Z mlekiem matki (felieton z cyklu Okiem biegaczki)

Wraz ze wzrostem popularności imprez biegowych namnożyły się także zawody dla najmłodszych. Ciekawe, czy gdybym urodziła się później, miałabym szansę rozpocząć przygodę z bieganiem inaczej niż od nienawiści?

felieton Emilii Iwanickiej-Pałki z cyklu Prisma
rys. Prisma

Niestety, moje pierwsze wspomnienia związane z tą aktywnością to – nie licząc biegania „z bandą” po podwórku – istny dramat. A to 60 metrów na wuefie gdzieś w parku przy szkole, a to bieganie w kółko po stadionie bez większego sensu. Piłka ręczna, gimnastyka, tenis stołowy były OK. Ale z bieganiem ani trochę nie było mi po drodze.

REKLAMA

Apogeum niechęci, żeby nie powiedzieć nienawiści, to wyjazd na zawody lekkoatletyczne mniej więcej w drugiej połowie podstawówki. Pojechałam na nie, bo nieźle rzucałam różnymi piłkami, a to m.in. wchodziło w skład tego osobliwego wieloboju uczniowskiego. Niestety, było też bieganie. Start w biegu na 400 m pamiętam jak dziś. A wolałabym nie...

Tuż przed nim w ramach – jak zakładam – motywacji nauczycielka powiedziała mi: „Ty tylko przekrocz metę, to da nam zawsze jakieś punkty”. Później było tylko gorzej. Wystartowałam za szybko, goniłam zawodniczki poza moim zasięgiem i zakończyło się marszem. Oraz najszczerszą niechęcią do biegania.

Co ciekawe, po latach okazuje się, że bardzo wiele moich biegających koleżanek ma podobnie traumatyczne wspomnienia. Dopiero w dorosłym życiu przełamały się, spróbowały i okazało się, że bieganie może być naprawdę fajne. Małe dziecko uwielbia biegać. W szkole średniej miłość ta raczej nie rozkwita, ale często czeka, aby wybuchnąć ze zdwojoną siłą w wieku dojrzałym.

Wiadomo, że coś nakazanego nie smakuje tak jak wolny wybór. A zaaranżowane małżeństwo mało ma wspólnego z płomiennym romansem i wielką miłością. Nie trzeba być ekspertem od poezji i literatury pięknej, by wiedzieć, że księżniczki rzucane w objęcia wyznaczonych dla nich mężczyzn będą się buntowały. Kwestia tylko tego, jak bardzo.

Tymczasem dziś małe biegające królewny, najczęściej podpatrując biegających rodziców, już od najmłodszych lat mogą zbierać własne medale i kolekcjonować wspomnienia. Bez przymusu, bo kiedy tata biega z wózkiem albo mama jedzie na zawody, maluch w naturalny sposób chce coraz bardziej brać w tym udział. I coraz częściej, na różnego rodzaju imprezach, może.

Jest tu jednak i ciemna strona mocy, bo mamy namawiające dzieci do biegowej zabawy muszą się liczyć m.in. z kręceniem nosem babć i cioć. Wiele razy słyszałam, że w oczach starszego pokolenia zawody biegowe dla dzieci to nauka niezdrowej rywalizacji i zbędne pompowanie ambicji. A to przecież nie tylko okazja do zabawy, ruchu, poznania nowych osób, ale też do nauki tego, jak przeżywać porażkę. A takie lekcje przydają się nie tylko małym księżniczkom.

Bieganie w złym wydaniu dorosłym także może zaszkodzić. Odbija się nie tylko na ciele, ale i na umyśle. Dlatego od najmłodszych lat warto uczyć nie tylko biegania, ale także przeżywania emocji z tym związanych. Mówię to jako osoba, która przeszła – a raczej na szczęście przebiegła – drogę od sportowej nienawiści do miłości.

RW 08/2017

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA