W 69 dni biegiem dookoła Polski

Jakiemu wyzwaniu możesz jeszcze stawić czoła, kiedy bieg na 100 kilometrów staje się dla Ciebie właściwie zwykłym długim wybieganiem? Artur Kujawiński postanowił przebiec dookoła Polskę,  od słupka do słupka, do tego bez wsparcia. I jak postanowił, tak zrobił!

W 69 dni biegiem dookoła Polski Artur Kujawiński
fot. Artur Kujawiński

Artur Kujawiński ma w nogach tysiące kilometrów. Takich biegaczy na świecie jest więcej, ale do tej pory nie było takiego, który pokonałby 4000 km bez dnia odpoczynku i sprawdził przy okazji, jak wygląda każdy skrawek polskiej granicy. A Arti to zrobił. W dodatku bez supportu – jedynie z 7-kilogramowym plecakiem na plecach. Wydaje się, że w tym przypadku mówić o nim „twardziel” to tak, jakby Usaina Bolta nazwać szybkim biegaczem.

Runner's World: Co sprawiło, że postanowiłeś pobiec dookoła Polski?

Artur Kujawiński: Na biegach, w których startuję za granicą, zawsze mam ze sobą polską flagę i wyciągam ją przed wbiegnięciem na metę. Często jestem jedynym Polakiem w stawce, a zawsze chcę pokazać, że jesteśmy walecznym narodem, co udowadniam, nie schodząc z trasy. Potrafimy biegać i pokonywać przeciwności. Kiedyś mi zaświtało, czy dałoby radę obiec swój kraj.

Pomysł zaczął mocniej kiełkować 3 lata temu, po tym jak ukończyłem Badwater. Bieg w USA jest takim wyzwaniem dla organizmu, że wydaje się, że nic cięższego już nie może cię spotkać. Sądziłem, że to spełnienie moich biegowych marzeń, podsumowanie sportowej przygody. Ale kiedy minęło trochę czasu, zacząłem szukać kolejnego wyzwania i wróciłem do pomysłu obiegnięcia Polski.

RW: Przed Tobą nikt tego jeszcze nie zrobił. Chciałeś być pierwszy?

AK: Oj, tak! Bycie pierwszym zawsze mocno mnie nakręca – to taka pozostałość z czasów wyczynowego uprawiania sportu. To było największą motywacją: dokonać tego jako pierwszy. Sprawdziłem, że 2-3 osoby już obiegły Polskę, ale nie zrobiły tego wzdłuż granicy, lecz przez miejscowości, które leżą daleko od tej granicy. Ja nie uważam, że Wrocław leży przy granicy. Ominęli góry, nie przebiegli dokładnie okolic Wolina i Świnoujścia i nie przebiegli Mierzei Wiślanej. Ponieważ więc nikt wcześniej tego nie zrobił, uznałem, że to odpowiednie dla mnie wyzwanie.

W 69 dni biegiem dookoła Polski Artur Kujawiński
(fot. Artur Kujawiński)

RW: Jak wyglądały przygotowania?

AK: Na początku nawet nie wiedziałem, ile to jest dokładnie kilometrów. Okazało się, że 3511. Sądziłem, że może to zająć około półtora miesiąca. Przygotowania zacząłem od wybrania terminu startu i zakończenia biegu. Sprawdzałem godziny wschodu i zachodu słońca, aby wiedzieć, ile czasu będę mógł biec danego dnia. Wybór pory roku podyktowany był też tym, że nie brałem ze sobą ciepłych rzeczy.

Trzy miesiące zajęło mi planowanie trasy. Przeanalizowałem każdą ścieżkę, każdą uliczkę. Trasę po górach pomógł mi wybrać przyjaciel, Damian, który ma w tym dużo większe doświadczenie. Przygotowałem track trasy i okazało się, że zaznaczyłem 50 tysięcy punktów kontrolnych. Ludzie z firmy Trackcourse musieli skleić dwa pliki w jeden, który potem miałem w zegarku, bo inaczej program nie ogarnąłby takiej ilości danych.

RW: Czy to planowanie się sprawdziło?

AK: Nie zawsze. Od strony technicznej zegarek i tracker działały bez zarzutu, ale zdjęcia trasy w internecie często okazywały się nieaktualne. Np. ścieżka nie istniała albo była zagrodzona, były mokradła zamiast ścieżki; często przedzierałem się po prostu przez chaszcze. To oznaczało, że musiałem korygować trasę. Była wyznaczona na kanapie, ale jej weryfikacja miała miejsce już w realu i oznaczało to finalnie dodatkowych 500 km.

Tam, gdzie było to możliwe, biegłem od słupka do słupka. Śmiałem się, że dzień bez słupka jest dniem straconym, szczególnie gdzie te słupki faktycznie są, czyli na zachodzie i południu; przy granicy z Białorusią często miałem w zasięgu wzroku tylko zasieki, płoty itd. To samo przy rosyjskiej. Jestem pewien, że nikt nie biegł tak blisko granicy.

RW: A jak wyglądały Twoje przygotowania do takiego biegu?

AK: Trwały aż 8 lat. Wtedy przebiegłem swoją pierwszą „dwusetkę”. Poziom, jakiego oczekuję od siebie przed takim wyzwaniem, to forma, która pozwala na swobodne przebiegnięcie 100 kilometrów, najlepiej w górach. Nie luzując w tygodniu, nawet nie dbając specjalnie o nawodnienie.

W 69 dni biegiem dookoła Polski Artur Kujawiński
Bywały krótkie chwile, kiedy Artur mógł czuć się zdołowany, ale nie na tyle, żeby przerwać swój ekstremalny bieg (fot. Artur Kujawiński)

Jeśli dochodzę do punktu, w którym jest to dla mnie takie długie wybieganie, porównując to do treningów innych biegaczy, jeśli na drugi dzień mogę zrobić normalny trening, to znaczy, że ciało jest już gotowe. Ale by dojść do takiego poziomu, trzeba lat. Oczywiście robiłem sobie jakieś wyzwania, np. 10 maratonów w 10 dni, ale kluczem była regularność. Potrafiłem przez pół roku biegać codziennie po 20-30 kilometrów.

RW: Organizm to wytrzymuje?

AK: Mile mnie zaskoczył, bo wytrzymał bez urazu bieg dookoła Polski. Na papierze powinien się zbuntować, szczególnie że przez te 69 dni nie brałem żadnych odżywek. Ale, poważnie mówiąc, dużo daje mi przygotowanie siłowe, jakie miałem, trenując w młodości sprinty. Pierwszy maraton przebiegłem po 8 latach treningów biegowych. Ta obudowa i ogólnorozwojówka teraz się odpłaca. Dzięki temu nie łapię też kontuzji.

Słucham uważnie swojego organizmu. Świadomość, że przecież jutro, pojutrze i za dwa dni też wyjdę na trening, sprawia, że nie czuję presji, kiedy mój organizm mówi „wyluzuj”, bo wiem, że jutro zrobię 5 km więcej. To jest po prostu długi proces.

RW: Dlaczego biegłeś bez wsparcia?

AK: Wybrałem formułę bez supportu, ponieważ dawało mi to większą satysfakcję. Amerykanie wyróżniają jeszcze wersję ekstremalną: wtedy nie można korzystać ze sklepów, pić wodę z deszczówki czy strumienia, jeść to, co się upoluje lub da natura, np. z drzew. Według reguł FKT (Fastest Known Time) zupełnie wystarczył fakt, że biegłem sam i nie miałem żadnego wsparcia, np. samochodu z materacem do spania, który czekałby na mnie po dniu biegania.

Korzystam z tego, co spotkam na trasie: stacje paliw, sklepy itd. Wydawało mi się to dosyć łatwe, bo sądziłem, że na trasie będzie sporo takich miejsc, ale okazało się, iż w ciągu tego biegu przez 9-10 dni zaznałem naprawdę prawdziwego głodu. Zdarzało się, że ciepły posiłek jadłem raz na dwa dni, co przy robieniu 60, 70, a nawet 80 kilometrów dziennie było naprawdę ciężkie.

W 69 dni biegiem dookoła Polski Artur Kujawiński
Buty trailowe odpoczywały w plecaku przez prawie miesiąc, bo 1300 km po górach dało im się we znaki. Ale nie trafią do kosza: takich przyjaciół się nie wyrzuca. (fot. Artur Kujawiński)

RW: Co jest najtrudniejsze w takiej formule biegu na takiej trasie?

AK: Największym stresem dla mnie było zapewnienie sobie noclegu. Z Sopotu wybiegłem, mając zaklepanych 5 pierwszych noclegów, a i tak życie to zweryfikowało, bo przecież nie zawsze przebiegniesz tyle, ile było w planie. Więc szukanie noclegu zaczynało się gdzieś koło godziny 16-17. Wiedziałem, ile jeszcze przebiegnę danego dnia, więc mogłem szukać noclegu w pobliżu. Często do punktu noclegowego docierałem już o zmroku.

W górach było łatwiej, bo wiedziałem, do jakich schronisk muszę dotrzeć. Jeśli trafiła się agroturystyka, to było świetnie, ale nigdy nie miałem pewności, czy normalnie prześpię się po całym dniu na nogach. Świadomość, że będzie można się wykąpać i wyspać, stała się najważniejsza w tej wyprawie, ważniejsza nawet niż jedzenie.

Zdarzyło się, że nocowałem w toalecie, na polu namiotowym, w opuszczonym budynku. Już po 2-3 dniach spałem w ogródku McDonald'sa, bo okazało się, że nie dobiegnę do punktu docelowego. Dobrze, że to stało się tak wcześnie, bo zdałem sobie sprawę, jak ważne są kąpiel i spanie.

RW: Ważniejsze niż jedzenie?

AK: W moim wypadku tak. Oceniałem, że musiałem mieć 5000-6000 kcal na dzień, a non stop miałem dni po 1800 kcal, nie więcej. I organizm to zniósł. Specjalnie przytyłem 6 kilogramów, żeby było z czego tracić; po biegu schudłem o 8 kilogramów.

Jedzenie na trasie było – co tu dużo mówić – śmieciowe. Rano rogal z czekoladą, często bez gorącej herbaty czy kawy; liczyłem na to, że koło godziny 10 znajdę jakiś sklep, gdzie znowu kupię rogala czy serek. A potem starałem się przebiec przez jakąś większą miejscowość albo koło zajazdu, gdzie mogłem zjeść ciepły obiad. Robiłem sobie wtedy godzinną przerwę na wyżerkę. To było często jedyne ciepłe jedzenie w ciągu dnia.

W 69 dni biegiem dookoła Polski Artur Kujawiński
Szybki sposób na uzupełnienie bezcennych zapasów energii - i jakże przy okazji przyjemny! (fot. Artur Kujawiński)

Na trasie przebywałem po 15-16 godzin dziennie, na nocleg docierałem zwykle około 23. Często oznaczało to, że na nic ciepłego nie mogłem już liczyć. Nie kupowałem wcześniej jedzenia na kolację, bo w plecaku by nie przetrwało. Czasami w ogóle nie jadłem obiadu – wtedy wbiegałem do sklepu i kupowałem zimne parówki albo klopsy ze słoika. Z doświadczeń biegów ultra wiedziałem, że żołądek to wytrzyma. Pod koniec, gdy byłem już bardzo wyczerpany, prosiłem panie w sklepie, by na zapleczu zaparzyły mi gorącą kawę.

RW: Jak dokładnie wyglądał Twój dzień?

AK: Pobudka o godzinie 5:30-6:30. Zawsze spałem po 5-6 godzin i wiedziałem, że nie może być mniej, bo sen to moje jedyne narzędzie regeneracyjne. O dziwo, to mi wystarczało. Codziennie rano musiałem się pakować, weryfikując, co wyschło, a co jeszcze nie. Śniadanie minimalne: rogal i woda. Spakowanie się. Dokładne, tak by nic nie uwierało mnie w plecy.

RW: To co miałeś w plecaku?

AK: Z własnego doświadczenia wiedziałem, że maksimum w plecaku to 7 kilogramów, a nie np. 9 kilogramów. Każde 200 gramów robiło różnicę. Każde otarcie mogło zakończyć ten bieg. 600 gramów to elektronika, bo codziennie musiałem ładować zegarek, powerbanki, telefon, nadajnik. Reszta to odzież: 4 komplety.

Miejsca na jedzenie zostawało niewiele. To oznaczało, że nie mogłem pozwolić sobie na coś takiego, że wbiegam do sklepu i robię zapasy na 2 dni: nie wytrzymałyby tego i plecak, i moje ramiona. Wybierałem jedzenie kaloryczne i lekkie, np. rogaliki 7 days czy chipsy. Rano te 7 kilogramów było OK, a wieczorem wydawało mi się, że to jest 17 kilogramów.

No i miałem w plecaku drugą parę butów – trailowych. Teoretycznie mogłem je sobie gdzieś wysłać, ale po pół roku dylematów postanowiłem wziąć je ze sobą. Przez miesiąc, zanim dobiegłem do gór, miałem po prostu w plecaku buty, które czekały na swoją kolej.

W 69 dni biegiem dookoła Polski Artur Kujawiński
Przed i po, czyli dwa portrety Artura, które dzielą 4 tysiące kilometrów biegu (fot. Artur Kujawiński)

RW: Trudniej wybiegało się każdego kolejnego dnia?

AK: Nawet nie. Bieg od godziny 6:30. Sprawdzenie na mapie, gdzie mogą być sklepy, które zresztą i tak z powodu pandemii często były zamknięte. Potem dobiegnięcie do miejsca, gdzie miałem zjeść obiad, godzinna przerwa, znowu sprawdzanie, gdzie mogą być sklepy, i tak do wieczora. W czasie biegu następowała weryfikacja, czyli telefony do agroturystyki, aby sprawdzić, czy ktoś mi otworzy, bo np. nie dobiegnę o godzinie 22, ale o 23:30. Na trasie często byłem 16-17 godzin. Taki dzień świstaka. Teraz uważam, że to był najpiękniejszy okres w moim biegowym życiu. Przez te 17 godzin mogłem tylko biec, nie myśląc o niczym innym, dosłownie do upadłego.

RW: Jaki był najtrudniejszy moment?

AK: 66. dzień. Sytuacja hardkorowa: nie miałem noclegu. Już 3500 km w nogach. Nie jadłem obiadu ani kolacji: byłem tylko po śniadaniu. Dobiegłem do małej wioski. Już było głośno o tym, co się dzieje na granicy z Białorusią [próby nielegalnego przerzucenia do Polski tysięcy migrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu - przyp. red.]. Niestety, czy to z powodu strachu (przecież wyglądałem jak zarośnięty drab), czy z jakichś innych pobudek nikt nie dał mi noclegu, choćby w szopie czy stodole. Nie przekonywały tych ludzi argumenty sportowe, charytatywne, finansowe czy zapewnienia, że pokażę im wszystko w internecie.

To akurat była najzimniejsza noc w czasie całego biegu. Wiedziałem, że nie mogę spać w lesie, bo byłem zbyt wyczerpany. W końcu znalazłem jakiś opuszczony budynek, właściwie ściany bez dachu. W rogu było trochę słomy. Ubrałem się we wszystko, co miałem, i wytrwałem tam do 5 rano. W telefonie było 14% baterii. Napisałem rodzinie, że dotrwam do rana, po czym ruszę dalej.

RW: Nie dołowały Cię takie momenty?

AK: Mam mocną psychikę. Wiedziałem, że wszystkie ciężkie chwile sprawią jedynie, że później dotrę do mety. Nie załamywałem się, nawet jeśli 1 km robiłem przez 30 minut po ciężkich krzakach. Wiedziałem, że to zrobię. Nie miałem momentu, że odpuszczam. Pojawienie się takiej myśli sprawia, że jesteś słabszy.

W 69 dni biegiem dookoła Polski Artur Kujawiński
Rodzice, Agnieszko, Grzegorzu, Damianie - dziękuję! Bez Was to by się nie udało! (fot. Artur Kujawiński)

RW: A dobre momenty?

AK: Było ich sporo. Np. Widuchowa, gdzie pani Agnieszka przenocowała mnie bez jakiejkolwiek opłaty w szczycie sezonu; przygotowała w nocy jedzenie i rano miałem wspaniałe śniadanie. Czułem się jak król. I takich miejsc było sporo. Biegacze przekazywali sobie informacje, że szukam noclegu. Czasem czekali na mnie np. o pierwszej w nocy, mimo że wczesnym rankiem musieli iść do pracy.

RW: A najmilej było chyba na mecie?

AK: Jeśli chodzi o metę, to myślałem tylko i wyłącznie o spotkaniu z rodziną. To było dla mnie najważniejsze. Co ciekawe, ostatniego dnia biegłem najszybciej, a w ostatnim tygodniu zrobiłem najwięcej kilometrów. Wtedy już naprawdę nie czułem zmęczenia. Żartowałem nawet, że mógłbym ruszyć na następną pętlę, ale prawda była taka, że kolejny 1000 km nie robiłoby mi wielkiej różnicy. Odczucia organizmu były takie same. Miałem świadomość, że to nie był kres moich możliwości.

RW: No właśnie. Co dalej?

AK: Przed biegiem dookoła Polski szukałem czegoś, co miało pobudzić moją wyobraźnię. Teraz np. bieg z Poznania do Barcelony nie budzi we mnie nic szczególnego. Obiegnięcie swojego kraju było bardzo motywujące i inspirujące. A dystans jest taki, że mógłbym przebiec całą Europę. Ale to mnie nie kręci, bo chyba ktoś to zrobił, a poza tym taki dystans już przebiegłem. Dokładanie kolejnych kilometrów też nie będzie robiło różnicy. Ale wiem, że na pewno coś znajdę.

Od sprintera do ultrasa

Każde kolejne wyzwanie Artura Kujawińskiego jest o stopień wyżej.

  • Mistrzostwa Polski Masters. Po 15 latach znowu założyłem kolce, by startować na 200 metrów. Dobra forma zachęciła do dalszych startów i zdobycia kilku krążków w biegach na 200, 400 i 800 m.

  • Debiut w biegu 6-dobowym. Ale bliskość startu w Badwater sprawiła, że w połowie rywalizacji podjąłem decyzję, by nie żyłować organizmu i potraktować to jako mocny kilometrażowo tydzień przygotowawczy.

  • Legendarny Badwater. Jako szósty Polak w historii ukończyłem ten morderczy bieg na dystansie 217 kilometrów w temperaturze dochodzącej do 54 stopni Celsjusza.

  • Szkocja na przełaj. W 2019 roku przebiegłem z zachodniego do wschodniego wybrzeża Szkocji. 215 mil najbardziej wymagającego terenu i pogody, jakie do tej pory zaznałem. Tu moja psychika osiągnęła szczyt formy.

W 69 dni biegiem dookoła Polski Artur Kujawiński
(fot. Artur Kujawiński)

Ekwipunek na bieg dookoła Polski:

  • 4 komplety ubrań (w tym długie i krótkie: legginsy, bluzy i T-shirty)
  • sprzęt elektroniczny: powerbanki, czołówka, zegarki, nadajnik, kable i ładowarki • kijki
  • przybory do codziennej toalety
  • artykuły medyczne, jak plastry, wazelina, tabletki przeciwbólowe
  • kamizelka odblaskowa
  • kilka par skarpet i majtek
  • buffy, rękawiczki, czapki z daszkiem (w góry)
  • sznurek, igła z nićmi, łyżeczka z widelcem, taśma klejąca
  • okulary przeciwsłoneczne
  • softflaski
  • śpiwór z folii termicznej
  • 2 pary butów do biegania (asfaltówki i trailowe)
  • wiatrówka

"W sumie jak na wyprawę dookoła Polski to niewiele, ale pora letnia miała to ułatwić, choć chłodny wrzesień dał się we znaki, szczególnie gdy rzeczy już nie schły – wyjaśnia Artur Kujawiński. - Zabrałem jeszcze wiarę w to, że dam radę, wielkie serce, pasję i silną wolę ;)"

Zobacz także:

RW 05-06/2022

REKLAMA
}