Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Wspomnienia weterana [felieton Jacka Fedorowicza]

Mam sporą sympatię do Runner's World. I długotrwałą. Pierwszy raz wpadło mi to pismo w ręce w 1988 roku, z czego łatwo wysnuć wniosek, że właśnie świętuję moje prywatne czytelnicze dwudziestolecie. Z tej okazji składam sobie od razu serdeczne życzenia.

Była to – o dziwo – edycja australijska. Tak się wtedy złożyło, że znaleźli się tacy, dzięki którym znalazłem się wśród kangurów. O własnych siłach nie dałbym rady, bo w owych czasach – informuję młodsze pokolenie – cena biletu do Australii lekko przekraczała cenę kawalerki w centrum Warszawy, nie mówiąc już o tym, że bilet taki można było nabyć wyłącznie za tak zwane waluty wymienialne, w posiadanie których można było wejść tylko drogą przestępstwa, to znaczy kupić na czarnym rynku. W każdym razie znalazłem się w Australii, tam kupiłem Runner’s World i zachwyciłem się – zdumiewającym dla przybysza z PRL – faktem, że bieganiu można poświęcić tyle papieru.

Potem miałem okazję czytywać wersję amerykańską, potem, za niepodległości, zaprenumerowałem sobie (waluty już były dostępne!) wersję brytyjską i cały czas tęskniłem za polską. Wreszcie się zjawiła. Tym razem serdeczne życzenia składam Redakcji. Wszystko, co się pisze o bieganiu, może być dla biegających bardzo pożyteczne. Z mojego czytelniczego doświadczenia wynika, że niektóre prawdy zostają w pamięci na zawsze. Niekoniecznie jako nauka, instrukcja czy przestroga. Czasem jako zdanie, które urzeka trafnością obserwacji.

Pamiętam na przykład takie oto stwierdzenie z "RW" sprzed lat kilkunastu: "Jaka jest różnica między biegaczem a joggerem? Ten, który przybiegł na metę przed tobą – to biegacz. Za tobą – jogger". Proste? Proste. Trafne? O tak!

Albo inne zdanko, też z lat dawnych: "Jeżeli w radiowej prognozie pogody, której przecież pilnie słuchasz przed zawodami, powiedzą, że jutro będzie wspaniała pogoda na maraton, możesz być pewien, że będziesz się słaniał z upału". Wielka prawda! Pokazująca, jak dalece nasi niebiegający bliźni nie potrafią sobie zdać sprawy z rozgrzewających właściwości biegania.

Tu dodam, gwoli sprawiedliwości, że nie tylko oni. My, biegający, często też. Wiele czasu minęło, zanim nie odzwyczaiłem się od wkładania dodatkowej warstwy tkaniny, która po dziesięciu minutach okazywała się najzbyteczniejszą rzeczą na świecie, a po piętnastu przeklętym balastem. Długo trwały przykre doświadczenia, zanim nie przyjąłem żelaznej zasady: rzut oka na termometr i jeżeli jest powyżej plus pięć, to w jednej warstwie – choćby wszyscy na zewnątrz byli zakutani w kurtki, a na samą myśl o wyjściu na dwór łapały dreszcze. Dopiero nieubłagana powtarzalność doświadczenia doprowadziła do pewności, że po dwudziestu minutach na pewno, na mur, na dwieście procent będę spocony.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz01.jpg

Dodatkowym zdankiem, zgrabnie sformułowanym i zapamiętanym, które do dziś pomaga mi wyjść pobiegać, jest coś, co wyczytałem chyba u Jerzego Skarżyńskiego. To wiekopomne stwierdzenie brzmi: "Organizm, który leży w łóżku, chce leżeć w łóżku. Organizm, który biegnie, chce biec". Tak! Każdy to niby wie z doświadczenia, ale nie zawsze o tym pamięta. "Może dziś nie? – cicho szemrze organizm. – Może dziś sobie odpuścimy?". I w tym momencie dobrze jest uświadomić sobie, że ta krecia robota organizmu, te jego szatańskie podszepty są bardzo łatwe do przezwyciężenia. Trzeba pokonać tylko ten pierwszy moment, przełomowy: wyjść i zacząć truchtać. I z całą pewnością organizm, który leżał w łóżku albo siedział w fotelu i lubił to bardzo, w krótkim czasie polubi to, że biegnie. Też bardzo.

Za te i wiele innych porad praktycznych, z okazji dwudziestolecia, stary czytelnik składa serdeczne podziękowania. Z innymi być może popolemizuję w przyszłości.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze styczeń-luty 2009

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij