[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Robert Celiński członkiem Seven Continents Club!

Pewnego dnia Robert Celiński obudził się, założył buty do biegania i wystartował w maratonie. Dwa lata później złamał granicę 3 godzin i wygrał na tym dystansie. Potem zamyślił się… Bingo! Postanowił, że wystartuje w maratonach na wszystkich kontynentach! Dziś Robert należy do elitarnego grona 170 osób zrzeszonych w Seven Continents Club.

Robert Celiński członkiem Seven Continents Club Robert Celiński w maratonie w Sydney walczy o swoją trzecią kartę wstępu do prestiżowego Seven Continents Club (fot. archiwum prywatne)

RW: Pamiętasz pierwszy impuls, który popchnął Cię do startu w Maratonie Warszawskim?

To było pod koniec lipca 2003 roku. Przeczytałem w gazecie relację biegacza, który wziął udział we wszystkich poprzednich edycjach Maratonu Warszawskiego i opisywał jedną z nich. Z tekstu nie wiało optymizmem. Chyba miał kolkę, kryzys, bolała go noga, ale jakoś dobiegł. „Co za wyzwanie!” – pomyślałem.

RW: Ty także musiałeś sprostać podobnemu wyzwaniu, kiedy już zacząłeś biegać w maratonach. Masz jakieś swoje patenty na wybrnięcie z kryzysu?

Maraton to trudny dystans. Najcięższe momenty przeżywałem z powodu problemów żołądkowych. Zdarzyło mi się to kilka razy, dopiero od niedawna mam sprawdzoną dietę. Najgorzej było w czasie nocnego maratonu w Luksemburgu, kiedy bardzo zaszkodził mi obiad. Cierpiałem już od 15. kilometra i pięć razy chodziłem do toalety. Potem przyszło odwodnienie, zawroty głowy. Musiałem wyglądać strasznie.

Na kilka minut usiadłem w kawiarnianym ogródku przy trasie. Przez chwilę byłem obok biegu – bardzo dziwne uczucie. Potem się pozbierałem, zacząłem iść, truchtałem, ale końcówka była naprawdę fajna. Czasem po prostu trzeba chwilę odpocząć. Ciężkie chwile przeżywałem też z powodu pogody. Równikowa wilgotność w Singapurze była zabójcza.

RW: Wspominałeś o sprawdzonej diecie. Co jesz przed startem?

Chodzi mi głównie o to, czego nie jeść przed startem. Źle reaguję na otręby i niektóre batony energetyczne. Uważam też z ilością zjedzonego makaronu, która nie może być nieograniczona. W codziennej diecie staram się wykorzystywać więcej warzyw. Ograniczam słodycze, choć często trudno jest mi odmówić sobie tej przyjemności.

RW: Skąd pomysł przebiegnięcia maratonów na 7 kontynentach? To było marzenie z dzieciństwa o podróżach?

W 2005 roku zacząłem więcej biegać i od razu złamałem magiczną granicę 3 godzin, a pod koniec roku wygrałem maraton i dostałem pierwszą w życiu statuetkę. Czego więcej może chcieć amator? Byłem bardzo szczęśliwy. Fantazja zaczęła wtedy pracować i postanowiłem przebiec siedem kontynentów. Dzięki bieganiu zwiedziłem kawał świata.

REKLAMA

REKLAMA

Robert Celiński członkiem Seven Continents Club Pingwiny to jedyni widzowie maratonu na Antarktydzie. Traktują ludzi jak dwunożne dziwolągi, które nie wiadomo dlaczego biegną i dyszą, zamiast oszczędzać energię na mrozie - wspomina Robert Celiński (fot. archiwum prywatne)

RW: Kiedy już zacząłeś podróżować i biegać, w jakim momencie czułeś się szczególnie spełniony i szczęśliwy? Kiedy to było, po jakim biegu?

Było kilka takich chwil: pierwsze przełamanie trójki w Dublinie, pierwsze zwycięstwo w maratonie w Starej Miłosnej. Najlepszy moment to oczywiście zwycięstwo na Antarktydzie. Stan euforii utrzymywał się przez tydzień, kiedy podróżowaliśmy statkiem u wybrzeży Białego Kontynentu. To było magiczne. Czułem się jak w bajce.

RW: Na części ciuchów do biegania nosisz napis 42195. Czy ten maratoński dystans ma jakieś magiczne znaczenie dla Ciebie?

Gdybyśmy trzymali się historii, to bardziej symboliczny, choć mniej znany, jest prawdziwy dystans z Maratonu do Aten, który miał około 37 km. Biegłem na tej magicznej trasie. Prowadziłem brata, który pierwszy raz złamał tam 3 godziny. Fantastyczne wspomnienia! Faktycznie, w linii prostej wypada mniej niż 42 195 m. Ta liczba stała się symboliczna przez przypadek. Tu trzeba zerknąć do historii igrzysk w Londynie w 1908 roku, kiedy to w ostatniej chwili zmieniano trasę, by zadowolić rodzinę królewską. Nie tatuuję sobie tych cyfr. Wystarczy, że są trwale odciśnięte w moim sercu.

RW: Przypominasz sobie jakąś zabawną historię, która wydarzyła się w trakcie maratońskich podróży?

Jedna z lepszych wydarzyła się w Egipcie. Przed maratonem wykupiliśmy nocleg w hotelu w Luksorze, tuż nad Nilem. Podobno zabrakło miejsc w hotelu i organizatorzy zakwaterowali nas na statku zacumowanym przy brzegu. Rano zostawiliśmy nasze rzeczy w kajucie. Pobiegliśmy maraton i zamiast wracać do hotelu, postanowiliśmy od razu wybrać się na zwiedzanie (Dolina Królów, świątynia w Luksorze, Karnak). Wieczorem dopłynęliśmy taksówką wodną do hotelu i czegoś nam tam brakowało – statku!

Uzyskaliśmy informację, że statek odpłynął i kontynuuje rejs po Nilu. Powinniśmy byli wcześniej wrócić z maratonu i zabrać rzeczy. Wyobraź sobie, że biegniesz rano maraton po egipskich wioskach (2:54 – mocno było!), potem zwiedzasz przez cały dzień w upale, jesteś wymęczony, marzysz o prysznicu i dowiadujesz się, że wszystkie twoje rzeczy płyną właśnie do Kairu...

REKLAMA

Robert Celiński członkiem Seven Continents Club Robert Celiński na trasie maratonu w Los Angeles (fot. archiwum prywatne)

Na szczęście chwila frustracji trwała tylko kilka minut. Jakiś inny recepcjonista poinformował nas, że nasze rzeczy z kajuty zostały komisyjnie spakowane i umieszczone w hotelowej przechowalni bagażu. Dostaliśmy klucz do pokoju i chwilę później mogłem już zupełnie ochłonąć pod prysznicem.

RW: Zdradzisz sekret, jak trenujesz?

Nie umieszczajcie tego w dziale „Trener radzi”, bo będziecie mieli na sumieniu kilka istnień ludzkich. Przez ostatnie 4 lata przebiegłem 40 maratonów. Biegam je praktycznie co miesiąc, kiedyś w jednym tygodniu dwa razy przełamałem trójkę, raz biegłem dzień po dniu. Nie zależy mi na wynikach na krótszych dystansach.

Uwielbiam długie biegi w terenie. Moje ulubione treningi robię w Mazowieckim Parku Krajobrazowym, który jest ogromny. Czasem wsiadam w pociąg i jadę daleko poza Warszawę, do południowej granicy MPK. Wysiadam na stacji (czasem ponad 40 km od stolicy) i jestem zdany na własne nogi – muszę na nich dobiec do domu. Zawsze dobiegam.

RW: Jak wygląda Twój tydzień treningowy?

W sobotę przeważnie biorę udział w jakichś zawodach na około 10 km. Taka impreza zawsze mobilizuje do szybszego biegu. W niedzielę robię długie wybieganie po moich lasach, jakieś 30 km. W tygodniu trenuję wcześnie rano, przed pracą. Jednego dnia robię rozruch, rozciąganie, a kończę kilkoma przyspieszeniami, podbiegami lub treningiem siłowym. Następnego dnia – interwały, np. 6 x 1 km. Potem znowu robię rozruch, kończony mocniej. Dni wolne zdarzają mi się rzadko i raczej jest to decyzja, którą wymusza życie pozabiegowe. Rocznie przebiegam około 5000 km, czyli średnia tygodniowa to blisko 100 km.

RW: Skąd bierzesz pieniądze na maratony w egzotycznych miejscach? Masz sponsora?

Nie korzystam z pomocy sponsorów. Dzięki temu czuję, że wszystko osiągnąłem sam i nie musiałem nikogo o nic prosić. Jestem dobrze wykształcony i robię mądre rzeczy za godziwe wynagrodzenie. Najważniejsze jest jednak wyznaczenie sobie priorytetów, bo po prostu nie można mieć wszystkiego. W moim wieku ciężko jest robić karierę zawodową, mieć dwójkę dzieci, spłacać kredyt za mieszkanie i samochód, a przy tym biegać maratony na całym świecie. Ja chciałem najpierw spełnić swoje biegowe marzenia, a potem zająć się innymi sprawami. Ten pierwszy cel udało mi się zrealizować.

REKLAMA

REKLAMA

Robert Celiński członkiem Seven Continents Club Jeszcze kilka lat temu Robert Celiński nie przypuszczał, że udział w Maratonie Warszawskim będzie pierwszym krokiem w wędrówce przez 7 kontynentów (fot. archiwum prywatne)

Roberta Celińskiego droga do 7 Continents Club

Europa

  • Miejsce i czas: Warszawa (Polska), 14 września 2003
  • Wynik: 4:23:45
  • 774. miejsce
  • 1063 uczestników

Cała moja biegowa historia rozpoczęła się od Maratonu Warszawskiego w 2003 roku. Pod koniec lipca przeczytałem w gazecie o tej imprezie i postawiłem sobie za cel przebiegnięcie tego dystansu. Przygodę rozpocząłem od biegania w butach i stroju koszykarskim, a czas odmierzałem zegarkiem ze wskazówkami. Trenowałem lekko przez 7 tygodni. W tak krótkim czasie ciężko było się przygotować do przebiegnięcia dystansu 42 195 metrów.

Start w pierwszym maratonie był dla mnie wspaniałym przeżyciem. Na początku biegło mi się świetnie, ale po półmetku zacząłem zwalniać; później na zmianę truchtałem i spacerowałem. Do mety dotarłem w mało satysfakcjonującym czasie, ale za to w dobrej formie. Maraton miał być wtedy jednorazową przyjemnością. Kolejne lata pokazały, jak bardzo się myliłem. W Europie przebiegłem wiele maratonów (mam na koncie 20 stolic europejskich), ale ten pierwszy, warszawski, należy wyróżnić, bo był wyjątkowy.

REKLAMA

Robert Celiński członkiem Seven Continents Club W każdym kraju staram się zobaczyć jak najwięcej, ale też staram się choć przez chwilę nie być turystą czy sportowcem, tylko zwykłym mieszkańcem - opowiada Robert Celiński (fot. archiwum prywatne)

Ameryka Północna

  • Miejsce i czas: Los Angeles (Stany Zjednoczone), 19 marca 2006
  • Wynik: 3:06:59,
  • 189. miejsce
  • 20 169 uczestników

Los Angeles było świetnym miejscem na debiut poza Europą. W mieście jest sporo atrakcji: Hollywood, bogate dzielnice Beverly Hills i Bel Air, kręta droga Mulholland Drive, wspaniałe plaże. LA jest też świetną bazą wypadową do zwiedzania innych ciekawych miejsc. Zwiedziłem kilka parków narodowych – byłem w Monument Valley, kanionie Bryce’a, parku Zion. Największym przeżyciem była dla mnie dwudniowa wizyta w Wielkim Kanionie. W czasie niedługiego pobytu przejechałem samotnie trzy tysiące kilometrów po Dzikim Zachodzie.

Sam maraton poszedł mi bardzo dobrze. Mimo upału, osiągnąłem zadowalający wynik, załapując się w pierwszym procencie stawki przeszło 20 tysięcy maratończyków. Udany maraton świętowałem już wieczorem w kasynie w Las Vegas. Swoją obecność w Ameryce Północnej zaznaczyłem jeszcze półtora roku później. Wziąłem wówczas udział w maratonie nowojorskim, który jest spełnieniem marzeń wielu biegaczy.

REKLAMA

REKLAMA

Robert Celiński członkiem Seven Continents Club Robert Celiński wpada na metę maratonu w Sydney, robiąc minimum gwarantujące start w maratonie nowojorskim (fot. archiwum prywatne)

Australia

  • Miejsce i czas: Sydney (Australia), 17 września 2006
  • Wynik: 2:53:59
  • 20. miejsce
  • 1217 uczestników

Decyzję o starcie w Sydney przyspieszyła przeprowadzka moich znajomych do tego miasta. Wziąłem tu lekcje surfingu, odwiedziłem pięknie położone zoo, olbrzymie centrum olimpijskie, byłem w oceanarium i popłynąłem na ocean, żeby zobaczyć wieloryby. W okolicach Sydney jest atrakcyjny park Blue Mountains. Poza tym objechałem południowo-wschodnią część kontynentu. Pojechałem do Melbourne i byłem w stolicy kraju – Canberze.

Dużą atrakcją była podróż po położonej nad oceanem Great Ocean Road, przy której z oceanu wyrastają słynne skały Dwunastu Apostołów. Oryginalnym osiągnięciem było zimowe wejście na Górę Kościuszki – najwyższy szczyt Australii, odkryty przez polskiego badacza Pawła Strzeleckiego. Maraton w Sydney poszedł mi znakomicie – zająłem 20. miejsce, robiąc minimum gwarantujące start w maratonie nowojorskim.

REKLAMA

Robert Celiński członkiem Seven Continents Club Nie można patrzeć na Egipt tylko przez pryzmat kurortów, jak Hurgada czy Sharm el Sheikh. Tuż za nimi jest dużo biedy, ale też dzikości i piękna - mówi Robert Celiński (fot. archiwum prywatne)

Afryka

  • Miejsce i czas: Luksor (Egipt), 16 lutego 2007
  • Wynik: 2:54:48
  • 10. miejsce
  • 58 uczestników

Był to jeden z najdzikszych maratonów, w których miałem okazję brać udział. Trasa prowadziła po biednych egipskich wioskach, w których maratończykom towarzyszyły dzieci, biegnące często na bosaka. Bieg startował spod Świątyni Hatszepsut, położonej obok słynnej Doliny Królów. W Egipcie zwiedziłem najbardziej znane miejsca historyczne. Z Luksoru przejechałem pociągiem do Kairu, żeby przyjrzeć się życiu wielkiej egipskiej aglomeracji i zobaczyć słynne piramidy w Gizie. 

Maraton poszedł zgodnie z planem. Prowadziłem mojego kolegę na czas poniżej 3 godzin (udało mu się), a sam przyspieszyłem pod koniec i po pięknej, kilkuminutowej walce, dosłownie na ostatnich 30 metrach, wyprzedziłem rywala z Libanu, zajmując ostatecznie 10. miejsce. Po atrakcjach turystyczno-maratońskich przez kilka dni odpoczywałem w turystycznej Hurgadzie, gdzie pływałem na windsurfingu, próbowałem nurkowania z butlą i jeździłem konno po pustyni.

REKLAMA

REKLAMA

Robert Celiński członkiem Seven Continents Club Robert Celiński na szczycie Corcovado u stóp słynnej figury Chrystusa Odkupiciela (fot. archiwum prywatne)

Ameryka Południowa

  • Miejsce i czas: Rio de Janeiro (Brazylia), 24 czerwca 2007
  • Wynik: 2:54:52
  • 59. miejsce
  • 1627 uczestników

Rio wydawało mi się najbardziej znanym miastem Ameryki Południowej, w którym mógłbym zaliczyć swój piąty kontynent. Nie zawiodłem się – jest to chyba najpiękniej położone miasto świata. Trasa maratonu zapierała dech w piersiach. Biegłem cały czas nad oceanem, wzdłuż słynnych plaż Rio (m.in. Ipanema, Copacabana, finisz przy Flamengo), pod charakterystycznymi górami tego miasta (np. Wzgórze Dwóch Braci, Głowa Cukru, Corcovado z figurą Chrystusa). Maraton w Rio poszedł mi bardzo dobrze jak na panujące tam warunki (mimo teoretycznej „zimy”, było 25 st. Celsjusza). Potem okazało się, że zwyciężyłem w wyznaczonej przez organizatorów klasyfikacji „turyści” (zawodnicy spoza Ameryki Południowej). Wydaje mi się, że nigdy nie będę miał okazji uczestniczyć w piękniejszym maratonie. 

Poza Rio (wjazd na Głowę Cukru i górę z Chrystusem, plaże, karnawałowy Sambodrom, stadion Maracana) odwiedziłem również położone w głębi lądu Iguassu – najpiękniejsze wodospady świata. Oglądałem je od strony brazylijskiej i argentyńskiej (są tam jeszcze lepsze widoki). Pojechałem również do położonej na Paranie ogromnej elektrowni wodnej Itaipu. Przy okazji wpadłem na chwilę do innego kraju, Paragwaju.

REKLAMA

Robert Celiński członkiem Seven Continents Club Napis na mojej koszulce BYLEDOBIEC miał się ziścić w Singapurze. Walczyłem... Dobiegłem, ale wyczerpany i odwodniony - wspomina Robert Celiński (fot. archiwum prywatne)

Azja

  • Miejsce i czas: Singapur, 2 grudnia 2007
  • Wynik: 3:15:31
  • 123. miejsce
  • 9697 uczestników

Singapur odwiedziłem wcześniej, przy okazji kilkugodzinnej przerwy w podróży do Australii. Bardzo mi się tam podobało. Szczególnym wyzwaniem były panujące tam warunki – niesamowita wilgotność powietrza i wysoka temperatura (w nocy nie schodzi poniżej 25 stopni Celsjusza). Normalny człowiek czuje się zmęczony po przejściu dwóch przecznic, a co mają powiedzieć maratończycy?! Maraton stał się dla mnie w pewnym momencie katorgą. Chociaż często korzystałem z napojów na trasie, w końcu się odwodniłem i po 35. kilometrze biegłem „na ostatnich nogach”. Pod koniec odzyskałem siły i radośnie wbiegłem na metę. Mimo słabego czasu, zająłem bardzo przyzwoite miejsce (wilgotność wszystkim dała się we znaki).

Przez kolejny tydzień jeździłem z mamą po Tajlandii (odwiedziliśmy m.in. Pattayę i rajską plażę na wyspie Ko Samet), a azjatycką wycieczkę zakończyłem w Bangkoku, gdzie przebiegłem indywidualny maraton na wyznaczonej trasie w parku.

REKLAMA

REKLAMA

Robert Celiński członkiem Seven Continents Club Zwycięstwo na Antarktydzie to mój największy sukces i najbardziej egzotyczny maraton. Fantastyczni ludzie i dziewicza natura – tak go zapamiętam - opowiada Robert Celiński (fot. archiwum prywatne)

Antarktyda

  • Miejsce i czas: Wyspa Króla Jerzego, 5 marca 2008
  • Wynik: 3:09:43
  • 1. miejsce
  • 128 uczestników

Wyprawa na Antarktydę była najbardziej niesamowitą podróżą mojego życia. Przygoda rozpoczęła się w Buenos Aires, skąd po 3 dniach zwiedzania poleciałem na Ziemię Ognistą do Ushuaia, najbardziej wysuniętego na południe miasta świata. Po wypłynięciu z portu i pożegnaniu delfinów przekroczyliśmy cieśninę Drake'a, najbardziej niespokojny obszar morski na świecie. Przez dwa dni trochę nami trzęsło, ale do Południowych Szetlandów dopłynąłem bez wyraźnych objawów choroby morskiej.

Maraton przebiegliśmy na Wyspie Króla Jerzego przy zatoce Maxwella. Trasa prowadziła przez cztery bazy badawcze: rosyjską, chilijską, urugwajską oraz chińską i obejmowała wspinaczkę na lodowiec. Kolejne dni upłynęły nam na żeglowaniu wzdłuż Półwyspu Antarktycznego i położonych w jego pobliżu wysp. Trudno opisać wrażenia z oglądania gór lodowych o niesamowitych kształtach! Niezwykłą sprawą jest też poznawanie fauny Antarktydy: różnych gatunków pingwinów, ptactwa morskiego, fok, drapieżnych lampartów morskich czy wielorybów.

Do maratonu byłem dobrze przygotowany. Rozpocząłem bardzo mocno, prowadząc od samego początku. Największym wyzwaniem na trasie była dwukrotna wspinaczka na lodowiec (blisko 200 metrów przewyższenia). Za pierwszym razem zbiegałem z niego jak wariat. Upadłem dwa razy, potłukłem się i połamałem okulary słoneczne. Na szczęście nie skończyło się to poważniejszą kontuzją. Potem pomyliłem trasę przy bazie chińskiej, tracąc około 20 sekund. Mimo wszystko już na pierwszej pętli wyrobiłem sobie sporą przewagę nad rywalami. Przy drugim podbiegu na lodowiec byłem już ostrożniejszy, a dobre przygotowanie pozwoliło mi na utrzymanie mocnego tempa do końca biegu.

Na metę przybiegłem w czasie 3:09:43, bijąc rekord trasy i wyprzedzając następnego zawodnika aż o 21 minut. Na statku byłem gwiazdą: wszyscy mi gratulowali, wygłosiłem przemówienie przy kolacji, rozdawałem nawet autografy. To były niezapomniane chwile. Nie można sobie wyobrazić lepszego zakończenia tej opowieści, składającej się z siedmiu pasjonujących rozdziałów.

RW 01-02/2009

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij