Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Rewolucja w butologii [felieton Jacka Fedorowicza]

A więc mamy rewolucję. Bucianą. Pewnie na innych stronach RW będzie o tym więcej, mądrzej i fachowiej, na wszelki wypadek jednak streszczę to wydarzenie.

Otóż nagle się okazało, że buty, w których biegamy, są dla ludzkich stóp zabójcze. Przesadnie ułatwiając stopie życie, doprowadzają do upośledzenia, degeneracji, zwiotczenia, zwiększają ryzyko kontuzji, zmuszają do używania stopy niezgodnie z jej naturalną budową i przeznaczeniem.

Nie wszyscy w takich biegamy: sam biegłem już kilka razy (i to w półmaratonie) z biegaczem, który biegł boso, co podkreślał jeszcze dumnym napisem na koszulce. Traktowałem go z wyrozumiałością jako nieszkodliwego hobbystę, ale poznałem tylko jednego takiego; reszta biegła w "specjalistycznych", amortyzujących, korygujących, chroniących butach.

Tymczasem okazało się, że on jeden traktował swe stopy w sposób prawidłowy. Boso zdrowiej! W marcu pisała o tym sporo "Gazeta Wyborcza" w swoim nader pożytecznym dziale "Polska biega". Przeczytałem wszystko z ogromnym zainteresowaniem, dowiedziałem się, że według badań szwajcarskiego lekarza sportowego ryzyko kontuzji stopy zależy od ceny butów. Im droższe buty, a więc im wymyślniejsza "opieka" nad stopą, tym pewniejsza kontuzja.

Stopa jest tak przez matkę naturę wymyślona, że jej podbicie tworzy łuk, który jest naturalnym amortyzatorem. Nie należy go wyręczać przy pomocy sztucznej amortyzacji pod podeszwą. Człowiek, który ma but z ogromnym balonem gumy, tworzywa, gazu, pianki i diabli wiedzą czego jeszcze pod piętą, musi lądować na pięcie, co jest nienaturalne.

Tymczasem człowiek biegnący na bosaka ląduje na przedniej części stopy lub na jej zewnętrznej krawędzi. Do początku lat 70., kiedy to firma Nike wymyśliła nowoczesne obuwie sportowe, ludzie biegali na cienkich i twardych podeszwach, mieli silniejsze stopy i dużo rzadziej ulegali kontuzjom – cytuję na wyrywki rewolucyjne doniesienia.

Muszę przyznać, że zabrzmiało mi to bardzo przekonywająco. Jeżeli przesadnie chronimy stopę przed wysiłkiem, to tak jakbyśmy rezygnowali z jej treningu. Że niby dbamy o stawy? Tu przypomina się odwieczne pouczanie biegaczy: będziesz biegał, to szybciej wszystko sobie zużyjesz. Zgodnie z tą teorią wszyscy byli biegacze powinni na starość znacznie wcześniej przenosić się na wózki lub chodzić o lasce, niż niebiegający.

Pobieżna obserwacja świata moich rówieśników (jestem po siedemdziesiątce) nakazuje stwierdzić, że jest odwrotnie. Owszem, kolana mi nawalają, bolą przyczepy mięśniowe w takiej liczbie, że starczy umysł nie jest w stanie zapamiętać wszystkich ich nazw, ale czy to znaczy, że gdybym nie miał za sobą tych kilkudziesięciu tysięcy przebiegniętych kilometrów, to dziś poruszałbym się sprawniej? Ośmielam się wątpić.

W kwestii biegania boso należy oczywiście zachować umiar i butów za okno nie wyrzucać. Ale stopień rozleniwienia własnej stopy przemyśleć – na pewno warto. Tu nie bez pewnej satysfakcji powiem, że wychodzi na moje, bo już dawno podejrzewałem, że z tymi kolejnymi wynalazkami konstruktorów obuwia to gruba przesada i że za nimi czai się zwyczajna chęć wyrwania biegaczom pieniędzy. Bo przecież bieganie jest naszą pasją i za "lepszy" sprzęt gotowi jesteśmy zapłacić każde pieniądze. Ja też.

Na szczęście żyłem w socjalizmie, jako amator, patałach i niesportowiec nie miałem w latach 70. kontaktu ze zgniłym kapitalistycznym obuwiem sportowym. W 80., po wprowadzeniu stanu wojennego, też nie miałem, ale już jako pozbawiony paszportu wróg ustroju pierwszy maraton (na próbę, samotnie, żeby się nie skompromitować przy ludziach) przebiegłem na obwodnicy trójmiasta, z Chylonii do Rębiechowa i z powrotem, w tzw. obuwiu tekstylnym (tak to się za peerelu nazywało): wierzch ze sztruksu, spód z twardej, płaskiej gumy, ciężkie jak cholera.

Potem przesiadłem się na buty Nike, ale unikałem jak ognia tych z wielką gulą pod piętą. Przeszkadzała mi i nie mogłem zrozumieć, jak można lądować na pięcie. Artykuły w GW przekonały mnie, że moje wątpliwości były uzasadnione.

Nie widziałem jeszcze nowego wynalazku: pięciopalczastych ochraniaczy, w których stopa podobno pracuje jak przy biegu na bosaka. Ponoć trenują już w takich zawodowcy. Wiem, co będzie dalej. Firmy produkujące obuwie sportowe zaczną lada moment konkurować między sobą, wymyślając coraz to lepsze pięciopalcówki. Jedna doda trudniej ścieralny spód, inna wymyśli wzmocnioną skarpetkę zamiast buta, jeszcze inna aerodynamiczny duży palec.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz09.jpg

Następne zaczną przekonywać, że tylko one umieją zapobiegać odciskom, używają materiałów likwidujących zapach potu, przy pomocy specjalnej radiacji spulchniają asfalt tuż przed lądowaniem stopy lub też – odwrotnie – utwardzają, żeby zwiększyć efekt treningu. Jedno jest pewne – nie poddadzą się łatwo.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze maj-czerwiec 2010

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij