[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.8

Tajemniczy plasterek [felieton Jacka Fedorowicza]

Chciałbym dziś złożyć hołd skromnemu plasterkowi, który wiele nie zdziałał, ale ujawnił potężny kawał prawdy o naturze sportowca, w tym także biegacza.

Plasterek na nosie: felieton Fedorowicza Chciałbym dziś złożyć hołd skromnemu plasterkowi, który wiele nie zdziałał, ale ujawnił potężny kawał prawdy o naturze sportowca, w tym także biegacza. (fot. shutterstock.com).

Było to mniej więcej 20 lat temu, może ciut mniej. Nagle na nosach sportowców wyczynowych pojawiły się poprzeczne plastry. Nie na wszystkich nosach, bo na przykład na nosach zapaśników, młociarzy, tyczkarzy nie, za to na nosach piłkarzy, biegaczy, chodziarzy – tak. Im bardziej dana dyscyplina uzależniała zawodników od wdychanego powietrza, tym większe było prawdopodobieństwo, że na ich nosach pojawią się plastry.

Ponieważ każda reguła jest podobno potwierdzana przez wyjątki, szybko ją sobie potwierdziłem pływakami, u których plastrów na nosach nie odnotowałem. A przecież też muszą intensywnie oddychać. Cóż, widocznie woda im je odkleja – wytłumaczyłem sobie to odstępstwo od zasady i zacząłem się dowiadywać, co to za plastry i po co. Nikt nie wiedział. Na biegach, w których brałem udział – nikt nosa nie zaklejał.

Ale oto nastąpił przełom: podczas igrzysk olimpijskich plaster pojawił się na nosie samego Roberta Korzeniowskiego! Wszyscy to zobaczyli na ekranach telewizorów i od tej chwili zagadka nanośnego plasterka zaczęła być wyjaśniana. Najpierw dotarła do mnie interpretacja – by tak rzec – skórno-dotykowa, że mianowicie plasterek drażni skórę na nosie, pobudzając ten szpiczasty organ do wzmożonej pracy, czyli do dostarczania płucom zwiększonej dawki powietrza.

REKLAMA

REKLAMA

Ta interpretacja dość szybko została jednak zdementowana przez następne, już nieco bardziej fachowe. Ktoś wytłumaczył, że w plastrze znajdują się usztywniacze w postaci dwóch drucików – stanowią one coś w rodzaju sprężynki, która unosi skrzydełka nosowe, powiększając przyrodzoną średnicę dziurki w nosie osobnika i w ten sposób usprawniając oddychanie.

Przy okazji – pomyślałem sobie – plasterek poprawia błędy anatomiczne powstałe u tych sportowców, którzy jako dzieci byli posłuszni i skoro mamusia w nosie dłubać zabraniała, to oni nie dłubali. Przez co mieli potem – jako dorośli sportowcy – dziurki za małe i przegrywali ze sportowcami mającymi za sobą dłubanie w dzieciństwie. Moda na plastry panowała w całym kraju przez ładnych parę lat, po czym znikła.

Od lat nie wiedziałem nikogo z plasterkiem na nosie. Wnioskuję, że plasterki się nie sprawdziły i przypisywane im działanie okazało się co najmniej przesadzone, o ile nie żadne. Ale jednak przez ładnych kilka lat tysiące biegaczy długodystansowych, sprinterów, a także piłkarzy nożnych, ręcznych pewnie też, kupowało (najpierw za granicą, potem również w kraju, bo firmy zwietrzyły świetny interes) i przyklejało sobie pracowicie cudotwórcze plasterki.

Dlaczego? Bo one działały. Niekoniecznie w sposób opisany powyżej, to jest przez zwiększanie dziurek. Działały, bo jak biegacz święcie uwierzy, że z plasterkiem wynik poprawi, to poprawi. Tak samo się dzieje w przypadku gdy uwierzy, że wynik poprawi mu ciasna skarpeta podkolanówka albo żel o smaku miętowym, albo – powiedzmy – żółte sznurowadło.

Biegowe przesądy mają niekiedy wielką moc. 20 lat temu w szatniach powalał zapach maści Ben-Gay. Smarowali się nią wszyscy biegacze, wierząc, że nic lepiej nie rozgrzewa mięśni, a kto się nie posmarował, biegł z przeświadczeniem, że wynik będzie miał gorszy i – o dziwo – rzeczywiście miał gorszy. Gdy po jakimś czasie wiara mija, mija też działanie. Wy też macie tak czasem?

RW 07-08/2018

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij