REKLAMA

Podryw „na biegacza” (felieton z cyklu Okiem biegaczki)

Napiszę o tym właśnie teraz nie tylko dlatego, że wszystko budzi się do życia, a ludziom w przypływie energii bardziej chce się biegać. Temat poruszę także dlatego, że to po prostu zjawisko coraz bardziej powszechne: biegopaplanie

felieton Emilii Iwanickiej-Pałki z cyklu Prisma
rys. Prisma

Usłyszałam kiedyś dowcip o tym, jak w tłumie ludzi na imprezie rozpoznać triathlonistę. Otóż podobno wcale nie trzeba go rozpoznawać, bo ów sam nam o tym powie. Tylko czy to aby na pewno dowcip jedynie o triathlonistach? To naturalne, że kiedy człowiek ma pasję, wkłada w to wysiłek i ma z tego radość, chce o tym mówić. Pragnie, by inni wiedzieli, przeżywali razem z nim, może nawet podziwiali. Dlatego potrafimy bez końca opowiadać o bieganiu.

REKLAMA

Problem powstaje wtedy, gdy zamiast rozmowy o bieganiu uprawiamy biegopaplanie. Główne składniki biegopaplania to – oprócz banałów i przekoloryzowanych historii – także budowanie mitów. Wersją ekstremalną biegopaplania jest podryw „na biegacza”. Miałam niedawno przyjemność przekonania się o tym na własne uszy.

Scena rozgrywała się w pociągu. Konwersująca para siedziała tuż za mną, a temperatura ich rozmowy nie dawała szansy na to, żeby nie słyszeć wszystkiego ze szczegółami. I tak gdzieś między Żyrardowem a Skierniewicami usłyszałam, że bieganie wciąga i absolutnie uzależnia. Było o endorfinach, bólu, wysiłku, nagrodzie – ot, taki niewinny wstęp do prawdziwych „morskich opowieści”.

Za Koluszkami zaczęły się poważniejsze tematy: o wyrzeczeniach (dieta!), kontuzjach i okrutnych bolączkach związanych m.in. z zawodzącym GPS-em. Dowiedziałam się też np., że jedne buty wystarczają najwyżej na dwa maratony, bo później są już do niczego (oczywiście przy założeniu, że na treningi mamy pary na zamianę).

Na odcinku Pabianice – Zduńska okazało się, że prawdziwe wzruszenia to tylko na maratonie w Nowym Jorku! Bo kibice, flagi, atmosfera. A potem długo, długo nic. Pomyślałam wtedy lekko zawstydzona o radości i dumie, jaką dało mi kiedyś przebiegnięcie pierwszej edycji terenowego biegu w pewnym mieście powiatowym. I o moich butach, które oprócz maratonów bardzo wiele mają jeszcze do zrobienia.

Pamiętna podróż odbywała się na trasie z Warszawy do Wrocławia, a biegopaplanie zajęło moim sąsiadom blisko połowę czasu przejazdu. Dodam tylko, że autor historii nie był zawodowym biegaczem, ale pracownikiem pewnej dużej firmy, który jechał właśnie na wyjazd integracyjny. I zastanawiam się, jak wyglądałaby ta rozmowa, gdyby biegacz „wilk morski” trafił na rozmówczynię obeznaną w temacie. Czy historie jeszcze bardziej zyskałyby na kolorze, czy raczej rozmowa zeszłaby na rzeczowe tory? Przez moment zastanawiałam się też, czy emocjonalna wymiana zdań doprowadziła ową parę do… np. wspólnego treningu.

W rozmowie o bieganiu nie ma nic złego. Ale tak się składa, że coraz więcej ludzi wie o tym sporcie dość sporo i bardzo łatwo – zamiast herosa – zrobić z siebie kogoś zupełnie innego. Biegopaplanie doskonale sprawdza się za to np. na długim wybieganiu, ale wtedy jest to rozmowa dwóch osób zorientowanych i zainteresowanych (!) tematem.

Na zakończenie jeszcze jedna ważna uwaga. Opowieści o przeżytych przygodach, o przezwyciężonych trudach i odniesionych zwycięstwach mogą robić na kobietach wrażenie. Ale zapraszając kobietę na kawę, nie trzeba od razu wykładać kawy na ławę. 

RW 04/2017

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA