Nasza broń kobieca (felieton z cyklu Okiem biegaczki)

Najcieplejsze miesiące w roku to nie tylko szczyt sezonu biegowego, ale i weselnego. Oba te zjawiska mają ze sobą zaskakująco wiele wspólnego. Dlatego trzeba zachować czujność i... trzymać się za portfele.

felieton Emilii Iwanickiej-Pałki z cyklu Prisma
rys. Prisma

Zarówno przemysł biegowy, jak i ślubny mają się bardzo dobrze i w zasadzie tylko fantazja i stan konta wyznaczają granice wydatków, jakie w obu przypadkach można ponieść. Oba przypadki łączy niestety też to, że często trzeba słono zapłacić już za samo dodanie odpowiedniego przymiotnika.

REKLAMA

Prosty przykład: pudełko. Jeśli którakolwiek z pań chociażby pomagała przyjaciółce w organizacji ślubu i wesela, to wie, że „białe pudełko” na pamiątkowe kartki jest produktem absolutnie nieporównywalnym z „białym pudełkiem ślubnym” o tym samym przeznaczeniu. To zasada obowiązująca przynajmniej w świecie marketingu. Bo biel tego drugiego ma odcień szczęścia panny młodej, a do tego przecież jeszcze projektant przykleił na nim gołąbka. A skoro tak, to cena – lotem co najmniej gołąbka – do góry. Podobnie rzecz ma się z bukietami, czy nawet z butami. Bo białe buty to – przepraszam za określenie – zupełnie inna para kaloszy niż buty ślubne. Przynajmniej zdaniem sprzedawców.

To samo zjawisko wdarło się niestety do biegania. Przymiotniki w świecie marketingu mają ogromną moc. Na przykład opaska, która utrzymuje włosy nawet w trakcie swawolnych harców na plaży, musi ustąpić pola, kiedy na horyzoncie pojawi się „opaska biegowa”. A skarpetki bezszwowe, w których spokojnie można przechodzić cały upalny dzień, bledną przy bezszwowych „skarpetkach biegowych”.

Oczywiście, w pewnych przypadkach produkty dedykowane danemu sportowi zdecydowanie poprawiają komfort. Ale czy naprawdę zawsze trzeba płacić za przymiotniki? Na szczęście nie. Bo pomysłowość jest kobietą! Ja na przykład stronię od wyspecjalizowanych słuchawek biegowych. Używam takich, które nie wypadają mi z ucha i dobrze brzmią. A problem błąkającego się kabelka rozwiązuję agrafką. Wielokrotnie testowałam i wiem, że wystarczy przykleić kawałek plastra, przez niego przebić agrafkę i można przewód upinać w dowolnym miejscu koszulki czy spodenek.

Mam koleżankę, która tak bardzo lubiła swoją zimową czapkę w chmurki, że kiedy ta sprana i rozciągnięta nie nadawała się już do noszenia na głowie, zyskała nowe życie, stając się… kominem na szyję, idealnym na zimowe bieganie. Może i nie wpisuje się w trendy projektantów odzieży biegowej, ale za to trend przywoływania dobrych wspomnień wszystko jej wynagradza.

Hołd w tym miejscu muszę też oddać pewnej Kasi, która wzbudziła mój szacunek, kiedy spotkałyśmy się jakiś czas temu na starcie pewnego maratonu. Dzień był upalny, więc Kasia pojawiła się w okularach przeciwsłonecznych. Ale czy biegowych? A skąd! Były to jej wyjściowe, bardzo ładne, wygodne i sprawdzone okulary absolutnie niebiegowe.

Dlaczego się na nie zdecydowała? „Żeby wyglądać jak milion dolarów”, bo był to jej pierwszy maraton i znakomicie wiedziała, że liczy się to, by go przeżyć po swojemu. Bo w bieganiu o to właśnie chodzi, żeby przeżywać je po swojemu i czerpać z niego frajdę. A Kasia? Cóż… Na mecie wyglądała jak dwa miliony!

RW 07/2017

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA