Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Strach ma wielki szlaban [felieton Jacka Fedorowicza]

Dziś zebrało mi się na zwierzenia. Chcę się przyznać do kilku obsesyjnych myśli, które zawsze mnie nachodzą przed startem.

Po pierwsze: zawsze się boję, że zgubię numer startowy. Nie jest on łatwy do zgubienia, agrafki do przypinania dają teraz zawsze (kiedyś nie zawsze), więc niby nie ma co się bać. Niestety, kilka razy zdarzyło mi się zahaczyć ręką o numer i zerwać jedną z agrafek. Bujna wyobraźnia podsunęła mi od razu widok drugiej ręki zrywającej drugą agrafkę, a potem trzeciej... nie, nie ręki, agrafki zerwanej przy kolejnym zbyt zamaszystym machnięciu, a to oznaczałoby frywolne powiewanie numeru, które uniemożliwiłoby odczytanie go na mecie.

Dlaczego w ogóle czasem zahaczam? Nie wiem. Nie mam brzucha i to w stopniu nawet czasem niepokojącym, biust mi nie wystaje (ciekawe, jak by sobie radziła z tym problemem pani Rabczewska, pseudonim Doda, gdyby biegała), więc to zahaczanie może być tylko efektem zupełnie nieprawidłowego machania rękami, ale trudno – tak macham, więc się boję. Jestem zapewne jedynym, który zawsze ma ze sobą kilkadziesiąt agrafek na wszelki wypadek i zawsze przypina numer co najmniej dwunastoma. Mam nadzieję, że nie rzuca się to w oczy.

Po drugie: boję się dyskwalifikacji z powodu przypięcia numeru niżej, do spodenek. W upalne dni o takim właśnie rozwiązaniu marzę, bo wtedy mógłbym zdjąć koszulkę i uzyskać choćby złudzenie większego przewiewu, a dodać muszę, że upałów nie znoszę i jedynie przewiew utrzymuje mnie przy życiu.

Niestety, w regulaminie rzadko piszą tylko tyle, że numer ma być z przodu, cały czas widoczny. To im nie wystarcza. Z reguły piszą, że ma być przypięty do koszulki. W ten sposób obecność koszulki staje się regulaminowo nakazana.

Owszem, wielu startujących przypina numer do spodenek i biegnie od pasa w górę na golasa, są też tacy, na razie nieliczni, którzy stosują specjalny pasek dla oszczędnych, czyli tych, którzy nie chcą, by ich ukochana startowa koszulka za wcześnie postrzępiła się od agrafek; pasek utrzymuje numer na biegaczu i jest niezależny od koszulki. Nie słyszałem jeszcze, by kogoś zdyskwalifikowano za topless, niemniej jednak boję się, że mógłbym być tym pierwszym i nie ryzykuję.

Dalej: boję się, że w biegach z trasą przecinającą tory kolejowe, znajdę się wśród tych, którym trafi się akurat pociąg. Pierwszy raz ogarnął mnie ten strach 10 lat temu na starcie biegu Radzymin-Ossów, upamiętniającego Bitwę Warszawską 1920.

Oglądając mapkę trasy, ze zdumieniem odkryłem, że po 8 kilometrach, w Wołominie, mamy przeciąć ruchliwą linię kolejową. Ileż to ja czasu spędziłem nad rozkładem jazdy PKP! Usiłowałem ustalić, czy mam ten pierwszy odcinek biec na zabicie, aby zdążyć przed pociągiem, czy oszczędnie, żeby trafić na szlaban podnoszący się już po pociągu. Przypominam, że to były czasy, gdy pociągi jeździły jeszcze w czasie zbliżonym do rozkładu. Dziś takie obliczenia byłyby bez sensu.

Bywały lata, że ten bieg nie wchodził w kolizję z PKP (dookoła Ossowa się odbywał na przykład), ale w tym roku była wersja z Ossowa do Radzymina i znów stanęło mi przed oczami widmo przejazdu w Wołominie. Lęk wrócił. No bo stara się człowiek, walczy o te minuty, aby mieć na piśmie, że jeszcze żyje, a tu trach, przymusowy postój i to nie wiadomo, na jak długo, bo może za chwilę ma być kolejny pociąg w przeciwnym kierunku. A wtedy kolejarze za Boga nie podniosą szlabanu. Oni tak mają, że albo w ogóle zapomną, albo zamykają długo przed nadjeżdżającym pociągiem.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz31.jpg

Chora wyobraźnia podsuwała mi dodatkowo obrazek szlabanu, który zamyka się w chwili, gdy mam do niego 20 metrów. Wyobrażacie sobie te rozterki? Co robić? Ryzykować przebiegnięcie w ostatniej chwili? A jeśli policjant złośliwie zatrzyma na jeszcze dłużej?

Dobiegając, wpatrywałem się w szlaban i starałem się go przytrzymać siłą woli. Nie drgnął. Na przejeździe kątem oka zanotowałem obecność pani z notesem. Ach, więc to, co mówili starzy wyjadacze przed startem, było prawdą: na przejeździe będzie sędzia, który ewentualnie odliczy czas czekania. Im starszy zresztą był dany wyjadacz, tym bardziej pesymistycznie był nastawiony co do cierpliwości sędziów, przewidując, że koniec peletonu będzie pozostawiony na pastwę pociągów. Jednak nie był. Zaczajonego policjanta też nie dostrzegłem.

Boję się jeszcze wielu rzeczy. Że chip nie zadziała na przykład. Ten strach tylko raz był uzasadniony, w czerwcu tego roku, gdy w szale przypinania numeru tuzinem agrafek przedziurawiłem taki, jakby gumowy placek na jego odwrocie, służący jako chip, a w regulaminie wyraźnie pisali, by tego nie ruszać. Pocieszałem się, że jestem w Grodzisku Wielkopolskim, a tam zawsze wszystko mają tak dobrze zorganizowane, że kto wie, może w razie kłopotów, łączą się z NASA i dostają wynik dowolnego zawodnika z każdego biegu do 10 lat wstecz.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze październik 2012

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij