Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra

170 kilometrów przez lodowce i góry Patagonii. Zwycięstwo. 42 kilometry 195 metrów w mrozie, po śniegu i lodzie przez zamarznięty Bajkał. Wygrana. W Biegu Rzeźnika 4 rekordy trasy. Najwyższe miejsce Polaka w UTMB – najważniejszym ultra-maratonie świata. Lista osiągnięć Piotra Hercoga jest dużo dłuższa, ale też bardzo zaskakująca.

Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra Piotr Dymus
Piotr zaczął biegać po górach, gdy miał 33 lata. Ale przedtem biegał za piłką, maszerował na orientację, schodził do najgłębszych jaskiń na Ziemi i startował w ekstremalnych rajdach na całym świecie. (fot. Piotr Dymus)

Być może trzeba do listy dodać pierwsze w dziejach podium dla nie-Nepalczyka w biegu na Mount Evereście – Piotr biegł tam 29 maja, już po wydrukowaniu tego numeru, „klasyczny maraton”, dystans dla niego za krótki, bo najczęściej rozkręca się po pięćdziesiątym, a jeszcze bardziej po setnym kilometrze. Ale za to start jest na 5362 m n.p.m., a on przecież sprawdza granice wytrzymałości.

Patagonia Chile. Północ z 6 na 7 kwietnia, 0 stopni Celsjusza. 66 straceńców rusza na stumilową, ekstremalną trasę biegu Ultra Fiord Patagonia. Fiordy wchodzące w ocean, góry, jeziora, bagniska, lodowiec. To idealnie wpisuje się w projekt, który wymyślił sobie przed rokiem po wbiegnięciu na Elbrus. „Hercog Mountain Challenge”, czyli starty w najbardziej ekstremalnych biegach świata.

Koniec kwietnia 2017 roku. 9532 km od Patagonii. Kudowa-Zdrój, miasteczko u podnóża Gór Stołowych. Położone 380 metrów nad poziomem morza, ale Piotr właśnie „zszedł”, a właściwie „wyszedł” z 3 tysięcy metrów i przysiadł naprzeciwko telewizora. Na wysokości spędza na razie tylko noce. Na środku salonu połączonego z kuchnią rozbił namiot. Z łazienki prowadzi rura wtłaczająca azot z tlenem, imitując wysokogórskie warunki. Takie Himalaje w domu. Aklimatyzacja przed wyjazdem na maraton rozgrywany najwyżej na świecie.

Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra Piotr Dymus
Pociąg do przygód i rywalizacji zaczął się w podstawówce. Jako 7-latek pojechał, żeby pobiegać po lasach Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Jako 41-latek biega po Patagonii i Mount Evereście. (fot. Piotr Dymus)

Rodzina ultra

Patagonia. 10. kilometr. Na czoło biegu wysforowała się czwórka ultrasów. „Jest łatwo i szybko”, bo biegną „po twardym”, choć wysokościomierz wskazuje, że za nimi tysiąc metrów podbiegów. Dwóch zawodników już zwolniło, a po 25 km w tyle zostaje Chilijczyk, który nadawał tempo. Wbiegli na ścieżkę wzdłuż jeziora, gdzie ludzie nie zaglądają. Jest wydeptana, gdyż przepędza się tędy bydło.

„Dawaj, tata, dawaj! Jesteś pierwszy!” – tak Marysia, lat 10, i Maksymilian, siedmiolatek, dopingują Piotra na trasach. „Dzieci dorastają, coraz częściej wyjeżdżamy razem na biegi i są moim supportem” – cieszy się ultramaratończyk. To znaczy, że „na bufetach” podają tacie napoje i owoce. Tak było podczas stukilometrowego Pitzl Alpine Glacier Trail po alpejskich lodowcach, który „tata wygrał”. Przed i po biegu zwiedzają, chodzą wspólnie po górach. W lutym byli razem na Kanarach („przy okazji” Piotr przebiegł TransGranCanaria Marathon).

„Pewnie, że wiedziałam, na co się piszę – zapewnia Małgosia, żona ultramaratończyka. – Rodzinie ultramaratończyka nie jest lekko, łatwo i przyjemnie. Mało mamy Piotra. Treningi, podróże, praca. Ale staramy się łapać wspólne chwile i wciągać w familijne życie, które bardzo lubi”.

Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra Piotr Dymus
Podczas wyprawy na Pik Lenina próbował o kulach wejść na szczyt, ale ostatecznie zrezygnował - rozsądek zwyciężył. (fot. Piotr Dymus)

Pociąg do przygód zaczął się u Piotra, gdy był w wieku swoich dzieci. Urodził się w 1976 roku w Częstochowie. Gdy miał ledwie 7 lat, wsiadł w podmiejski autobus i pojechał w Góry Sokole, pobawić się w podchody.

„Na co dzień łobuzowałem w śródmieściu, ale od zawsze ciągnęło mnie w góry” – wspomina Piotr, który dorwał się wtedy do książki o jaskiniach Jury Krakowsko-Częstochowskiej i z przyjaciółmi zaczęli je „eksplorować”. Gdy w podstawówce wydało się, że Piotrek to utalentowany podróżnik, trafił do kółka krajoznawczego. Kręciła go rywalizacja, więc zaczęły się też starty w marszach na orientację.

Szczęście samouka

Patagonia. Od 25. kilometra już sam biegnie po chilijskich fiordach. Zaczynają się bagniste tereny, jedna noga trafia na twarde podłoże, druga zapada się po łydkę. O trzeciej w nocy czuje strach. Czyżby to już? Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z jednym z najszybszych biegaczy na świecie? W gęstwinie słyszy niepokojące odgłosy.

„Przed startem pytałem miejscowych, czy na trasie napotkamy jakąś zwierzynę. Mówili, że raczej nie, ale można trafić na pumę” – śmieje się biegacz, który nieraz na biegach napotykał zwierzęta. Dziki czy jelenie to standard, ale bywały i żubry, a nawet wataha wilków obserwujących biegacza z oddali. Pumy w Patagonii nie spotkał, za to bagniska nie chciały się skończyć.

Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra Piotr Dymus
106 kilometrów miała skrócona trasa Ultra-Trail du Mont-Blanc w 2012 roku. Piotr uznał, że to dla niego za krótki bieg, więc wystartował jeszcze raz na 166 km. (fot. Piotr Dymus)

Do ogólniaka ściągnął go nauczyciel geografii i opiekun SKKT PTTK „Egzotyk” Zbigniew Tarnowski. Nastoletni eksplorator bardzo się przydał, bo nauczyciel tworzył „team”, który jeździł na wycieczki górskie, imprezy na orientację i ogólnopolską olimpiadę wiedzy turystyczno-krajoznawczej. W 1994 roku drużyna z 17-letnim „Hercim” ją wygrała. Nagrodą był indeks na krakowską AWF, z którego nie skorzystał.

„Ogólniak to był szalony czas” – mówi Piotr, jakby kiedyś to szaleństwo w jego życiu się skończyło. Jeździł na wycieczki, zdobywał medale w marszach na orientację, a w „wolnych chwilach” zaczął się wspinać. „Byłem samoukiem, a wchodziłem na porządne skałki. Cud, że nic mi się nie stało” – wspomina dziś ultramaratończyk.

Pik Lenina o kulach

Patagonia. Na fiordach trasę wyznaczają tyczki z odblaskowymi oznaczeniami. Ustawione czasem co 20 metrów, czasem co 300. Mimo to Piotr ma stracha, bo organizatorzy nie dali ani map, ani tracka, który wklepuje się w zegarek, by się nie zgubić. Dlatego, gdy długo nie widzi tyczek, wraca, aby upewnić się, że nie przegapił zakrętu. „Na tych bagniskach i w górach telefon nie ma zasięgu, więc mogłem liczyć tylko na siebie, gdyby się coś działo” – wyjaśnia.

Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra Piotr Dymus
Zdarza się, że Piotr Hercog pojawia się w strefie bufetu, zanim jeszcze dotrą tam organizatorzy. Ale zdarzało się też, że miał halucynacje, a nawet schodził z trasy. Przekracza granice wytrzymałości, ale nie idzie w trupa. (fot. Piotr Dymus)

Co kilkanaście kilometrów jest „bufet” – nazwa mocno na wyrost, bo w namiociku siedzi sędzia, który podaje biegaczom wodę i banana. Wkrótce okazuje się, że organizatorzy postanowili jeszcze sprawdzić, czy przypadkiem nie pojawił się zawodnik z boską mocą. Ale nie było jednak nikogo, kto potrafiłby biegać po powierzchni wody, więc końcówki tyczek wystające z jezior oznaczają brodzenie po pas w wodzie. W środku nocy, przy minus trzech stopniach.

Karierę biegacza zaczął w wieku chrystusowym, gdy miał 33 lata, ale biegał od ósmego roku życia. Przede wszystkim za futbolówką. „Mój tato, Andrzej Hercog, grał w piłkę nożną przez ponad 40 lat, a potem trenował drużynę Victorii Częstochowa” – wyjaśnia.

10 kwietnia 1994 r. juniorzy Victorii grali z Ruchem Chorzów. „Herci” przymierzał się do strzału z dwudziestu metrów, ale rywal wjechał w niego nakładką. Gwizdek (sędziego) i trzask (kości). Złamany piszczel. Gips do pachwiny. Na dwa miesiące przed zaplanowaną z kumplami „wyprawą życia” na Pik Lenina – legendarny 7-tysięcznik w górach Pamiru. Piotr nie zamierzał z niego rezygnować. Zdjął gips i pojechał. „Posiedzę w bazie, popatrzę na szczyt” – pomyślał.

Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra Piotr Dymus
Piotr jest mistrzem nawigacji i taktyki biegów. To atut nie tylko wtedy, gdy, jak w Patagonii, na ponad 170-kilometrową trasę zawodnik nie dostaje żadnej mapy. (fot. Piotr Dymus)

Już podróż okazała się wielką przygodą. Mieli 250 kg sprzętu i po 1500 zł na osobę. W pociągu spotkali Uzbeka, który pochwalił się, że widział szczyt Lenina. Z nieba. Był pilotem Armii Czerwonej. Dostali rozkaz, by sprawdzić, czy w wojennej zawierusze nie da się tam prowadzić desantu oddziałów specjalnych. Na próbę w okolice szczytu zrzucił 6 komandosów. Prawie się udało. Prawie, bo trzech zabiło się na ścianie, a trzech zmarło z wychłodzenia.

„Gdy dotarliśmy na miejsce, chłopaki działali, a mnie tak nosiło, że zacząłem wchodzić o kulach na niezaśnieżone wierzchołki. Wybrałem się do pierwszego obozu, na wysokości 4400 metrów. Po lodowcu, około 10 kilometrów. Znalazłem patent na szczeliny. Ściągałem gumki z kul, wybijałem się ze zdrowej nogi i przeskakiwałem" – opowiada Hercog spokojnie, jakby wymyślił nowy rodzaj skipów.

"Kule, takie zwykłe, białe, z szpitala, sprawdzały się też na podejściach, gdzie zmieniały się w kijki. Łaziłem i łaziłem, aż dotarłem do obozu drugiego, na 5500 m, a że czułem się dobrze, pokuśtykałem jeszcze na 6400 m. Myślałem o ataku na szczyt, ale jednak rozsądek zwyciężył. Podszedłbym, ale zejście o kulach trwałoby tyle godzin, że dziś pewnie nie mielibyśmy okazji rozmawiać” – przyznaje.

Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra Piotr Dymus
Patagońskie fiordy, Chile, północ. 66 zawodników wywieziono w głąb kraju na start. Teraz jeszcze tylko 100 mil do mety. (fot. Piotr Dymus)

Rajdowa przygoda

Patagonia. Po 65 km po bagniskach, jeziorach i gołoborzach zaczynają się góry. Nie ma czasu nacieszyć się cudownym wschodem słońca. Teraz wspinaczka i bieg po skalnych rumowiskach i lodowcach. Niebezpieczny wyścig miało zabezpieczać kilku alpinistów. Miało, bo gdy Piotr dotarł do skalno-lodowych partii, dopiero montowali liny asekuracyjne. Nie spodziewali się biegacza o tej porze.

W pierwszych latach studiów na poznańskiej AWF sukcesów sportowych nie odnotowuje. Choć bywały, na przykład gdy dyskoteka kończyła się o 4 rano, a o 6:30 rozpoczynały się sprawdziany pływackie. „To w moim życiu czas imprezowy. Trochę wycieczek w Tatry, za to dużo alkoholu” – śmieje się Piotr.

Od czasu do czasu wypad na skałki z przyjacielem z ogólniaka, Marcinem Bartochą, talentem wspinaczkowym. W 1999 roku w oczy rzucił im się plakat zapowiadający Adventure Trophy, pierwszy w Polsce rajd przygodowy w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Dwa dni po 60 kilometrów w duecie. Pomyśleli, że jeden świetnie się wspina, drugi ma umiejętności nawigacyjne – nie będzie źle. Było. Ukończyli I etap, w limicie się zmieścili, ale okazało się, że Marcin ma dwie banie zamiast kolan i mogą już tylko oglądać najlepszych.

Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra Piotr Dymus
W Hercog Mountain Challenge, czyli startach w najtrudniejszych biegach świata, wspierają Piotra przyjaciele i pasjonaci przygód i gór, tworzący Hercog Support Team. (fot. Piotr Dymus)

„I zobaczyliśmy Terminatorów, którzy w 5 godzin pokonywali odcinki, na które my potrzebowaliśmy 12” - wspomina Piotr. Wtedy zaparł, że też taki będzie. I rajdy przygodowe wciągnęły go na następną dekadę. Był w pierwszej polskiej ekipie, która jeździła po Europie, a potem w zespole Speleo Salomon (teraz biega w barwach Salomon Suunto Team). „Wybieraliśmy niezwykłe, najpiękniejsze i najtrudniejsze rajdy na świecie i trzeba się było mocno przygotowywać” – mówi ultramaratończyk.

Gdzie jest granica ludzkich możliwości, postanowili sprawdzić w 2009 roku na rajdzie pod wiele mówiącą nazwą Sweden Monster. 1100 kilometrów. Z kolegą z teamu uznali, że dobrym treningiem będzie Bieg Rzeźnika. Artur Kurek już go znał, Piotr zaś... debiutował w zawodach biegowych. Wygrali, bijąc przy okazji rekord trasy.

Lodowiec w swetrze

Patagonia. Po 2 godzinach w górach Piotr zaczyna zbieg przez przełęcz. Między szczelinami lodowca. „Pomyślałem, że gdyby się ktoś ześliznął po tym lodowcu, nikt by go nie zobaczył. Wpadasz, śnieg cię przykrywa i już cię nie ma” – Hercog wiedział, że rok wcześniej zginął tu Meksykanin. Zagubił się, szukano go trzy dni. Zmarł z wychłodzenia.

Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra Piotr Dymus
Po kilkudziesięciu kilometrach przedzierania się przez bagna bieg „po wodzie” jest urozmaiceniem i zapowiedzią wspinaczki. (fot. Piotr Dymus)

„Jak to jest, gdy się umiera? Nie, nie czujesz strachu, raczej żal, że to już, że jeszcze tyle można było zrobić, a tobie nie będzie to dane” – Piotr nie koloryzuje. Miał niespełna 15 lat i po kilku wypadach w Tatry postanowił, że zostanie alpinistą. Z kolegą, też licealistą, wymyślili, że zdobędą Grossglocknera – najwyższy szczyt Austrii. W sierpniu 1992 r. wypełnili sprzętem tylne siedzenie malucha i pojechali w Alpy. Piotr miał polar pożyczony od kolegi i trampki wyglądem przypominające buty trekkingowe.

Przed atakiem na szczyt chodzili po lodowcach. Nad szczeliną załamał się most śnieżny. Piotr zniknął. Spadał z plecakiem, odbijając się od ścian jak kula bilardowa. Zaklinował się na głębokości 26 metrów, w przewężeniu, na zlepieniu lodowym, poniżej był potok. „Sprzęt” nie pozwoliłby mu przetrwać nawet kilku godzin: był w dżinsach i wełnianym swetrze.

„Dzięki temu wiem, co się czuje, umierając. Gdy spadałem, myślałem tylko, że szkoda, że ginę tak młodo. Ale byłem dziwnie pogodzony, nie było lęku. Przed oczami zmieniały się kadry, jakieś nieistotne zdarzenia i twarze” – pamięta to do dziś. Na kilka minut stracił przytomność. Kolega miał linę, więc Piotr musiał o własnych siłach wspiąć się 6 metrów. Na nawisie znów odpadł, ale w końcu jakoś się wygrzebał.

Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra Piotr Dymus
Na mecie w Patagonii. Pierwszy triumf w tym roku. W 2016 roku Piotr Hercog wygrał 5 ultramaratonów. (fot. Piotr Dymus)

Szybsi od czasu

Patagonia. Po 80 km trasa znów zmienia się w mokradło. Piotr nie zwalnia, bo nie ma informacji o przewadze. Z supportem z teamu, Wojciechem Grzesikiem i Piotrem Dymusem, widział się na 20. km. Nie mieli szans dojechać na kolejne. Czekali na 95. Końcówka, czyli ostatnie 70 kilometrów (sic!) po patagońskich szutrach i łąkach, znów staje się biegiem, a nie brnięciem w błocie. „Miałem 50 minut przewagi. Uznałem, że to niedużo. Jeden błąd, nadłożenie drogi i Chilijczyk może mnie dopaść”. Dlatego 70 km pokonuje w 7 godzin.

Lata 2009 i 2010 były dla Piotra nie tylko biegowym, ale i życiowym przełomem. Urodziła się Marysia i z rodziną trafili do schroniska w Pasterce. Jako kierownicy. „Przyjeżdżamy z Częstochowy z półroczną Marysią, a tam rozpierducha, środek remontu, dym idzie z podłogi, nie ma gdzie spać, a ja mam wyjechać na rajd” – opowiada.

Tak zgotowali sobie rodzinny „adventure race”. Miał trwać rok. Zostali siedem lat. Kiedy doszły etaty taksówkarzy dla dzieci, które codziennie trzeba było zwozić do przedszkola i szkoły, pomyśleli, że tak się nie da. Piotr jest organizatorem wielu imprez (m.in. Supermaratonu Gór Stołowych i Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich), więc na miejsce do życia wybrali Kudowę.

Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra Piotr Dymus
To ostatnio częsty obrazek: Piotr Hercog jako zwycięzca ultramaratonu. W Patagonii zajęło mu to 23 godziny i 15 minut. (fot. Piotr Dymus)

A Pasterka? Położona w środku Gór Stołowych okazała się idealnym miejscem na treningi. W 2010 roku zgadali się z Marcinem Świercem, że będą tu razem trenować. Marcin, wtedy już znakomity biegacz górski na krótkich dystansach, chciał się spróbować w ultra. Dla Piotra, który wiedział, jak poradzić sobie na najtrudniejszych trasach, bieganie „interwałów i trzecich zakresów” było kosmosem. Postanowili przygotować się do kolejnego Rzeźnika. Okazało się, że stworzyli plan treningowy pod biegi długodystansowe, który sprawił, że do dziś są w światowej czołówce ultrasów.

Przed startem w 2011 roku wiedzieli, na co ich stać. Mieli rozpisane 78 kilometrów co do minuty, ale organizatorzy nie wierzyli w ich plan. W strefie zmian na 17 km organizatorzy jeszcze byli. Na kolejnych już nie. Przybiegli za wcześnie. Kiedy wbiegli do Ustrzyk Górnych, okazało się, że... mety nie ma. 8 godzin 16 minut. Pobili rekord trasy (który należał do Piotra) o godzinę. Potem Hercog powtórzył to jeszcze dwa razy.

Smaki życia

Patagonia. Ostatnie 7 km, aż do mety w Puerto Natales, Piotr biegnie ulicą w eskorcie policji na sygnale i z konwojem samochodów. Nie wiadomo, czy to kibice, czy kierowcy, którzy boją się wyprzedzić radiowóz. Na metę wpada o godz. 23.16 z przewagą ponad dwóch godzin nad Chiljiczykiem Emmanuelem Acuñą. 20 godzin później przybiegli dwaj Polacy, który też startowali w biegu na 100 mil.

Na mecie odbiera medal (innych nagród nie ma), udziela paru wywiadów i wraca do hotelu. Wchodzi do wanny, a kumple przynoszą kanapki. Zaniepokojeni ciszą przecinaną pluskiem zaglądają do łazienki. Kromki spadały do wody, Piotr zasnął.

Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra Piotr Dymus
6 biegów górskich i ultramaratonów wygrał Piotr Hercog w 2016 roku. Wśród nich Baikal Ice Marathon i Lenin Sky Race. (fot. Piotr Dymus)

Gdyby, jak w tytule książki Murakamiego, ktoś go zapytał, „o czym mówisz, kiedy mówisz o bieganiu” na setnym kilometrze, na wysokości 4 tysięcy metrów? „Że muszę pilnować trasy. Albo że warto coś zjeść na bufecie” – na zawodach Piotr skupia się wyłącznie na biegu. Kontroluje niemal każdy ruch. Ale czasem myśli biegną gdzie indziej.

„Jest dużo czasu na przemyślenie wszystkiego: od drobnych rzeczy z życia codziennego, po rozważania o sensie istnienia, tego całego życia w biegu. Długo starałem się znaleźć odpowiedź na pytanie, po co to bieganie. Przygotowuję się miesiącami, startuję w morderczych zawodach, nie ma mnie dla rodziny, tracę czas, pieniądze... I wiem, że nie ma dobrej odpowiedzi, tak jak nie potrafimy sobie logicznie odpowiedzieć, jaki jest sens naszego życia" – mówi.

"Wiem tylko, że dzięki bieganiu znam wszystkie smaki życia. Zaznaję jego najbardziej gorzkich stron, a po powrocie do domu – słodkich i przyjemnych. A kiedy nie biegam, życie staje się szare” – podsumowuje Piotr.

Kronika przygód Piotra Hercoga

Marsz w gipsie. W 1994 roku, jako 17-latek, ze złamanym piszczelem i w gipsie po pachy startuje w mistrzostwach Polski w marszu na orientację. O kulach. W imprezach na orientację nawigowanie liczy się bardziej od biegania, ale i tak trzeba się zmieścić w limicie czasu. Do mety jest 400 m, nie zdąży dokuśtykać. Trzeba przez płot. Najpierw przerzucić kule. Udało się, zajął 9. miejsce. W sumie w marszach i biegach na orientację zdobył 30 medali mistrzostw i Pucharu Polski.

Piotr Hercog: biegacz na poziomie ultra Piotr Dymus
Dzięki bieganiu znam wszystkie smaki życia. Na ultra czuję te najbardziej gorzkie, a po powrocie do domu – te słodkie. A kiedy nie biegam, życie staje się szare. (fot. Piotr Dymus)

700 metrów w głąb Ziemi. Na taką głębokość zszedł pod ziemię. Dwudziestoparoletniego Piotra wciągnęli w speleologię zawodowi grotołazi. Z ekipą Andrzeja Ciszewskiego, jednego z najsłynniejszych speleologów świata, uczestniczył w wyprawach do najgłębszych jaskiń świata w austriackim Lamprechtsofen i w „pogłębianiu” najniżej położonych jaskiń w Chinach. Tam właśnie zszedł na 700 metrów.

Prawie 1068 km w 110 godzin. Do 2010 roku wystartował w kilkudziesięciu ekstremalnych rajdach przygodowych, m.in. w Nowej Zelandii i Abu Dhabi, w Alpach i w Andach. W 2009 r. z teamem Speleo Salomon wystartował w rajdzie w Szwecji i Norwegii. 770 km na rowerach, 130 km biegu i wspinaczki po lodowcach, 110 km na kajakach i kanu oraz 60 km na rolkach zajęło im 110 godzin i 5 minut. Spali niespełna 5 godzin...

260 kilometrów miał TransAlpine Run – 8-etapowy bieg przez cztery kraje, w którym w duecie z Marcinem Świercem zajęli 7. miejsce. Wspólnie wygrali też morderczą, 24-godzinną sztafetę na Łysej Górze w Czechach – przy minus 20 stopniach przebiegli 180 km.

166 km na Mont Blanc. „Wygrałem wiele biegów, ale największym sukcesem jest dla mnie 10. miejsce w Ultra-Trail du Mont-Blanc. Są biegi dłuższe, są mistrzostwa świata, ale UMTB to dla ultrasów igrzyska olimpijskie w biegach górskich” – mówi najlepszy Polak na trasie tego kultowego biegu. Piotr przebiegł go w 24 godziny 10 minut.

Zobacz także:

RW 06/2017

Zobacz również:
REKLAMA
}