trybunach, stał się dla nich sprawą najważniejszą w świecie. Pomimo wyczerpania sezonem, obaj narzucili mordercze tempo. Przez siedem okrążeń na stadionie Orła co chwila jeden z nich wychodził na prowadzenie, podkręcając szybkość, po czym drugi kontratakował. Biegli bez oglądania się na taktykę i zmęczenie.

"Na ostatnich dwustu metrach Petkiewicz rozpoczął przepiękny finisz i przychodzi pierwszy w czasie 8:54,2 - wspominał Kusociński, którego porażka bardzo dotknęła. - Bieg na Grochowie stał się punktem zwrotnym w stosunku Petkiewicza do mnie i odwrotnie. Teraz już ani on, ani ja nie ukrywaliśmy wzajemnej niechęci".

Wkrótce ich rywalizacją zaczęła się ekscytować cała Polska.

Przeciwieństwa nie przyciągają się

Trudno było w środowisku biegaczy znaleźć dwóch bardziej różniących się ludzi niż Kusociński i Petkiewicz. Popularny "Kusy" przyszedł na świat 15 stycznia 1907 roku w Warszawie w rodzinie niskiej rangi urzędnika kolejowego.

Nigdy nie lubił się uczyć, wybierając grę w palanta lub piłkę nożną. Ponadto jego buntowniczy charakter powodował, iż nie podporządkowywał się jakiejkolwiek dyscyplinie. Zakończył więc edukację na szkole ogrodniczej, nie zdając nawet matury. Dodatkowo chorobliwa nieśmiałość bardzo utrudniała mu nawiązywanie relacji z innymi ludźmi. Lubił samotność, nie cierpiał zaś wielkich imprez, dziennikarzy i wielbicieli.

REKLAMA

REKLAMA

Janusz Kusociński vs Stanisław Petkiewicz - najbliżsi sobie wrogowie Janusz Kusociński podczas treningu (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Natomiast urodzony 7 listopada 1908 r. w Rydze Stanisław Petkiewicz wydawał się stworzony do bycia gwiazdą. Pochodził z rodziny szlacheckiej, miał salonowe obycie i gruntowne wykształcenie. Co więcej, lubił popularność i z łatwością nawiązywał kontakty z innymi osobami. Przystojny, obdarzony czarującym uśmiechem, potrafił bez trudu zjednywać sobie dziennikarzy i kibiców. Niskiego, nieproporcjonalnie zbudowanego Kusocińskiego, który za swój największy talizman uważał śmieszną czapeczkę, zakładaną podczas biegu, bardzo długo wykpiwano na łamach gazet.

We wrześniu 1928 r. Petkiewicz przybywał do Warszawy już jako sławny sportowiec. Tamtego lata na olimpiadzie w Amsterdamie zajął siódme miejsce w biegu na 5000 m. Potem zaś dał się przekonać działaczom Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, by porzucić reprezentację Łotwy i - będąc z pochodzenia Polakiem - zacząć biegać dla II Rzeczypospolitej. Początkowo oficjalnie powód przeprowadzki z Rygi stanowiła chęć podjęcia studiów na Akademii Wychowania Fizycznego przy Uniwersytecie Warszawskim.

Warto przeczytać: Bohdan Tomaszewski: Znałem Kusego, Zatopka, Owensa...

"Byłem ciekaw go poznać i cieszyłem się, że będę miał możność biegać z tak doskonałym zawodnikiem" - zapisał w swoich wspomnieniach pt. "Od palanta do olimpiady i w kilka lat później" Janusz Kusociński, wówczas świeżo upieczony mistrz kraju w biegu na 5000 m.

Razem z kolegami trenującymi w klubie sportowym Warszawianka wyszedł na dworzec kolejowy, aby powitać gościa. Pierwsze wrażenie, jakie zapamiętał, to "miły uśmiech, dobrze zbudowana i zgrabna sylwetka Petkiewicza". Po czym dodawał: "Polubiłem go też od pierwszego wejrzenia i byłem dumny, że będzie moim kolegą klubowym".

REKLAMA

Janusz Kusociński vs Stanisław Petkiewicz - najbliżsi sobie wrogowie Stanisław Petkiewicz na prowadzeniu, Janusz Kusociński na trzeciej pozycji (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Przez rekord do zawiści

Jednak bardzo szybko w relacjach między obu mistrzami pojawiły się zgrzyty. Drugiego dnia pobytu Petkiewicza w Warszawie zorganizowano na stadionie Agrykoli, specjalnie z tego powodu, zawody lekkoatletyczne. Kusociński nie chciał w nich startować, bo wcześniej odniósł nietypową kontuzję. Pomagał mianowicie weterynarzowi przy badaniach chorego konia, a ten nadepnął mu na prawą stopę. Lecz gdy przybył jako widz na stadion, wszyscy nalegali, żeby pobiegł na 3000 m. W końcu uległ.

"W biegu tym chciałem zastosować taką taktykę: trzymać się z tyłu Petkiewicza, następować mu stale na pięty, tak aby na 200 metrów przed metą wysunąć się finiszem i bieg wygrać" - wspominał.

Jednak podniecony możliwością ścigania się z wielkim konkurentem od razu narzucił ostre tempo i ku jego zaskoczeniu Petkiewicz miał kłopoty z dotrzymaniem mu kroku, aż wreszcie zszedł z bieżni. Kusociński zaś czasem 8:54,2 minuty ustanowił rekord Polski - lepszy o 13 sekund od poprzedniego wyniku Alfreda Freyera.

"Już pierwsze spojrzenie Petkiewicza, jakim mnie obdarzył, nie wróżyło nic dobrego - relacjonował "Kusy" ich spotkanie po zawodach. - Wyczytałem w jego oczach zawiść i zazdrość".

Warto mieć wroga

Upokorzenie, jakie przybyszowi z Łotwy zafundował Kusociński, musiało mocno zaboleć. Tymczasem kilka dni później, podczas zawodów Towarzystwa Eugenicznego w Warszawie, bieg na 1500 m znów wygrał o zaledwie 0,2 sekundy "Kusy".

"Teraz już Petkiewicz nie krył się z niechęcią do mnie i nieraz to głośno w towarzystwie akcentował" - wspominał zwycięzca. On sam (jak twierdził) nadal wierzył, iż ich wzajemne kontakty ułożą się w sposób przyjacielski, zwłaszcza że Petkiewicz zaczął występować w barwach jego macierzystego klubu Warszawianka. Jednocześnie Kusociński każdy pojedynek z rywalem traktował jak życiowe wyzwanie.

REKLAMA

REKLAMA

Janusz Kusociński vs Stanisław Petkiewicz - najbliżsi sobie wrogowie Janusz Kusociński na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Pod koniec września obaj spotkali się na bieżni podczas międzymiastowego meczu lekkoatletycznego Warszawy ze Lwowem. I choć reprezentowali to samo miasto, to w biegu na 5000 m skupili się na walce między sobą. "Kusy" wystartował ostro, bo czuł, że na finiszu może przegrać, jeśli nie zmęczy Petkiewicza. Prowadził przez dwanaście okrążeń.

"Wreszcie nadchodzi ostatnie okrążenie. Robi mi się zimno i gorąco. Nie było dla mnie rzeczy, której bym nie dał, byle móc zwyciężyć" - wspominał.

Tymczasem biegnący tuż za nim Petkiewicz rozegrał pojedynek znakomicie pod względem taktycznym. Tuż przed metą: "Raptem odrywa się, rozpoczyna finisz i mija mnie, przychodząc pierwszy" - rozpaczał Kusociński, dodając: "Była to dla mnie tragedia. Po prostu fizyczny ból mną targał, nie mówiąc już o upokorzeniu i psychicznym załamaniu".

Pojedynki na śmierć i życie

Ich pojedynki stawały się coraz bardziej zażarte, walczyli ze sobą i nienawidzili niemal obsesyjnie. Kiedy spotykali się podczas zawodów, dawali z siebie dosłownie wszystko. Pod koniec października 1928 r. na prowincjonalnym stadionie Orła Grochów obaj ukończyli bieg na 3000 m w czasie wyrównującym rekord Polski. Na bieżnię wychodzili, aby bić się na śmierć i życie. Tę fascynującą rozgrywkę przerwało powołanie Kusocińskiego do wojska, a następnie jego fatalna kontuzja.

Zobacz także: Wunderteam: wielkie dzieło trenera Jana Mulaka

Z powodu zapalenia ścięgien w lewym kolanie mógł wrócić do treningów dopiero wiosną 1929 r. Ale wówczas boleśnie przeżył śmierć ukochanej siostry Haliny. Kiedy zaś się pozbierał, to podczas lekkoatletycznego trójmeczu Polski z Łotwą i Estonią w Rydze znów odnowiło się zapalenie ścięgien w kolanie. Pomimo potwornego bólu, żeby nie zawieść drużyny, ukończył bieg na 5000 m, lecz do szatni koledzy musieli go zanieść na rękach. Z kolanem w tragicznym stanie trafił do szpitala w Warszawie.

"Ani jeden kolega, nikt ze Związku mnie nie odwiedził" - wspominał potem swoją rekonwalescencję. Przysiągł sobie wówczas ostatecznie skończyć ze sportem. Tymczasem Petkiewicz bez kłopotów wygrywał kolejne zawody w kraju i stawał się królem polskiej lekkiej atletyki. Kusociński, gdy trochę wydobrzał, obrażony na wszystkich zjawił się, by coś załatwić w kancelarii Ośrodka Wychowania Fizycznego w Warszawie.

REKLAMA

Janusz Kusociński vs Stanisław Petkiewicz - najbliżsi sobie wrogowie Janusz Kusociński finiszuje przed Stanisławem Petkiewiczem (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

"Nagle widzę, drzwi się otwierają, wchodzi Petkiewicz. Spojrzał na mnie, udał, że mnie nie widzi, i nie zdjąwszy nawet kapelusza przeszedł do sali masażystów" - opisywał z furią "Kusy". Takie lekceważenie oznaczało dla niego upokorzenie, którego nie mógł znieść, bez choć próby wzięcia rewanżu.

"Niedoczekanie ich! Właśnie pokażę wszystkim, że nie jestem wykończony, że z powrotem zabłysnę na bieżni, a Petkiewiczowi specjalnie, że potrafię go jeszcze nieraz pokonać" - zapisał.

Złośliwy los nadal go nie oszczędzał, bo rywal osiągał szczyty chwały. Oto 14 września 1929 r. na mityng do Warszawy przyjechał legendarny fiński biegacz, niepokonany Paavo Nurmi.

Pokonać niepokonanego

"W sobotę i w niedzielę zobaczymy największego fenomena sportu, jakiego wydał świat" - obwieszczał czytelnikom "Przegląd Sportowy". Podczas igrzysk w Amsterdamie Petkiewicz na finiszu mógł jedynie z daleka oglądać plecy triumfującego Fina, ale mordercze starcia z "Kusym" wiele go nauczyły.

"Biegnąc za Finem, patrzyłem na jego plecy i głowę, nic więcej nie widziałem ani nie słyszałem. Wiedziałem tylko, że Nurmi biegnie szybko i że muszę za nim nadążyć" - opowiadał dziennikarzowi "Przeglądu Sportowego" Petkiewicz.

Swój bieg życia na 3000 m rozgrywał taktycznie dokładnie tak, jak wcześniej kilkakrotnie pokonując Kusocińskiego. Ten zaś siedział na trybunach i dosłownie przeżywał piekielne męki, bo jak zapisał: "Zdawało mi się, że to ja walczę z nim (Nurmim – przyp. aut), a nie Petkiewicz. Denerwowałem się, spociłem, jakbym przebiegł co najmniej z 10 kilometrów".

Na bieżni zaś zaledwie 150 metrów przed metą Petkiewicz nagle - ku zaskoczeniu wszystkich - przyspieszył.

"W tym momencie widziałem tylko białą koszulę obok i białą taśmę przed sobą. Wygrałem o pierś, udało mi się pokonać samego Nurmiego" - opowiadał chwilę później, zdobywając sławę sportowca, który pokonał legendę. Była to dopiero czwarta porażka Fina w całej jego karierze.

REKLAMA

REKLAMA

Janusz Kusociński vs Stanisław Petkiewicz - najbliżsi sobie wrogowie Stanisław Petkiewicz na najwyższym stopniu podium, Janusz Kusociński na drugim miejscu (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

"Jakże żałowałem, że nie mogłem wziąć udziału w tym biegu" - rozpaczał Kusociński i z jeszcze większą pasją powrócił do treningów. Petkiewicz zaś w krótkim czasie pobił trzynaście rekordów Polski na różnych dystansach. Następnie wyjechał na cykl mityngów do USA, odnosząc tam zwycięstwa na zawodach w Bostonie i Nowym Jorku. Na koniec w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" zdobył tytuł Sportowca Roku.

Powrót króla bieżni

Jesień 1929 r. nie oszczędzała Januszowi Kusocińskiemu przykrych doświadczeń. Na mistrzostwach Polski w biegach przełajowych biegło mu się świetnie i cały czas prowadził. Ale na finiszu Petkiewicz znów w sprinterskim tempie go wyprzedził. Kolejne porażki nie odbierały mu jednak chęci do walki. Kiedy wyszedł z wojska, zatrudnił się jako ogrodnik w parku Łazienkowskim, gdzie miał dobre warunki do regularnych treningów.

Wiosną 1930 r. poczuł, iż wraca do wielkiej formy. W klubie Warszawianka co jakiś czas natykał się na znienawidzonego rywala, ale obaj demonstracyjnie odmawiali udziału we wspólnych treningach. Jednocześnie koledzy, a potem i kibice zaczęli przyjmować wysokie zakłady pieniężne, który z nich okaże się lepszy w nadchodzącym sezonie. Rywalizację rozpoczęli w marcu od Narodowego Biegu Przełajowego na Okęciu.

Przeczytaj również: Dziewczyny na medal, czyli Irena Szewińska i spółka w Tokio

"O taktyce biegu, przyznam się, nie myślałem wcale" - wspominał Kusociński. - "Postanowiłem raczej nawet samemu się zarżnąć, niż pozwolić na wygranie biegu Petkiewiczowi".

Od samego startu w morderczym tempie przebiegł 3 kilometry. Wszyscy odpadli, jedynie Petkiewicz ciągle deptał mu po piętach. Ale gdy potknął się, przeskakując przez rów, zaczął zostawać w tyle. "Po 6000 m Petkiewicz jest już daleko za mną" - zapisał Kusy.

Ostatni kilometr przebiegł prawie nie zwalniając. Na mecie w końcu upokorzył rywala, uzyskując nad nim prawie 100 m przewagi.

REKLAMA

Emocje wzbudzane przez ich pojedynki osiągnęły kulminację w czerwcu 1930 r. Kiedy na mistrzostwach Warszawy Petkiewicz nie wystartował w biegu na 1500 m, Kusociński postanowił powalczyć z jego rekordem Polski, wynoszącym 4:02 min. Wygrał w czasie 3:59 min, jako pierwszy Polak schodząc poniżej 4 minut na tym dystansie.

Rewanż nastąpił tydzień później na mityngu z okazji 10-lecia PZLA. Obaj pobiegli na 1500 m szybciej niż wynosił świeży jeszcze rekord, ale Petkiewicz z wynikiem 3:57,5 min był o 1,4 sekundy lepszy od "Kusego".

Ich rywalizacji nie przerwał nawet ponowny przyjazd we wrześniu do Warszawy Paavo Nurmiego. Bieg na 5000 m zamienił się w wielki pojedynek między Nurmim a Kusocińskim, w którym Petkiewicz jedynie sekundował. To Kusociński walczył na bieżni przez cały dystans niemal bark w brak z legendarnym Finem. Na finiszu przegrał o jedną sekundę, lecz ustanowił fantastyczny rekord Polski - 14:55,6 min.

Co innego jednak było dla niego najważniejsze, bo jak opisywał: "Nareszcie zwyciężyłem swego rywala Petkiewicza, i to nie na ostatnich metrach, co mi się dawniej zdarzało, ale w otwartej walce, już prawie na początku biegu".

Nawet sukcesy na arenie międzynarodowej nie cieszyły "Kusego", tak jak możliwość pognębienia przybysza z Łotwy. W maju 1931 r. coraz częściej przegrywającemu Petkiewiczowi puściły nerwy. Na finiszu popchnął Kusocińskiego i dzięki temu zwyciężył. "Kusy" złożył protest i sędziowie zdyskwalifikowali rywala. Gdy Petkiewicz chciał go przeprosić, Kusociński na oczach całego stadionu Polonii w Warszawie odwrócił się do niego plecami.

Upadki gwiazd

Wzbudzająca wielkie emocje rywalizacja dwóch najlepszych polskich biegaczy przerwana został w najmniej oczekiwany sposób. Dyskwalifikacji Petkiewicza wielokrotnie i pod różnymi pozorami domagał się łotewski związek lekkoatletyczny, uznający go za zdrajcę. Ale czynił to bezskutecznie. Niespodziewanie w marcu 1932 r. taki sam wniosek złożył… klub sportowy Warszawianka.

REKLAMA

REKLAMA

Oficjalnie z powodu złamania przez niego statusu amatora i czerpania zysku z udostępniania nazwiska do celów reklamowych. Ale nieoficjalnie mówiło się, iż działacze zrobili to, aby Kusociński z powodu swej nienawiści do rywala nie zmienił barw klubowych. Podjęta przez PZLA decyzja o dożywotniej dyskwalifikacji mistrza, i to w roku olimpijskim, była zaskakująca i tajemnicza.

Sam Kusociński twierdził, iż nie miał z tym nic wspólnego. "Jako zawodnik muszę jednak stanąć w obronie Petkiewicza i zapytać, czy rzeczywiście zebrano dostateczne dowody, aby dowieść niezbicie zawodowstwa" - pisał we wspomnieniach.

Ciężkie chwile gwiazd

Teraz to on błyszczał na międzynarodowych arenach, a jego rywal mógł to jedynie oglądać z trybun. Na olimpiadzie w Los Angeles w lipcu 1932 r. Kusociński - pomimo zbyt ciasnych butów i potwornego bólu stóp - zwyciężył w biegu na 10 000 m w czasie 30:11,4 min, ustanawiając nowy rekord olimpijski. Pokonał wówczas całą grupę zdawało się niezwyciężonych fińskich biegaczy. Ale po heroicznej walce jego stopy przypominały jedną wielką ranę i bieg na 5 000 m oglądał już z trybun, siedząc obok zdyskwalifikowanego za czerpanie dochodów ze sportu Paavo Nurmiego.

Zobacz również: Historia biegania w Polsce. Początki i rozwój biegów masowych

Złoty medal uczynił z "Kusego" bohatera narodowego. Kiedy w gdyńskim porcie czekał na niego tłum kibiców, skandując u burty transatlantyku "Puławski" nieustannie "Kusy, Kusy!", ten ukrył się w kabinie radiotelegrafisty. Petkiewicz w takiej sytuacji czułby się jak ryba w wodzie. Nieśmiały Kusociński natomiast bardzo źle znosił okazywane mu na każdym kroku uwielbienie.

Paradoksalnie, tamtego lata obaj rywale przeżywali ciężkie chwile. Petkiewicz, musząc się pozbierać po złamaniu kariery i widząc jednocześnie sukcesy rywala, Kusociński zaś uciekając przed tłumem ludzi, witających go na Krakowskim Przedmieściu.

Choć nigdy potem nie spotkali się na bieżni, to ich życiowe losy stale splatały się ze sobą.

Wielka kariera "Kusego" zakończyła się niespełna rok po odejściu rywala. Kiedy w styczniu 1933 r. biegał po parku Łazienkowskim, skręcił lewą nogę, a wkrótce potem zaczęło go boleć kolano. Kilka miesięcy później w obu stawach kolanowych pojawiła się woda. Kłopoty ze zdrowiem sprawiły, iż nie potrafił wrócić do optymalnej formy, choć uparcie walczył ze słabościami ciała.

REKLAMA

W tym czasie Petkiewicz ukończył studia, napisał podręcznik dla biegaczy i zajął się pracą trenerską. W 1937 r. Kusociński eksternistycznie zdał maturę i rozpoczął studia w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie. Ale przed rozpoczęciem kariery trenerskiej chciał jeszcze raz zatriumfować na bieżni. Zaskakując wszystkich, w lipcu 1938 r. pojawił się na mistrzostwach Polski. Faworytem biegu na 5000 m był wychowanek Petkiewicza, bardzo utalentowany Józef Noji. W zaciętej walce, niejako w zastępstwie nauczyciela, pokonał "Kusego", wyprzedzając go na mecie o 4 sekundy.

I znów Kusociński się zawziął. Wreszcie w kwietniu 1939 r. pokonał na bieżni Nojia. Potem na zawodach w Helsinkach był drugi, bijąc w biegu na 5000 m rekord Polski czasem 14:25,6 s. W sierpniu zwierzył się "Przeglądowi Sportowemu": "Postanowiłem raz jeszcze popracować nad sobą i do igrzysk w Helsinkach przygotować się tak samo, jak do olimpiady w Los Angeles".

Czym jest ironia losu

Tymczasem jego rywal Stanisław Petkiewicz był już w drodze do Argentyny, dużo lepiej od Kusocińskiego wyczuwając, co przyniosą nadchodzące czasy. Wydawał się, że już nic wspólnego ze sobą nie będą mieli.

Kapral Kusociński dowodził podczas kampanii wrześniowej drużyną cekaemów. W czasie obrony Warszawy walczył bohatersko, a za odniesione na polu bitwy rany otrzymał Krzyż Walecznych. Petkiewicz w Argentynie szybko zdobył sobie pozycję wybitnego trenera, a potem cenionego wykładowcy na uniwersytecie w Buenos Aires. Być może dotarła do niego wiadomość, że Niemcy uznali jego rywala za wyjątkowo niebezpiecznego patriotę i aresztowali 26 marca 1940 r.

Potem o Kusocińskim słuch zaginął. Najprawdopodobniej został rozstrzelany 21 czerwca 1940 r. w Palmirach pod Warszawą.

Żyjąc bezpiecznie w Argentynie, Stanisław Petkiewicz mógł sobie pogratulować dokonania dobrego wyboru. Aż do 29 grudnia 1960 roku, kiedy podczas rodzinnego obiadu do jego domu wtargnął zwolniony kilka dni wcześniej z uniwersytetu pracownik. Ironia losu - byłego mistrza bieżni również zabiły kule, acz wystrzelone z rewolweru przez szaleńca.

Obaj wielcy rywale i tym razem finiszowali w bardzo podobny sposób...

Rekordy życiowe

Janusz Kusociński:

  • 800 m - 1:56.6
  • 1500 m - 03:54.5
  • 3000 m - 08.18.8
  • 5000 m - 14:21.2

Stanisław Petkiewicz:

  • 800 m - brak danych
  • 1500 m - 03:57.2
  • 3000 m - 08:35.8
  • 5000 m - 15:02.6

RW 05/2011

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij