Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

O mijaniu, machaniu i spalinach [felieton Jacka Fedorowicza]

Każde kolejne lato charakteryzuje się w Polsce zwiększoną liczbą tych, którzy postanowili, że będą biegać. Wygląda na to, że lawina ruszyła i ani myśli się zatrzymać.

Rzecz nader pozytywna, odczuwalna przy tym i zauważalna. Skończyły się docinki, stukanie się w czoło czy też inne sposoby wyrażania dezaprobaty wobec truchtającego odszczepieńca. Ogół mieszkańców miast przyzwyczaił się, że teraz to już zawsze, wszędzie i o każdej porze w zasięgu wzroku znajduje się jakiś biegacz. Poza miastami może tak tego jeszcze nie widać, niemniej zadomowienie się biegactwa w polskim obyczaju współczesnym można uznać za fakt dokonany.

Stwarza to pewien problem przy mijaniu. Nie, że ciasno. Pozdrawiać czy nie pozdrawiać? Dawno temu, w latach 70. a nawet i później (wcześniej nikt się nie mijał, bo nikt nie biegał), skinienie ręką było obowiązkowe – wyrażało solidarność pionierów, wzajemne wsparcie członków tajemnego bractwa. Dziś są takie miejsca, w których poczucie obowiązku pozdrawiania zmuszałoby biegnących do trzymania ręki cały czas w górze.

Ja jednak mam z tym kłopot: z dawnych lat mi zostało, że jak nie pozdrowię, to wyjdę na chama. Niektórzy mijani mnie rozpoznają (starsi), więc mogą uznać, że woda sodowa. Ale z kolei, jeżeli pozdrowię i pozdrowienie nie spotka się z odzewem? Wyjdę na nadgorliwego, a poza tym nie wypada, żeby starszy wyrywał się pierwszy. A tak się dziwnie ułożyło, że kogokolwiek bym nie mijał, to od jakiegoś czasu tym starszym jestem już zawsze ja. Uważałem kiedyś, że grzeczność nakazuje, bym jako pierwszy pozdrawiał panie, ale nagle dotarło do mnie, że panie mogą to uznać za molestowanie, więc przestałem. Teraz biegnę napięty, wpatruję się w nadbiegającego z naprzeciwka i gdy tylko zauważę gest – odpowiadam. Najczęściej nie zdążam i odmachuję, gdy pozdrawiający już mnie minął.

Kto wie, czy nie czekają nas jeszcze poważniejsze kłopoty. Badania naukowe wykazały, że zwiększenie liczby szczurów w jednej klatce powoduje natychmiastowe zwiększenie skłonności do agresji poszczególnych osobników. Przepraszam tu koleżanki i kolegów za porównanie, ale wszystko przecież (z wyjątkiem komunizmu, niestety) eksperymentowano kiedyś na szczurach, więc nikt nie powinien się poczuć urażony. Na razie na szczęście biegacze wydają się zbiorowością bardzo odporną na zgubne działanie zagęszczenia, nie ma przepychanek przed startem, nawet gdy w biegu startuje tylu zawodników, ilu mieszkańców liczy niejedno miasto powiatowe, a i do toalet ustawia się zazwyczaj karna, cierpliwa kolejka, nawet gdy jest ich mniej niż zwykle, a zwykle jest za mało. Biegacze ze smutkiem, ale – jak myślę – z wyrozumiałością odczytują w internecie komunikat, że już koniec zapisów z powodu wyczerpania limitu.

Tu dodać trzeba, że takie komunikaty wciąż nie są przypadłością nagminną, bo równocześnie ze wzrostem liczby biegających zwiększa się liczba organizowanych biegów i jak ktoś chce się pościgać, to jakiś dostępny bieg w swojej okolicy zawsze znajdzie. Podobnie jak przyjemne miejsce do biegania. Bo co prawda bieganie według nas, biegowych agitatorów, to jedyny sport, który można uprawiać bez opłat specjalnych, wydatków na sprzęt (boso nawet zdrowiej – podobno!), zawsze i wszędzie, to jednak bieganie w mieście rodzi coraz częstsze obawy, czy na pewno powietrze, wdychane łapczywiej i intensywniej, można wdychać bezkarnie.

Kiedyś nie zwracałem na to uwagi, korzystając z młodzieńczych złudzeń, że jak biegam, to nic mi nie zaszkodzi; ostatnio jednak, po ukończeniu mojej niegdyś ulubionej pętli, której połowa przebiegała wzdłuż ulicy na prawym brzegu Wisły, ktoś mi podał wyniki pomiarów zanieczyszczenia powietrza przez samochody na tym właśnie odcinku (zawodowo zajmował się pomiarami) i wtedy złapałem się za głowę. Postanowiłem, że nigdy więcej i unikając skrupulatnie kontaktu z ruchem ulicznym, wybieram parki i robiąc po nich kółka, umieram z nudów.

Nie naśmiewam się też z powiedzenia „poszedłem pobiegać”, które dawniej wydawało mi się nielogiczne, ale teraz rozumiem, że najpierw wymawiający je chciał dojść do miejsca, w którym będzie wdychał powietrze bezspalinowe, i tam dopiero ruszy. Tym bardziej „pojechałem pobiegać” też już mnie nie razi, bo jeżeli mieszka w mieście mało uparkowionym, za to zabudowanym tłocznie, to i podjechanie będzie słuszne. Wszystko dla biegania. Gdy wiek zrobi swoje i zostaną mi już ewentualnie tylko przechadzki, to zamiast mówić domownikom, że idę pobiegać, będę mówił, że biegnę pochodzić.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze sierpień 2014.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij