Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Wiosna! [felieton Jacka Fedorowicza]

Mamy wiosnę. Wykorzystajmy ją! To najlepszy czas do biegania. Poniżej kilka dowodów świadczących o wyższości wiosny nad pozostałymi porami roku.

1. Wiosna następuje po zimie. Ten prosty fakt powoduje, że człowiek, który w grudniu, styczniu i na początku marca wmawiał sobie, że na bieganie jest za zimno, albo za mokro, albo za ciemno, albo w ogóle nieprzyjemnie, teraz traci to usprawiedliwienie i wyjść pobiegać wreszcie musi. Od razu zaznaczam, że ja się akurat z takim podejściem nie zgadzam. Uważam, że najlepszą porą do biegania jest zima, jako skrajne przeciwieństwo lata, które się do biegania w ogóle nie nadaje z powodu zbyt wysokich temperatur, ale zdaję sobie sprawę, że w tej kwestii znajduję się w mniejszości. Nie wchodząc w spory z przeciwnikami biegania w zimie, zachęcam ich serdecznie: kochani, skoro od biegania odpoczęliście, to teraz najwyższy czas do niego wrócić: temperatura w sam raz, a ogólny nastrój wiosenny sprzyja bieganiu jak mało co.

2. Wiosną coraz dłużej jest widno. Tu znów będę trochę nietypowy, bo akurat widoczność trasy dla mnie jest ważniejsza niż dla innych biegających, jako że wzrok mam nie najlepszy. Ale uważać, gdzie biegnie, powinien każdy. Na moich warszawskich trasach biegowych w ciągu ostatnich trzech lat aż cztery razy poraniłem się bardzo boleśnie, bo wpadałem na przeszkodę, która byłaby jakoś jeszcze widoczna w dzień, a zupełnie nie była po zmroku. Być może zresztą jest to szczególnie warszawska przypadłość, czy może jakiś spisek przeciwko mnie, bo w żadnym innym mieście czegoś takiego nie spotkałem.

Pułapka, którą Warszawa na mnie nieustannie zastawia, jest zawsze taka sama. To dwa betonowe kloce połączone łańcuchem. Kloce są przesuwalne, a łańcuchy rozpięte między nimi znajdują się dokładnie na wysokości kości piszczelowych. Są dodatkowo pokryte rdzą, co daje efekt maskujący.

By ostrzec innych biegających, podaję adresy tych czterech pułapek, które zakończyły się sukcesem miasta. Udało się Warszawie przewrócić mnie i pokaleczyć w następujących punktach miasta:
a) Czerniakowska róg Górnośląskiej – tam łańcuch broni podjazdu pod kościół; b ) Dzika róg Jana Pawła II – broni dojazdu pod apartamentowce; c) plac Defilad między dworcem Śródmieście a parkingiem przed Pałacem Kultury – łańcuch umieszczany jest w różnych miejscach, broniąc a to dojazdu do karuzeli, a to tak tylko sobie stojąc, żeby mnie przewrócić; d) aleja Szucha przy wjeździe na tyły Kancelarii Premiera – tam łańcuchy łapały tych, co biegli sobie nie środkiem chodnika, tylko bliżej płotu lub jezdni. Piszę o tym jednym miejscu w czasie przeszłym, bo chwilowo łańcuchów tam nie ma – może poszły do remontu (zbyt częste potykanie się o nie mogło nadwerężyć żelazne uchwyty wtopione w kloce) lub może maluje się je na kolory jeszcze bardziej upodabniające je do chodnika, żeby potem nałapać więcej biegaczy? Radziłbym zarządcom dróg miejskich poczekać do jesieni, kiedy zmrok znów będzie zapadał wcześniej, bo za widna taki łańcuch jest jednak zauważalny, więc nie ma sensu go ustawiać.

3. Wiosną widać rowerzystów. Jest ich więcej, to prawda, ale znacznie lepiej ich widać i to jakby trochę wyrównuje szanse. Kto chce się przekonać, jakim zagrożeniem życia biegacza może być rowerzysta, niech sobie poćwiczy podbiegi na warszawskiej Agrykoli po zmroku. Tu od razu zaznaczam (uprzedzając listy od urażonych rowerzystów) i podkreślam z mocą, że tak, wiem – nie wszyscy rowerzyści są matołami pozbawionymi wyobraźni; jest wśród rowerzystów ogromna, a nawet zdecydowanie przeważająca liczba rowerzystów kulturalnych, świadomych tego, że jak się jest wraz z pojazdem czymś znacznie cięższym od piechura, a przy tym twardszym i rozpędzonym, to jak się na tego piechura wpadnie, poturbuje się go niechybnie.

Wiem, że znakomita większość rowerzystów ma światełka z przodu, z tyłu i z boku, ale nic na to nie poradzę, że ja akurat trafiam wciąż na te wyjątki. Nie zdarzyło mi się biec w górę Agrykoli bezpiecznie po zmroku. Zawsze widzę jakiegoś barana, który całkowicie niewidoczny pędzi z góry z zawrotną szybkością. On tam jest zawsze. Podobnie jak na wszystkich chodnikach. Choć od razu przyznaję, że poza skarpą Warszawa jest dość płaska, na chodnikach w Śródmieściu rowerzyści nie rozwijają tych szybkości, co na Agrykoli i wypadki są tak rzadkie, że nie ma co się czepiać.

Na koniec anegdotka. Wpada rowerzysta na przechodnia, przewraca go i krzyczy:
– Ale ma pan szczęście!
– Pan oszalał, szczęście?!
– Tak, bo ja normalnie prowadzę autobus!

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze kwiecień 2015.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij