[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.1

Tempo pod kontrolą [felieton Jacka Fedorowicza]

Ze wszystkich urządzeń pomiarowych najcieplej wspominam coś, czego nie widziałem już od dwudziestu lat co najmniej - staromodny stoper mianowicie.

fot. Robert Gruszecki

Różne są metody kontrolowania tempa w czasie biegu. Jedni używają aplikacji w telefonie, inni włączają sobie specjalny biegowy chronometr, spora grupa optymistów wierzy we własne wyczucie, a są też tacy, co próbują posługiwać się zwykłym zegarkiem. Próbowałem wszystkich metod.

Lubię postęp techniczny, wolę jechać ekspresem niż rozklekotanym wagonem trzeciej klasy ciągniętym przez lokomotywę, ale gdy chcę sobie zmierzyć czas, zawsze tęsknię do stopera na sprężynkę. Był ciężki, spory (wielkości dawnych zegarków kieszonkowych) i nakręcany ręcznie, ale miał ogromne zalety. Tam nigdy nie było wątpliwości, czy został włączony, czy nie, bo przy włączaniu stawiał opór i głośno „klikał”, do tego jeszcze tykał. Wskazówki miał duże, podziałki świetnie widoczne, a i z zatrzymaniem go nie było żadnych kłopotów – mocne przyciśnięcie kciukiem, klik i stoi.

A w aplikacjach telefonicznych… Nie wiem, może jestem przeklęty, może skrajnie nieprzystosowany, ale zawsze mam z tym kłopoty. Na zawodach w zeszłym roku trzy razy biegłem z telefonem. Raz nie złapał połączenia GPS, raz usiłowałem go włączyć przez przezroczyste „okienko” w naramiennej pochewce i mi się nie udało, za trzecim razem postanowiłem włączyć przed włożeniem do pochewki, co się udało; nie udało się natomiast szybkie włożenie, zamotałem się na starcie z tym ustrojstwem, na szczęście dystans był dość długi, więc nadrobiłem jakoś, ale sporo nerwów mnie to kosztowało.

Z elektronicznymi stoperami na rękę też idzie mi kiepsko. Z zazdrością patrzę na zawodników, którzy zaraz po minięciu mety wykonują charakterystyczny gest, przyciskają sobie coś w zegarku i już. Ja nigdy nie umiałem tak przycisnąć na starcie, żeby uruchomić stoper, a nie – powiedzmy – zmienić datę.

REKLAMA

REKLAMA

Na początku września tego roku postanowiłem eksperymentalnie wrócić do zwykłego zegarka. Bieg nazywał się „Piątka Praska” – 5 km na warszawskiej Pradze. Wykorzystując dobrodziejstwo klasyfikacji według czasu netto, bez pośpiechu podszedłem do linii startu, wyczekałem, aż sekundnik znajdzie się tuż przed pozycją łatwą do zapamiętania, czyli nie 16 czy 17 sekund, tylko „okrągłe” 20 po pełnej minucie i ruszyłem, pogrążając się w obliczaniu, gdzie powinny być wskazówki po pierwszym kilometrze, żebym wiedział, że trzymam założone tempo sześć trzydzieści na kilometr (pewnie wydaje Wam się śmieszne, ale przypominam uprzejmie, że mam 81 lat).

Mijając znacznik pierwszego kilometra, rzuciłem okiem na zegarek i wyszło mi, że mam sześć minut z małymi sekundami – przestraszyłem się, że za szybko, i postanowiłem zwolnić, ale nie za bardzo. Zacząłem obliczać, gdzie powinny być wskazówki po drugim kilometrze, usiłowałem dodać sześć zero cztery do... Właśnie! Do ilu? Sześć pięćdziesiąt?

Potem przypomniałem sobie, że zaraz będzie troszkę pod górę, więc trzeba wziąć poprawkę. Po trzecim kilometrze już nie mogłem się doliczyć, czy jak sekundnik jest na „piętnaście po”, to mam zapas, czy niedoczas. I tak zleciało mi do mety. A tam tablica pokazała 31 minut i 6 sekund, w co długo nie mogłem uwierzyć. W wynikach podali przeciętne tempo – 6:13 na kilometr. Jak na mnie – zawrotne.

Zdobyłem nowe doświadczenie: na dobry wynik najlepiej wpływa oddanie się rachowaniu. Tylko jeden warunek: trzeba być przy tym całkowicie pozbawionym talentów matematycznych.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze listopad-grudzień 2018

Komentarze

 (2)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij