Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
1.5

Zdarzenie z puentą [felieton Jacka Fedorowicza]

Zdarzyło się to wczesną jesienią. Pogoda na bieg była idealna: wyjątkowo chłodno, niebo pochmurne, ale pod nogami sucho, widoczność dobra.

W taką pogodę w Warszawie mało kto decyduje się na spacer bulwarami nad Wisłą, dzięki czemu biegacz może odczuwać rzadki komfort samotności. Nie stają mu na drodze przechodnie, nie zagrażają jego życiu rowerzyści ani psy bez smyczy. Ani ze smyczą, które też są groźne, gdy pies podąża trawnikiem, właściciel środkiem chodnika, a smycz między nimi jest cienka i w kolorze ochronnym. Mnie taki układ spotkał niedawno – niestety, podjąłem niewłaściwą decyzję, że przebiegnę między właścicielem a psem. Między psem idącym trawnikiem a właścicielem idącym chodnikiem, trzymającym tego psa na długiej, cieniutkiej, całkowicie niewidocznej smyczy, przebiegać nie należy. Podobnie jak nie należy w nocy, na widok dwóch reflektorów zbliżających się z naprzeciwka, zakładać, że to na pewno dwaj motocykliści obok siebie i że da się przebiec między nimi. To jednak może być samochód... Pies był duży i ciężki, a właściciel trzymał drugi koniec smyczy wyjątkowo mocno. Trochę skóry z kolan na chodniku zostało.

Ale to jeszcze nie ta puenta. Było więc pusto na bulwarze, cieszyłem się, że nikt nie widzi, jak się wlokę, a wlokłem się wyjątkowo, z czego zdawałem sobie sprawę. To powodowało zły nastrój, który wpływał demobilizująco na tempo biegu, które robiło się z tego powodu jeszcze wolniejsze. Jedyna radość płynęła z faktu, że pusto, więc nikt nie widzi. Ale to nie równoważyło stresu: ponure myśli o postępującej starości nie dawały się odpędzić.

Nagle w oddali, w perspektywie pustego bulwaru, zobaczyłem biegnącą sylwetkę. Wzrok mam nie najlepszy, ale to na pewno był ktoś, kto biegnie. Nie sposób było ustalić, czy to jest męski ktoś, czy żeński, i jak jest ubrany, ale na pewno biegnie, nie idzie. I chyba biegnie niezbyt szybko. Pomyślałem sobie, że spróbuję dogonić. Zawsze miałem naturę ściganta; zwalczam to w sobie na starość, bo przecież kiedyś trzeba się pogodzić z nieuniknionymi skutkami upływu czasu, ale mam wciąż te groteskowe ambicje. Więc jak mi mój chory gen zasuflował, żeby dogonić, z najwyższym wysiłkiem wzmogłem tempo. Bardzo zapewne nie wzmogłem, choć organizm protestował, dając do zrozumienia, że jak na niego to bardzo. Sapał, omdlewał, zatykał się w płucach. Wola walki była jednak silniejsza. Starałem się utrzymać wzmożone tempo. Niestety, sylwetka biegnąca w oddali nie powiększała się nic a nic. A zgodnie z zasadami perspektywy powinna, gdyby odległość między nami była coraz mniejsza.

„Nie dam rady” – pomyślałem gasnącym mózgiem. I wtedy – nie wierzę! Sylwetka jakby zaczęła się zwiększać. Więc jednak! Doganiam! Zmobilizowałem resztki sił i po chwili już nie miałem wątpliwości, że tak! Rzeczywiście doganiam! Nieustępliwość i wytrwałość zostały nagrodzone: nie jest ze mną tak źle, trochę może w zbyt wolnym tempie doganiam... Chociaż nie... Tempo mam dobre, bardzo dobre... I wtedy okazało się, że sylwetka (biegaczka to była, już to widziałem wyraźnie) biegnie w moją stronę. Znaczy w odwrotnym kierunku niż ja. Ja na Czerniaków, ona na Żoliborz. Pozdrowiliśmy się, mijając. Na pociechę zauważyłem, że rzeczywiście nie biegła bardzo szybko...

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze wrzesień 2016.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij