Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.0

Odcinek drugi: obiad [felieton Jacka Fedorowicza]

Czy Justyna Kowalczyk zdoła zastąpić rodakom Adama Małysza? Wyobraziłem sobie, jak próbuje, i wizję przelałem na papier:

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz16.jpg

Zastanawiam się, co rodacy zrobią po rezygnacji Adama z czynnego życia sportowego, kogo postawią na piedestale jako tego, który za rodaków odwala czarną robotę i pokazuje światu, jacy to my wspaniali.

Szkoda, że nie ma szans, by funkcję idola objął jakiś biegacz. Nie tylko u nas, ale na całym świecie sporty tradycyjne, klasyczne, że tak powiem, ustępują miejsca nowszym, efektownym, głośnym i znacznie mniej bezpiecznym. Coraz bardziej zblazowana publiczność wymaga coraz większych emocji i chętnie śledzi fruwających wysoko w powietrzu skoczków i ryczących silnikami, pędzących na łeb, na szyję, kierowców.

Nie piszę tego przeciwko Małyszowi i Kubicy. Wzdycham tylko, że kiedyś także i biegacze mogli wzbudzać powszechny podziw i uwielbienie. Kusociński, a po wojnie Chromik, Zimny, Krzyszkowiak, Malinowski, wśród pań Szewińska, Sobottowa – lista jest długa i nie sposób wymienić wszystkich. To se ne vrati… No bo co może się stać biegaczowi? Potknie się najwyżej i wykopyrtnie. Gdyby tak gnał dwieście na godzinę… Albo gdy by maratony organizowano na zamarzniętym jeziorze z ukrytymi przeręblami…

Niemniej Adam Małysz idolem był przez lata zasłużenie. Wzbudzał powszechny – w tym mój – podziw i sympatię, bo nie dość, że wspaniały w swojej konkurencji, to jeszcze skromny, sympatyczny i myślący. A dodatkowo – chudy. Przechodzę do zasadniczego tematu. Adam Małysz przyznawał się nieraz, że przez cały czas swego skakania musiał pilnować wagi. Serdecznie polecam to również nieskaczącym.

Regularne stawanie na wadze może wyda się komuś przesadne, tymczasem nie ma lepszego sposobu na pilnowanie, czy masy ciała nie przybywa w takim stopniu, że coraz trudniej będzie się z nią rozstać. Subiektywne wrażenie jest zawsze mylące. Organizm jest wielkim oszustem: zawsze udaje, że wcale nie jest najedzony i trzeba koniecznie coś jeszcze w niego wepchnąć. Tylko waga odkryje oszustwo, gdy po tygodniu ulegania organizmowi pokaże te nowo nabyte 2-3 kilogramy.

Moja rada: nie ulegać podszeptom organizmu, zawsze jeść tak, żeby wstając od stołu czuć, że coś by się jeszcze zjadło, i wreszcie - nie ulegać przesądom. Takim na przykład, że człowiek koniecznie musi zjeść obiad. W poprzednim odcinku przyznałem się, że ostatni raz jadłem śniadanie mniej więcej czterdzieści parę lat temu. Obiady przestałem jeść, kiedy zacząłem biegać, bo okazało się, że obiady i bieganie wzajemnie się wykluczają. W moim przypadku przynajmniej.

Trzy razy zdarzyło mi się zemdleć, ponieważ wyruszyłem na trasę za wcześnie po obiedzie. Za pierwszym razem jeszcze nie skojarzyłem obiadu z tym przykrym wydarzeniem, co – nawiasem mówiąc – nie najlepiej świadczy o mojej zdolności kojarzenia faktów. Za drugim razem coś mi w głowie świtać zaczęło, po trzecim już nie miałem wątpliwości: zapełniony żołądek wyklucza bieg. Na eksperymenty, ile trzeba odczekać, nie miałem odwagi, i żeby już nigdy nie skompromitować się omdleniem (za trzecim razem, niestety, odbyło się to przy ludziach), postanowiłem na wszelki wypadek całkowicie zerwać z obiadami.

Chyba że obowiązek biegowy mogłem odfajkować rano. Rzadko mi się to jednak zdarzało, bo pracę miałem zawsze w różnych godzinach i w wielu różnych miejscach, i nigdy nie było mnie stać na luksus stałego, wydzielonego czasu na przebieżkę. Mogła się ona odbyć tylko przy okazji przemieszczania z jednej pracy do drugiej i tak właśnie zawsze się odbywała. Praktycznie przez cały dzień musiałem więc być w gotowości do przemieszczenia, czyli z pustym żołądkiem. No i przyzwyczaiłem się.

Owszem, po drugim przemieszczeniu w ciągu dnia robiłem się już bardzo głodny, ale jeśli miałem w perspektywie jeszcze drogę powrotną do domu – pamięć o kompromitujących zasłabnięciach pomagała mi wytrwać w postanowieniu, że żołądka nie zapełnię, póki nie wrócę. Zauważyłem przy tym, że w takiej sytuacji nie wolno nic podgryzać, by nie budzić soków żołądkowych, bo te, po obudzeniu, powodują głód już nie do wytrzymania. Łatwiej przeżyć, stosując zasadę: ani kęsa. Wyobrażacie sobie, jaką frajdę sprawia wtedy kolacja, ten jedyny posiłek w ciągu doby? I WSZYSTKO jest smaczne!

Nikogo nie namawiam, by szedł w moje ślady. Ale fakt, że dożyłem sędziwego wieku, świadczy o tym, że – tu przesłanie dydaktyczne – nie ma reguł niewzruszonych i każdy organizm można sobie wychować.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze maj 2011

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij