Posmakować luksusu i wygrać. Relacja z EkoMaratonu

Zaczęło się od genialnego w swej prostocie pomysłu Michała Horodeńskiego i Stefana Stefańskiego, żeby zorganizować biegi, w których opłatę startową zastąpią posegregowane surowce wtórne, a nagrodą - wyjazd na maraton do Monako. A potem wszystko potoczyło się już prawie samo.

Posmakować luksusu i wygrać. Relacja z EkoMaratonu Mikołaj Urbański
fot. Mikołaj Urbański

Najpiękniejsza 10-ka w życiu

Plan był jasny: schodzimy poniżej 2 h. Beata i ja, żeby poprawić życiówkę, a Michał, żeby się za bardzo nie zmęczyć, bo był świeżo po chorobie. Nadszedł moment startu i ruszyliśmy niczym bolidy F1. Na szczęście ryk silników nas nie zagłuszał, więc za linią startu życzyliśmy powodzenia Robertowi i Asi, biegnącym na dyszkę. Michał zarządził, że musimy podbiec trochę do przodu stawki. Ruszyłyśmy za nim, lawirując w tłumie.

Bieg rozpoczynał się pętlą w porcie i po 800 m pierwsi zawodnicy już nadbiegali z naprzeciwka, wśród nich Sylwek. Slalomem, starając się trzymać razem, okrążyliśmy parking portowy i wybiegliśmy z niego przy linii startu. Po 200 metrach zawinęliśmy łagodnie w lewo, gdzie powitał nas niekończący się podbieg. Po kilkuset metrach na horyzoncie pokazał się zakręt w prawo i nadzieja, że to już szczyt.

Ale, niestety, biegliśmy dalej – w tunelu. Tunel się skończył, a podbieg dopiero zaczął, zwiększając swoje nachylenie. Michał, rozbawiony moją miną na widok tego „bonusa”, zachęcał: „Odpoczniesz na górze!”. Jak tylko asfalt wreszcie wrócił do poziomu, mogłam odpoczywać, podziwiając luksusowe apartamenty i hotele wkomponowane w skaliste wybrzeże. O tym, że biegnę, przypomniałam sobie na 5. km, gdzie pomiar czasu uświadomił mi, że wypada złapać na zegarku międzyczas. 26.27 – jest nieźle.

Dalej czekał nas dość stromy zbieg, na jego końcu zawracaliśmy w kierunku zatoki jachtowej. Biegliśmy teraz dołem, bliżej nabrzeża, promenadą między palmami, a po lewej co jakiś czas zza zabudowań wyłaniała się kamienista plaża. Na wysokości słynnego kasyna Monte Carlo przebiegaliśmy przez tunel, który – częściowo otwarty od strony morza – wypełniał się dźwiękiem fal rozbijających się o kamienie…

Do biegowej rzeczywistości wróciłam, dopiero gdy pojawiliśmy się w znanym już nam porcie. Ósmy kilometr – czas 41.50, więc Sylwek już pewnie od paru minut odpoczywa na stadionie. My tym razem już nie zawracaliśmy w porcie, ale biegliśmy dalej, w kierunku stadionu, na którym mecze rozgrywają piłkarze AS Monaco. Zaraz po wybiegnięciu z zatoki jachtowej czekał nas kolejny podbieg.

Z przeciwnej strony biegła czołówka półmaratonu, zbliżając się do zakończenia pierwszej pętli biegu. Wśród nich przemknął koło nas Stivi. Tunel kończył się zbiegiem, a kilkaset metrów dalej biegnący na 10 km kierowali się już na stadion, który my musieliśmy okrążyć, mijając ekskluzywne salony samochodowe. Na 10. km, w jednym z pięknych monakijskich parków, pomiar czasu (52.08) i punkt odżywczy z owocami i słodyczami.

Kończąc okrążanie stadionu, wśród wbiegających na jego płytę zawodników dostrzegamy Roberta, który podbudowany okrzykami Michała wrzucił wyższy bieg na finisz swoich 10 km.

From Poland to Monaco

My tunelem kierowaliśmy się z powrotem do portu, żeby rozpocząć drugie okrążenie. Niestety, oznaczało to też kolejne zmierzenie się z ciągnącym się w nieskończoność podbiegiem. Jakoś się tam wspięłam, ale pod koniec już chyba nie wyglądałam najlepiej, bo Michał obiecał, że to już ostatni raz i będziemy ten odcinek omijać nawet samochodem. Kolejne kilometry imponujących widoków pokonałam w towarzystwie biegaczki w różowej koszulce z nadrukiem: from Canada to Monaco.

Basy dobiegające z jej słuchawek i Michał wyznaczający tempo zmusiły mnie do wykonania manewru wyprzedzania niczym Kubica i w tunelu mogłam wsłuchiwać się w niezakłócony szum fal uderzających brzeg. Potem już ostatnia wizyta w porcie, a za nim ostatni (jak naiwnie myślałam) podbieg. Na 20. km mamy świetny czas.

Do naszych uszu zaczęły dobiegać dźwięki ze stadionu, Michał mnie jeszcze mobilizował do podkręcenia tempa na finiszu. Niestety, zapas sił, jaki dotąd miałam, zniknął, kiedy tuż przed wbiegnięciem na bieżnię stadionu przyszło nam pokonać kolejny stromy podbieg. Ale co tam zmęczenie… Jest życiówka!

Z medalami na szyjach czekali na nas: Sylwek, który wywalczył rewelacyjne 12. miejsce, Marzena – 5. w swojej kategorii wiekowej, Stefan ze świetnym 37. i Grzesiek ze 117. miejscem w klasyfikacji generalnej, a także Robert i Asia ze swoimi życiówkami. Po chwili dołączyła do nas szczęśliwa ze swojego nowego, najlepszego wyniku Beata.

„Na stadionie wiwatował tłum”, chciałoby się powiedzieć, ale kibice to jedyne, czego w Monako brakowało. „Trasa była piękna – mówił po biegu Sylwek. – Wiedziałem, że będzie też wymagająca. Starałem się raczej skupiać na rytmie biegu, ale łapiąc oddech po podbiegach, nie dało się nie zauważyć tych palm, łódeczek i plaż...". A Stefan Stefański dodaje: „Warto przyjechać tu na maraton, jeśli będzie się odbywał za rok...”.

RW 03/2010

1 2
STRONA 2 z 2
Zobacz również:
Możesz być najbardziej zajętym człowiekiem świata, ale ten błyskawiczny trening interwałowy w formie tabaty na pewno zdołasz wcisnąć w swój terminarz. Cztery zaproponowane poniżej ćwiczenia to świetne uzupełnienie treningu biegaczy - pomogą spalić zbędny tłuszcz i wzmocnią wytrzymałość, chociaż zajmą Ci niewiarygodnie mało czasu.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA