Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Odetkać uszy! [felieton Jacka Fedorowicza]

W Warszawie odbył się jubileuszowy XXX Bieg Chomiczówki. Gratuluję pięknego jubileuszu. I w ogóle gratuluję. Chomiczówka świadczy dobitnie o tym, że warto się uprzeć i co roku organizować bieg, bo to po latach doświadczeń owocuje perfekcją organizacyjną.

Trasa 15-kilometrowa w trzech pętlach była sprytnie wytyczona i biegła przez mało uczęszczane ulice, a tam gdzie się da - chodnikami i uliczkami między blokami. Bieg wypadł w środku styczniowego zamrożenia i zaśnieżenia kraju: w przeddzień cała Warszawa łącznie z Bielanami zginęła pod tym takim białym, co to leci z nieba, ogromnie ciesząc narciarzy, biegaczy zaś mniej. Byłem więc pewien, że trzeba będzie się ślizgać i przekopywać, a tymczasem cała trasa była od rana wzorowo odśnieżona. Zwycięzca kategorii M65, Stefan Dobak (Szamotuły), przyjechał z gwiazdkowym śrubokrętem i kilkunastoma niedługimi wkrętami. Wzbudził w szatni sensację, pokazując, w jaki sposób zwykle walczy ze śliską trasą: wkręca po prostu te śrubki w podeszwę. Ale na wzbudzeniu sensacji poprzestał, bo systemu tym razem nie wdrożył, zaś wynalazek okazał się niepotrzebny. Na ogół miasta znacznie bardziej dbają w zimie o kierowców niż o pieszych. Piesi są z reguły niedopieszczani. Chomiczówka była 20 stycznia wyjątkiem w skali krajowej. Miała nie zawsze czarne jezdnie, za to znacznie czarniejsze chodniki.

Dalej: na Chomiczówce tylko 50 pierwszych komisja sędziowska klasyfikuje według kolejności wpadnięcia na metę. Całą resztę według czasów netto. To chyba dobry pomysł: nie ma dzięki temu przepychania się tej całej reszty do linii startu przed startem i wzajemnego tratowania zaraz po starcie. Owszem, ma to swoje niedogodności, bo oto ktoś szaleńczym finiszem tuż przed metą przegania upatrzonego rywala, by - czytając wyniki - przekonać się, że rywal tak naprawdę rywalem nie był, bo według czasu netto i tak miał kilkadziesiąt sekund straty albo też przewagi, w obu więc wypadkach wysiłek finiszowy niczego nie mógł zmienić.

A skoro o szaleńczym tempie mowa, to akurat podczas tego biegu przekonałem się, co to znaczy biec dokładnie dwa razy wolniej niż grupka najlepszych. Lata lecą, kontuzje nie odpuszczają i tak mi się właśnie przytrafiło, że tym razem miałem tempo na kilometr prawie dwa razy wolniejsze niż owa grupka szybkiej młodzieży. Przelecieli obok jak wicher, nieomalże poczułem pęd powietrza spychający mnie z trasy. Z pewną melancholią przypomniałem sobie, że 6 lat temu, kiedy to właśnie po tej chomiczówkowej „15” po raz pierwszy w życiu stanąłem na podium, mając pod sobą pięknie wymalowaną jedynkę (pierwszy w kategorii wiekowej, oczywiście), to wtedy grupka najlepszych przelatywała obok mnie dopiero w połowie drugiej pętli. A w tym roku już pod koniec pierwszej…

I tu przy okazji propozycja organizacyjna. Nie tylko dla Chomiczówki, ale dla innych biegów też. Rewolucyjna, na pewno nie do przyjęcia dla niektórych, ale nader słuszna; wiem, bo sam ją wymyśliłem. Organizatorzy zawodów, a w szczególności długich biegów rozgrywanych na pętlach, powinni w regulaminach zakazać zawodnikom zatykania uszu słuchawkami. Po prostu zakazać słuchania muzyki, bo ci, którzy biegnąc słuchają, nastawiają sobie z reguły na pełen regulator, co uniemożliwia zwrócenie im uwagi na cokolwiek. Chyba że przy pomocy petard.

Nie człapałem sam w tym prawie dwukrotnie wolniejszym tempie; biegło tak kilkudziesięciu i widziałem, jak przez tych kilkudziesięciu przedzierać się musieli ci szybcy. Wolontariusze krzyczeli: „Lewa wolna!”, i my wszyscy od razu posłusznie na prawą. Wszyscy z wyjątkiem miłośników muzyki, którzy po prostu nic nie słyszeli i przeszkadzali pędzącej czołówce z wyjątkową skutecznością. Przypominali furmanki konne, między którymi samochód wyścigowy musi wykonać niebezpieczny slalom, bo że nie zwolni, to oczywiste. Nie po to się ściga. Słysząc za sobą nadbiegających, z dobrego serca też ryczałem w kierunku takiego jednego przede mną: „Lewa wolna!”. Dopiero po jakimś czasie mój ogłupiały biegiem mózg skojarzył, że wrzaski są bezcelowe, bo adresat wrzasków biegnie ze słuchawkami.

Więc przestałem. Ale wspominając bieg następnego dnia, wczułem się w tych szybkich, wyobraziłem sobie, co musieli myśleć o miłośnikach muzyki i postanowiłem, że przedstawię propozycję: wyrugować słuchawki! Albo kompromisowo nakazać, by przynajmniej jedno ucho każdego zawodnika było podczas biegu obowiązkowo odkorkowane.


JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze kwiecień 2013

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij