Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

W szponach mody [felieton Jacka Fedorowicza]

Wszystkie zimowe numery wszystkich pism poświęconych bieganiu wypełnione są poradami typu „jak się ubrać na trening zimowy”. Nie przepadałem nigdy za takimi artykułami, bo w większości z nich można było przeczytać wskazówki dość oczywiste. Że nie należy w zimie biegać na golasa – ogólnie rzecz biorąc.

Pisma dla biegaczy to jeszcze nic. Nikt chyba nie przebije TVP, która kiedyś w ramach bezcennych rad dla widzów nadała w głównym wydaniu „Wiadomości” – w trybie pilnym, bo właśnie nastały mrozy – wywiad z naukowcem, który ze śmiertelną powagą tłumaczył bezrozumnemu społeczeństwu, w co należy się ubrać, by chronić się przed zimnem: szalik, ciepła bielizna, sweter, czapka, nauszniki, rękawiczki… – wyliczał uczony, a TVP dla pewności pokazywała obrazki. Myślałem, że śnię.

Ale w tym roku w poradach fachowców od biegania znalazłem coś nowego. Po pierwsze, że te wszystkie wynalazki ostatnich lat, te cienkie koszulki ze specjalnych materiałów „oddających” wilgoć, które cudownie ułatwiają bieganie w upał, powinno się nosić też i w zimie, aby nie dopuścić do przepocenia tiszerta, jako że ubranie mokre to ubranie nadmiernie chłodzące. Dotąd zimą biegałem w bawełnianych łachach pod spodem (bo nie widać), teraz dla odmiany spróbuję zakładać te drogie, „nowoczesne”, które starałem się oszczędzać (bom sknera) na lato.

I druga nowość. Otóż nareszcie ktoś zauważył coś, co ja odkryłem już ze 30 lat temu, że mianowicie podstawą komfortowego biegania w zimie jest bluza rozpinana z przodu od góry do dołu. Niby drobiazg, a bardzo istotny. Bo jeżeli ktoś chce biec 10 km w temperaturze komfortowej, to na samym początku biegu musi solidnie zmarznąć. A jeśli ubierze się tak, by nie marznąć zaraz po wyjściu z domu, to po kilkunastu minutach biegu ugotuje się z całą pewnością.

Zamek błyskawiczny z przodu to złoty środek: po wyjściu marzniesz, ale nie przesadnie, biegniesz, robi ci się coraz cieplej i wtedy rozpinasz sobie bluzę, co chłodzi idealnie, w dodatku z możliwością regulacji, a jeżeli wciąż jest ci za ciepło, zrzucasz bluzę z ramion (nie zdejmując!) i grzejesz sobie nią praktycznie już tylko łokcie. Masz trasę z nawrotem i wracasz pod wiatr, lodowaty w dodatku – zakładasz z powrotem bluzę, zaciągasz zamek pod szyję i jest OK. Idealny sposób.

Niestety, we współczesnym świecie bardzo trudny do zrealizowania, ponieważ w branży strojów biegowych jest coś takiego jak moda (żeby ją szlag trafił!). Jak projektanci się uprą, że modne mają być bluzy z kapturem, bez rozcięcia z przodu, zakładane tylko przez głowę, to przez całe lata bluzy rozpinanej bez kaptura nie kupi się nigdzie, za żadne pieniądze, w żadnym kraju „globalnej wioski”. Wiem, co mówię, bo jak mniej więcej 10 lat temu zgubiłem gdzieś ukochaną bluzę z zamkiem z przodu, to podobną udało mi się kupić dopiero po kilku latach. Do dziś ze złością wspominam te kilometry przeczłapane w różnych sklepach w kraju i za granicą w poszukiwaniu stroju – wydawałoby się – do kupienia zawsze i wszędzie.

Mamy styczeń 2013. Na razie moda nam sprzyja, nie ma terroru kaptura i przodu nierozpinalnego. Radzę z tego skorzystać i kupić – póki są – dwie bluzy, żeby starczyły na okres, kiedy to projektanci wpadną na jakiś nowy odkrywczy pomysł, na przykład bluzy szyte z jednego kawałka, razem ze spodniami, a producenci posłusznie zaleją sklepy tylko takimi. Przy okazji radzę nie zapominać o sprawdzaniu, czy bluza ma kieszenie, bo zdarzają się i bez. Plaga pełnej bezkieszeniowości strojów sportowych już ogarnęła spodenki, choć na szczęście okresowo odpuszcza. Ale jak plaga ogarnie wszystkie części garderoby biegowej, to może być problem, szczególnie że od roku – zupełnie nie wiem dlaczego – nie sposob nigdzie kupić niczego zapinanego na ramieniu, w czym można by mieć klucze, telefon i inne drobiazgi. Mam coś takiego, z powodzeniem zastępuje mi kieszeń. Chciałem kupić na zapas, niestety – pewnie akurat wyszło z mody, więc jest w sklepach zabronione. Tylko plecak ewentualnie można.

Zawsze się zastanawiałem, jak wielkim trzeba być kretynem (najmocniej przepraszam, ale nie znajduję innego słowa), żeby projektować stroje sportowe zupełnie bez kieszeni. Gdzie biegacz ma sobie, do jasnej cholery, wsadzić te klucze czy telefon? Plus jeszcze bilet, aby mógł wsiąść do autobusu w razie – tfu, tfu, odpukać – zwichnięcia nogi, plus parę złotych na wszelki wypadek, plus dowód? Jako doświadczony – nierzadko boleśnie – zapewniam, że każdy z tych drobiazgów przydaje się, albo wręcz okazuje się zbawieniem, przynajmniej raz w miesiącu.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze styczeń-luty 2013

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij