REKLAMA

Zdobywca Bostonu - Arkadiusz Skrzypiński

Arkadiusz Skrzypiński dzięki stalowym bicepsom na mecie maratonów melduje się na godzinę przed najlepszymi zawodnikami świata. Jest odważny, nie ma kompleksów, niczym się nie przejmuje. Nie ma marzeń. Ma tylko plany.

Jacek Heliasz
Arkadiusz Skrzypiński (fot. Jacek Heliasz/heliasz.com)

Cały świat w zasięgu ręki

Ale te dodatkowe wyzwania to jedynie niewinne flirty w porównaniu z dozgonną miłością (patrząc na wyniki, chyba wzajemną) do handcycles. Na rower Arek przesiadł się w 2005 r. Sprowokowała go niezdrowa rywalizacja, jakiej był świadkiem na trasie. „Prekursorzy handbike'ów w Polsce startowali w tych samych imprezach co wózkarze i chwalili się, że wygrywają. To tak, jakby porównywać biegacza i rolkarza. Żeby ukrócić tę dyskusję, trzeba było się przesiąść".

Skrzypiński dziś walczy o najwyższe pozycje, ścigając się na całym globie. „Prawie zawsze jestem jedynym Polakiem, który startuje, bo reszta nie potrafi sobie załatwić innych pieniędzy niż te, które daje im klub" - zaznacza z dumą. Na pytanie o rolę sportu w jego życiu odpowiada: „Dzięki niemu nie jestem szarym człowiekiem. Zobaczyłem kawał świata. Nie ma w tej chwili kontynentu, poza Antarktydą, gdzie nie miałbym znajomych. Nie muszę nawet szukać hoteli - przyjaciele są prawie wszędzie".

Liczy się tylko zwycięstwo

W Polsce rzadko się zdarza spotkać sportowca o psychice prawdziwego fightera. Arek nie cierpi przegrywać. Dla niego nawet 2. miejsce jest niepowodzeniem. „Nasze piękne polskie porażki... - wzdycha. - Polacy rozgrywają rewelacyjny mecz i przegrywają w ostatnich minutach, bo już nie mają siły. Nie potrafię tego zrozumieć. Wychodzę z założenia, że jadę po to, żeby wygrać".

Silna motywacja doprowadziła go do zwycięstwa w Bostonie, w najstarszym maratonie na świecie. W zeszłym roku, po zajęciu drugiej lokaty, przyrzekł sobie, że wróci i pokona wszystkich. Zaatakował od startu, narzucił mordercze tempo i nie dał sobie odebrać pozycji lidera, przyjeżdżając na metę z 20-minutową przewagą. Bostońska trasa jest idealna dla polskiego handbikera, który lubi się zmęczyć - trudna, pełna pagórków, wyczerpująca.

Tym razem nie popełnił błędu, który w 2007 roku uniemożliwił mu zwycięstwo. Wtedy, jak przyznaje z rozbrajającą szczerością, przegrał przez własną głupotę, stosując psychologiczną zagrywkę Lance'a Armstronga - udawał wyczerpanego i wpuścił przed siebie konkurenta, by dać mu się zmęczyć. „Z tyłu na rowerze jedzie się lepiej. Pomyślałem sobie: ja łapię cały wiatr, a on sobie lekko jedzie i odpoczywa. Więc niech jedzie, zmęczy się, później go dogonię i wygram... Ale nie dogoniłem, zmęczyłem się i przegrałem" - wspomina z goryczą.

Boston to niejedyny jego amerykański sukces. W Nowym Jorku przed rokiem znalazł się w pierwszej trójce. Bardzo podoba mu się rodzaj kibicowania, charakterystyczny dla mieszkańców USA. Tam ludzie po prostu krzyczą. „W Nowym Jorku przez ten szalony doping miałem nawet kłopot, żeby się skupić na jeździe, żeby nie zająć się pozdrawianiem ludzi na trasie" - wspomina. Przyznaje jednak, że najtrudniejsze boje stoczył na Starym Kontynencie.

W Berlinie osiągnął rekord Polski - 1:11.06 - co dało mu „tylko" 3. miejsce. Wysoko ceni sobie również zwycięstwo w Londynie, pod pałacem Buckingham. Po świetnym wyścigu wygrał z najlepszymi zawodnikami, a godzinę później w tym samym miejscu podczas Tour of Britain finiszował Tom Boonen - gwiazda kolarstwa. Arek nie zapomni także mistrzostw świata w 2006 roku, kiedy to ukończył wyścig na 6. pozycji. Jechał w fatalnych warunkach, w deszczu, i wypijał więcej wody niż łykał powietrza.

REKLAMA
1 ... 2 3 4
STRONA 3 z 4

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA