REKLAMA

Robert Jędrusiński: 25 kg mniej - systematycznie i bez wyrzeczeń

Robert w młodości bardzo chętnie zajmował się sportem - chodził na siłownię i uprawiał dżudo. Gdy jednak zaczął pracować, ożenił się i pojawiło się dziecko; czas, który mógł poświęcić na uprawianie sportu, gwałtownie się skurczył. Efekt? W wieku 33 lat ważył 102 kg przy 187 cm wzrostu.

Runner\'s World
Fot. Jacek Heliasz

"Byłem w tym okresie bardziej aktywny towarzysko niż fizycznie - wspomina dziś ze śmiechem Robert, choć wtedy wcale nie było mu wesoło. - Zrobiłem się misiowaty i chociaż mojej żonie to nie przeszkadzało - mówiła, że ma się do czego przytulić - to dla mnie w moim ciele zrobiło się ciasno."

W chwili gdy Robert doszedł do wniosku, że waży już zbyt dużo, jego kilkuletni syn Marcin, obecnie wicemistrz Europy w sztafecie 4 x 100 m, zaczął zdradzać talent do biegania.

"Żeby go nie zmarnował i żeby nie wystawał z kolegami po bramach z piwem w ręku, zaprowadziłem go na trening biegaczy wrocławskiego Śląska - mówi Robert. - Jednocześnie podjąłem decyzję, że sam zacznę biegać. I od razu za główny cel postawiłem sobie start w maratonie."

Nie znając zasad treningu biegowego, natychmiast zapłacił frycowe. "Za szybko narzuciłem sobie zbyt duże obciążenia treningowe" - tłumaczy Robert, który planował od początku biegać codziennie po 5 km. „Skończyło się to poważną i bolesną kontuzją - ponaciągałem sobie ścięgna i nadwerężyłem oba kolana. Na pół roku mogłem zapomnieć o bieganiu"- mówi Jędrusiński.

Ten falstart nie osłabił jednak jego zapału. Zrozumiał, że musi stopniowo przyzwyczajać swój organizm do wysiłku, i zaczął wszystko od nowa. Metodą prób i błędów, ale bazując na wiedzy bardziej doświadczonych biegaczy, wypracował w końcu własny schemat treningowy. Zaczął od przebieżek 2 razy w tygodniu (na zmianę 300 m biegu i 300 m marszu), systematycznie zwiększając dystans i tempo biegu.

Już po roku udało mu się zrzucić 20 kg (obecnie waży 77 kg), a w drugim sezonie trenowania, w 1997 roku, wystartował w maratonie w rodzinnym Wrocławiu.

REKLAMA

REKLAMA

Rezultat debiutu zaskoczył nawet Roberta. "Pobiegłem wtedy bardzo dobrze, meldując się na mecie po 2 godzinach i 51 minutach" - przyznaje z dumą.

Od tamtego czasu wystartował już w około 20 maratonach i niezliczonej liczbie biegów na krótszych dystansach, zdobywając m.in. tytuł drużynowego mistrza Europy weteranów w maratonie w 2006 roku. Jest też jedną z głównych postaci Wrocławskiego Klubu Biegowego "Piast", zrzeszającego ponad 150 biegaczy.

Chociaż Jędrusiński bieganie traktuje poważnie, nie pozwala, aby zdominowało jego życie. Na przykład, na pytanie o to, co zmienił w swojej diecie, gdy przed laty zdecydował się trenować, odpowiada krótko: "Właściwie nic". Ciągnięty za język, po dłuższym namyśle przyznaje, że je trochę mniej tłustych potraw, nie pije gazowanych napojów i unika mocnych alkoholi. Omija też fast foody.

"Ale nadal lubię napić się zimnego piwa po treningu - dodaje szybko. - Nie można dać się zwariować. Przede wszystkim chodzi o to, żeby bieganie cały czas było przyjemnością, a nie obowiązkiem."

Dlatego ze spokojem podchodzi do swej alergii na pyłki, która wiosną sprawia, że podczas biegania brakuje mu tchu i energii, co utrudnia mu przygotowania do kolejnych zawodów. Nie zwraca jednak uwagi na takie "drobiazgi". Konsekwentnie każdego dnia zakłada buty, aby przebiec 9 kilometrów dzielących jego dom od miejsca pracy i po południu pokonać ten sam dystans drodze powrotnej.

"Grunt to systematyczność, a obejdzie się bez wyrzeczeń" - dodaje.

RW 01/2007

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA