Pańczak, Szopa i Mej, czyli bohaterowie ostatnich minut

Są na trasie prawie 6 godzin – najdłużej ze wszystkich uczestników. Ale nie poddają się i być może to ich cechuje największy hart ducha wśród maratończyków. Poznaj historie trojga najwytrwalszych maratończyków w Polsce - Marii Pańczak, Leszka Szopy i Pawła Meja.

Bohaterowie ostatnich minut Jacek Heliasz
fot. Jacek Heliasz

Paweł Mej - polski Forrest Gump

Ostatni będą pierwszymi – to Paweł Mej ma wyryte w pamięci. A to na jednym z pucharów: „ostatniemu zawodnikowi półmaratonu jurajskiego za sportową wytrwałość i ambicję”. Bo wszyscy wiedzą, że jak Mej biegnie, to maraton się jeszcze nie skończył.

Wszyscy wiedzą też, że Paweł biega boso. Stopy ma jak hobbit, a skórę z nich zrzuca jak wąż. „Rocznie schodzą jakieś dwie szklanki” – tłumaczy bez skrępowania. Wszystko w życiu robi właśnie tak: szczerze i bez wstydu. Śpiewa dla zarobku w Zakopanem, wystąpił dwa razy w „Szansie na sukces” i raz u Michała Wiśniewskiego w programie „Opowiedz nam swoją historię”.

Wygrał tam 10 tysięcy złotych, bo naprawdę ma co opowiadać. Jego życie to polska wersja historii Forresta Gumpa. Wyszedł z domu i pobiegł, a po drodze jadł drożdżówki i pokrzywy. Ale wszystko zaczęło się w sierocińcu, do którego oddała go matka – jak większość z trzynaściorga rodzeństwa. Paweł miał szczęście i trafił do dobrych ludzi we wsi Baczków, niedaleko Krakowa. Na początku musieli go oduczyć strachu i pokazać, że są lepsze rzeczy do jedzenia niż makaron z mlekiem. Paweł rósł, grał w piłkę i lubił plastykę, matematykę; nie znosił polskiego i kochał się w niejakiej Danusi.

Było sielsko do czasu, gdy kiedyś wracał ze szkoły i padł na środku drogi – zapalenie opon mózgowych. Wyleczyli, odratowali i dalej w spokoju dorastał. Aż do komisji wojskowej. Mimo choroby wbili mu w książeczkę kategorię A i poszedł do marynarki wojennej – a pływać do dziś nie umie. W wojsku miał drugi atak, podczas którego się wszystko zaczęło. Jakiś głos go przegnał z rozświetlonego tunelu: „Jeszcze nie! Twoja misja się jeszcze nie zaczęła”.Paweł Mej, 52 przebięgnięte maratony. Boso.

I do tańca, i do różańca

„To był chyba święty Piotr. Tak mi się wydaje. Potem jeszcze raz się przypomniał, jak strzelił piorunem w naszą pasiekę. W ulach się światło zaświeciło, a nam z ojcem wszystkie włosy dęba stanęły” – opowiada o drugim spotkaniu z transcendencją. O co świętemu chodziło, okazało się wiele lat później. Najpierw umarł tata – palił jak smok, a potem mama – znalazł ją po wylewie na podłodze.

Osiem miesięcy po tym, jak odeszła, 4 listopada 2007 roku, Paweł siedział w domu i patrzył się w okno. Nagle przypomniał sobie, że w pobliskiej Bochni jest bieg. Wtedy jeszcze nawet nie wiedział, co to jest półmaraton, ale przebiegł go, i to boso. Przed startem tak sobie powiedział: „A może by bez butów?”. Nawet bardzo nie bolało i nie był wcale ostatni. „Już dobrze nie pamiętam, ale drugi albo trzeci od końca” – przypomina Paweł.

Po siedmiu dniach biegł już w dalekiej Warszawie, chociaż rodzice, których w snach spotyka, powtarzali: „Biegaj, synu, biegaj, tylko może na razie gdzieś tu niedaleko…”. Ale Paweł się tak rozkręcił, że rocznie zalicza 10 maratonów. A biega wszędzie i marszruta wygląda niekiedy tak: 5 listopada – Białystok, 6 – Radom, 11 – Warszawa, 12 – Wodzisław Śląski.

Ratują go kolejowe bilety weekendowe, bo żyje przecież tylko z renty, którą mu wojsko wypłaca za raczej nie do końca przemyślany zaciąg. W tych zawodach Paweł biega na końcu, w ogonie. Dlaczego? Przecież chłop z niego dziarski, szczupły, wysportowany – mógłby lecieć w przód. Odpowiedź jest, jak to u Pawła, bardzo prosta: „Bieganie to radość, no i musi trwać jak najdłużej. Jak jest limit sześć godzin, to biegnę 5:59, jak siedem, to godzinę dłużej, a jak 5, to i w tym czasie się zmieszczę. A jak zostaje czasu na zapasku, to i na kamieniu przysiądę, żeby nie przybiec za szybko”– śmieje się.

W niedzielne biegi to i do kościoła wpadnie na chwilę pomodlić się za rodziców, za innych zawodników, za kraj czy za rodzimy Baczków. Ale o świętoszkowatość nie można go posądzić. Chłopak jest do różańca, ale i potańczyć z nim można. Dlatego, kiedy na biegu browarem częstują – i to nie tylko na piwnych milach – to zawsze chętnie wypije. Oczywiście czyjeś zdrowie.

Pójdę boso

Zresztą, Paweł wie, że to właśnie w ogonie toczy się największa walka i dlatego tam spędza większość biegu. Zawsze leci z flagą i zawsze ratuje dobrym słowem tych, co ratunku już się z żadnej strony nijak nie spodziewali. A to jakąś dwudziestkę wspomoże ciepłym, dobrym słowem, a to Niemca szczerze wymasuje. „Masażę, masażę?” – pyta takim trochę biegowym esperanto.

Kawały opowiada. No i śpiewa. Same przeboje oczywiście: „Chłopcy radarowcy”, czy jego ulubione „Pójdę boso”. Ten ostatni hit to specjalnie dla niego dziennikarz Przemek Babiarz na maratonie warszawskim puścił z głośników Stadionu Narodowego. Zabrzmiało potężnie, gdy bosonogi biegacz na końcu stawki metę przekraczał. „Poczułem się, jakbym pierwszy przybiegł! Naprawdę” – rozmarza się Paweł na samo wspomnienie tej niespodzianki.

A należałoby mu się za te wszystkie udręki. Niełatwo jest stawkę zamykać, i to bez obuwia. Na przykład w grudniu 2009 roku Paweł odmroził sobie nogi. W Strzelcach Opolskich był półmaraton bożonarodzeniowy i gdyby śnieg leżał, to by się ekstra biegło, ale że drogę solą posypali, to podeszwy zrobiły się czarne. Lekarze mówili, że Paweł miał szczęście, że stóp nie stracił, kiwali złowrogo palcem. Zapowiadali też, że minimum pół roku będzie musiał odpocząć, a on po trzech miesiącach biegł już kolejny wyścig – i to tyłem, bo tak też czasem ma fantazję polecieć.

Kawalerska dieta na drożdżówce

Kłopoty zdrowotne go nie zatrzymają. W zeszłym roku miał koronarografię. Cóż z tego: tydzień po zabiegu już biegał w Kołobrzegu. „To ten święty Piotr tak się mną opiekuje” – tłumaczy z bezgranicznym przekonaniem. Święty pomógł mu też obiec za jednym razem całe Tatry dookoła. Święty i ludzie trochę, bo jeść i pić (także piwo) dawali. Ale nie dla rekordów biega.

Do kolejnych startów zmuszają go atmosfera maratonów i endorfiny. Bo raczej nie nagrody. We Wrocławiu dostał buty… No właśnie! Koce termiczne za to się przydają. Dom po kawalersku prowadzi, więc jak ktoś ma przyjść, to wszystkie graty w kąt pospycha i nimi właśnie je poprzykrywa. Tam kupka schowana pod Frankfurtem, tam pod Berlinem, tam pod Warszawą, a tam mniejsza pod Krakowem. Dom biegacza, ot co!

Dietę też ma kawalerską. Ba, nawet spartańską. Razem z psem Jekim – który zawsze go na przystanek odprowadza – jedzą drożdżówki i chodzą na obiady proszone u sąsiadów. Paweł jeszcze do tej diety dokłada pokrzywy i zupki chińskie. Te pierwsze zjada w biegu, jak przeciętni biegacze banany. Bo Paweł to jest Forrest Gump. Chociaż tej amerykańskiej historii zapaleniec z Baczkowa nie lubi: woli te zwykłe, prawdziwe. Takie właśnie jak Marii Pańczak, Leszka Szopy czy innych ludzi z końca biegu. Sam się do tego nie przyzna, ale choćby i takie jak jego samego.

RW 09/2013

1 2 3
STRONA 3 z 3
REKLAMA