Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Słaby ze mnie Indianin [felieton Jacka Fedorowicza]

Nie mam zmysłu orientacji w terenie – jestem topograficznym debilem. Wpuścić mnie do lasu i oczekiwać, że wrócę, to skrajna nieodpowiedzialność. Na pewno zabłądzę, bo błądzę zawsze i wszędzie.

Jako mały chłopiec nasłuchałem się opowieści, że pnie drzew porośnięte są mchem od północy, że jak odcinek między dwiema gwiazdami z tyłu Wielkiego Wozu odłożymy w wyobraźni pięć razy, to tam znajdziemy Wielką Niedźwiedzicę, która pokaże nam północ, i że jak około godziny dwunastej zaświeci słońce, to ono pokaże południe. Niestety. Nigdy nie udało mi się zrobić użytku z tych wiadomości, bo albo były chmury, albo gwiazdy świeciły za słabo, albo pnie drzew były czyściutkie – bez śladu jakiegokolwiek mchu.

A gdyby nawet, to czy udało by mi się trafić z powrotem tylko dzięki temu, że wiedziałem, gdzie jest północ? Wolne żarty. Nieraz mi się zdarzało biec po bezdrożach w piękny słoneczny dzień, ale co z tego, że na początku zapamiętywałem sobie: "Teraz prosto pod słońce, potem 20 minut słońce z boku, potem w kierunku cienia…" i tak dalej. Gdy po godzinie uświadamiałem sobie, że przecież słońce nie wisi nieruchomo, więc trzeba wziąć poprawkę, więc nie dokładnie z cieniem, tylko trochę w bok, zawsze się okazywało, że to nie powinien być ten bok, tylko ten drugi.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz25.jpg

Pamiętam taki jeden "long run" zaczęty w górnym Sopocie. Było to w czasach, gdy nie było jeszcze obwodnicy Trójmiasta – tej zapory, dzięki której topograficzny idiota nie może w gęstwinie lasu przypadkowo opuścić Wybrzeża i znaleźć się niechcący w Polsce centralnej. Wtedy mógł i ja z tej szansy skorzystałem. Może nie aż w Polsce centralnej, ale znalazłem się nagle w Kacku Wielkim, będąc absolutnie przekonany, że po wielu kilometrach zmagań z labiryntem ścieżek dobiegam właśnie do Oliwy.

Nigdy nie zapomnę tego widoku: las się skończył, w dali budynek stacji kolejowej z nazwą, za daleko, żeby odczytać. Biegnę, biegnę i im lepiej widzę napis, tym bardziej on się robi Kackiem. Dlaczego? Przecież tak uważałem! Tak pilnie starałem się wśród ciągłych skrętów zachować kierunek na Gdańsk!

Podobne przykłady mógłbym przytaczać w nieskończoność, ale nie będę, bo to już przeszłość. Już nie błądzę. Wypraktykowałem zasadę, której się trzymam i którą serdecznie polecam. Brzmi ona: zapominamy o pętelkach! Będzie nudniej, ale trudno. W nieznanym terenie nigdy żadnych kółek. Choć by się wydawało, że przecież wszystko widać jak na dłoni: tylko kawałek w bok, za tę kępkę drzew; potem znów skręcę i będę wracał równolegle do tej ścieżki, którą przybiegłem… O nie. Kępka okaże się szeregiem drzew wzdłuż wijącej się rzeczki, a to, co miało być równoległe, będzie prostopadłe.

Nie ma rady: topograficzny idiota, w skrócie TI, w nieznanym terenie powinien zawsze wracać tą samą drogą. To jeszcze nie gwarantuje sukcesu, zaledwie pomaga. W pierwszej połowie biegu TI musi pilnie zapamiętywać wszystkie, nawet najdrobniejsze rozwidlenia. Trzeba się naprawdę wysilić, policzyć skręty i jeszcze – uwaga, to ważne – na każdym rozwidleniu obejrzeć się i dokładnie zapamiętać pejzaż, a może też wypowiedzieć głośno charakterystyczny element – np. "stara szopa z lewej". Dlaczego? Bo to zdumiewające, jak dalece inaczej wygląda wszystko z przeciwnej strony, czyli kiedy się wraca.

Są oczywiście mapy i GPS-y. Teoretycznie rzecz biorąc, można by się zaopatrzyć. Gdy mam mapę topograficzną, mój debilizm wydatnie się zmniejsza. Ale zatrzymywać się co chwila, zmieniać okulary, rozwijać mapę trzęsącą się ręką? Lepiej przyjąć zasadę powrotu do bazy po własnych śladach.

I na koniec znów wspomnienie. Jako nastolatek naczytałem się książek o Indianach, którzy ze śladów potrafili odczytać wszystko. Zawsze wydawało mi się to przesadzone, aż nie znalazłem się w stanie Utah w Parku Narodowym "Arches". Oszołomiony niesamowitym pejzażem (połowa westernów kręcona była wśród tych skał) wybiegłem wczesnym rankiem i oczywiście po godzinie zorientowałem się, że absolutnie nie wiem, gdzie jestem.

Na szczęście okazało się, że z tymi Indianami to musiała być prawda. Tam jest po prostu takie podłoże, na którym widać absolutnie wszystko. A do tego pełne pustkowie. Ślady butów wręcz krzyczą, nawet ślepy (wiecie, o kim mówię) wraca po nich bez problemu. W naszych warunkach byłoby to rzecz jasna niemożliwe, więc – niestety – trzeba zapamiętywać zakręty.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze kwiecień 2012

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij