REKLAMA

Zabiegałem raka - Jan Poniecki o walce z rakiem

Nowotwór potrafi zaatakować każdego, nawet tych, którzy są w dobrej formie. Ale ta choroba to nie wyrok. Przekonał się o tym Jan Poniecki, który stoczył walkę z rakiem dosłownie w biegu. I wygrał.

 

Jacek Heliasz
Jan Poniecki (fot. Jacek Heliasz/heliasz.com)

Niewielki groszek okazał się wewnątrz tworem o wielkości kaczego jaja i sinej barwie... „Oczywiście, nie przejąłem się tym wcale. Chirurg zrobił swoje, zaszył ranę i tyle. W kilka tygodni potem pobiegłem już na zawodach 10 km i tak przetruchtałem końcówkę jesieni. Dopiero w Wigilię mój serdeczny przyjaciel, który jest ordynatorem w szpitalu, przyszedł z wynikami histopatologicznymi. Nie były dobre. Okazało się, że dopadł mnie agresywny chłoniak" - mówi pan Jan.

 

Niesamowite jest to, że o raku mówi jak gdyby złapała go kolka. Zero martyrologii i użalania się nad sobą. Pytam, jak rozpoczął terapię. „Zaraz po Nowym Roku dostałem chemię na onkologii we Wrocławiu. Wszyscy wtedy rzygają jak koty, a mnie nic nie było. Na odbudowanie białych ciałek dostałem sterydy - 10 strasznie gorzkich tabletek. Od tych sterydów miałem taką energię, że chciałem skakać, biegać, dosłownie mnie rozsadzało. Spuchłem strasznie, ludzie nie poznawali mnie na ulicy".

Los powtórzony

Chemioterapia trwała pół roku. Jak przyznaje, najgorsze dla niego było to, że nie może biegać, a nawet się spocić. Jego organizm na tyle dobrze zniósł terapię, że pan Janek ani na godzinę nie położył się w klinice. „Pani ordynator zaklinała mnie, że mam się położyć, ale powiedziałem, że nie zrobię tego. Normalnie chodziłem do pracy i nie chciałem, żeby mnie traktowali jak chorego. Mimo zakazu robiłem rano proste ćwiczenia rozciągające, żeby nie zwariować bez ruchu".

Po pół roku pojechał odebrać wyniki. Dziarskim krokiem wszedł do kliniki. To miał być już koniec leczenia. Standardowe badania i do domu. „Coś jednak było nie tak. Żona jakoś długo siedziała w gabinecie ordynatora. Nagle wychodzi zapłakana, a lekarka mówi, że wyniki są złe. Że musimy powtórzyć całą chemioterapię.

Wtedy się załamem. Pomyślałem: jak to jest - ja, wielki sportowiec, nie potrafię pokonać raka". Tego samego dnia pan Janek dostał kolejną serię chemii. Tym razem wymiotował. A już się cieszył, że odrastają mu włosy... Na samą myśl o tym, że ma znowu połknąć 10 tabletek ze sterydami, żołądek wywracał mu się na lewą stronę. Do końca 2006 roku zmagał się z nawrotem choroby.

Kartka z maratonu

Kolejne wyniki były już lepsze. Teoretycznie nie powinien biegać zaraz po terapii, ale jedna z lekarek na konsultacjach stwierdziła, że skoro nie odczuwa żadnych dolegliwości, to powinien biegać, żeby nabrać odporności. „Pani ordynator przesłałem kartkę z maratonu w Poznaniu. Jak mnie zobaczyła na kolejnych badaniach, powiedziała, śmiejąc się i grożąc mi palcem: no, jest nasz artysta".

Teraz pan Jan znów czeka na wyniki, ale jest pełen optymizmu. Jak zawsze. „To niesamowite, ale cieszę się każdym dniem, jak gdyby to był najlepszy prezent od życia" . Nie katuje się morderczymi treningami, biega tyle, ile wytrzymuje jego ciało. Swoje przemyślenia zaczął spisywać, może nawet kiedyś wyda książkę. Na pewno znajdzie się w niej jego motto życiowe: „Nie pozwól, żeby litry potu, wylane na treningu, zalały iskrę przyjemności z biegania".  

RW 01/2008

REKLAMA
1 2
STRONA 2 z 2

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA