REKLAMA

Butoholicy: pasja biegania, obsesja kupowania

Wielu biegaczy zostawia sobie niektóre buty na pamiątkę. Ale niewielu kupuje 10 par tego samego modelu, w dodatku mając już w szafie kilkadziesiąt pudełek z nowymi butami. Co sprawia, że niektórzy biegacze uzależniają się od kupowania butów, gromadząc ich więcej niż będą w stanie kiedykolwiek włożyć na trening i zawody?

Butoholicy: pasja biegania, obsesja kupowania Andrew Honhorington
David Iding ma ponad 330 par biegowych butów. Ale wie, że ludzie mają większe problemy (fot. Andrew Honhorington)

Pudełka są ułożone w stosy jak książki, pospiesznie i krzywo, jedno na drugim, tak że zbudowane z nich wieże - sięgające niemal do sufitu - zaczną się chwiać. Pochylają się, jeden kolor, jedna marka obok drugiej: pomarańczowe to Nike, czarne adidas, niebieskie Brooks, każde pudełko z etykietą skierowana na zewnątrz. David Iding przechowuje je tutaj, grubo ponad 300 par butów do biegania, na drugim piętrze swojego stuletniego domu w Downingtown w Pensylwanii, w byłej sypialni swojej córki, gdzie zasłaniają niebieskawe ściany i zagracają skrzypiące podłogi z drewna sosnowego.

David Iding sięga po czarne pudełko adidasa. Otwiera i pokazuje parę mocno zużytych adidas Adizero Boston Ekiden nr 11. Wyjmuje jeden, waży w ręku, lekko się uśmiecha. Buty to jego obsesja, nakręcana przez skłonności do uzależnień i chęć znalezienia buta idealnego. Czasem sprzeda parę lub dwie na eBayu, ale większość czeka w pudełkach, aż kiedyś znów ujrzą światło dzienne.

Na wieczku pudełka zapisana jest historia buta: zawody, czasy, kilometraż. „Maraton w Filadelfii był najlepszy w moim życiu” – chwali się Iding. Do mety dotarł 13 minut przed limitem kwalifikującym do Bostonu. Po tylu latach picia, palenia i innych wyskoków w końcu coś osiągnął. Uzyskał wynik 3:16:39. „To było niesamowite. Tych butów nigdy nie sprzedam” – zapewnia.

Biegacze zakupoholicy

Iding nie jest wyjątkiem: wielu biegaczy trzyma kilka par na pamiątkę. Ale dla niektórych zakup nowej pary — i trzymanie starej – to wewnętrzny przymus.

Kupowanie kompulsywne po raz pierwszy został opisane w roku 1924 przez Niemca Emila Kraepelina. Dziś określa się je jako zachowanie odbiegające od normy, lekkomyślne, a nawet chorobliwe, charakteryzujące się nieodpartą chęcią robienia zakupów. A biegacze czasem mają małą paranoję na punkcie biegowych butów.

Producenci o tym wiedzą. Brooks zmienia swoje modele co roku, robi specjalne eventy z premierami i udaje mu się wtedy sprzedawać buty, które są mało praktyczne. Np. edycja Ugly Sweater modelu Levitate 2, która ma przy sznurówkach świąteczne dzwoneczki, wyprzedała się w dwa dni.

„Jeśli podobają nam się jakieś buty, to nie kupujemy jednej pary, ale dziesięć” – mówi 43-letnia Christy Nielsen, fizjoterapeutka i biegaczka, która też ma tę obsesję. Oczywiście kupiła Ugly Sweater od razu, jak tylko pojawiły się na rynku. „A kiedy po pół roku wprowadzane są małe zmiany, to... kupujemy te nowe” – dodaje z rozbrajającym uśmiechem.

REKLAMA

REKLAMA

Butoholicy: pasja biegania, obsesja kupowania Andrew Honhorington
David Iding zakłada jedną z par butów do biegania ze swojej ogromnej kolekcji (fot. Andrew Honhorington)

Szacuje się, że około 6% dorosłych kupuje kompulsywnie. Jednak wiele z tych osób ma też inne problemy, takie jak depresja, lęki czy obżarstwo. Nielsen np. walczyła na studiach z anoreksją. „Najpierw miałam obsesję na punkcie biegania, potem na punkcie niejedzenia. I tak w kółko. Mogło skończyć się dużo gorzej niż zbieraniem butów” – opowiada.

Pierwszy raz

Najstarsza para w kolekcji Idinga, adidas Boston, ma 37 lat, i nadal czasem ubiera ją na kemping. Inaczej niż w kilkuset nowszych modelach wokół, podeszwa jest cała z gumy, a pianka nad nią – po tylu latach biegania – już właściwie płaska. „Uwielbiałem w nich biegać przełaje” – mówi Iding.

Zawsze lubił sport, ale w latach młodzieńczego buntu wybrał właśnie przełaje, a nie typowe dla Amerykanów sporty. „To było dla outsiderów, dzieciaków, które nie pasowały gdzie indziej” – dodaje. W liceum biegał w drużynie i mocno połknął haczyk. „Wiedziałem, że kiedy wyjdę na trening, to te wszystkie młodzieńcze obawy znikną” – wspomina. I z zapałem śledził wyczyny Alberto Salazara, w każdym aspekcie jego kariery. To wtedy zaczął interesować się, w czym biegają czołowi zawodnicy.

Na studiach przerzucił swoje zainteresowania na dragi i alkohol. Po trzech latach – najpierw dziennikarstwa, a potem PR – jego średnia uniemożliwiła mu ukończenie studiów. Mając niewiele ponad 20 lat, pojechał do matki i przyrodniej siostry do Kalifornii. Pracę, tak jak i studia, tracił przez picie i narkotyki. Któregoś dnia obudził się na podłodze i zobaczył swojego kumpla z pistoletem przy skroni.

„To było szaleństwo. Byłem wrakiem” – opowiada. W 1989 roku wrócił do domu ojca, a potem – dzięki pożyczonemu 1000 dolarów i pracy w firmie pakowniczej – osiadł w Downingtown w stanie Pensylwania.

Szafa pełna butów

Nikt nie powiedział w dzieciństwie Christy Nielsen, że mogłaby być biegaczką, chociaż w 7. klasie przebiegła 800 m w 2:36 za pierwszym razem, kiedy pokonywała ten dystans. To wskazywało, że ma talent i potencjał. Studiowała psychologię i wychowanie fizyczne, ale nigdy nie dołączyła do drużyny – czy to stadionowej, czy przełajowej. Zaczęła biegać solo. Kiedy trener zorientował się, jakie ma możliwości, i chciał ją ściągnąć do drużyny, odmówiła. Wolała biegać maratony.

REKLAMA

W 1998 roku zaliczyła Grandma’s Marathon z czasem 2:49:05 i przystąpiła do kwalifikacji olimpijskich 2000 roku. Przetrenowana, uzyskała czas 2:58:32 i była dopiero 91. Na kwalifikacje załapała się również w 2004 i 2008 roku.

Nie przestała biegać maratonów nawet wtedy, gdy pracowała nad doktoratem, a później obroniła go i zaczęła praktykę zawodową w Omaha. „Kiedy w szpitalu zapytali mnie, czy chcę pracować z biegaczami, powiedziałam, że nie, bo przecież oni są walnięci” – opowiada.

Przy swoich wynikach w maratonie udało jej się pozyskać sponsorów, m.in. Saucony, które zostało przy niej przez ponad dekadę. Najpierw dawali jej ciuchy i 8 par butów rocznie, potem zaoferowali 50% zniżki na każdą nową parę. A ona zaczęła je zamawiać.

„Biegałam wtedy 230 kilometrów tygodniowo. Jako terapeutka zalecam ludziom zmieniać buty co 600-800 km, więc u mnie było to co 2-3 tygodnie. Odwieszasz buty na kołek, ale one nadal świetnie wyglądają. Mam je wyrzucić? Ależ skąd! I tak to się zaczęło” – tłumaczy Christy.

Przestała rywalizować na trasie, ale buty nie przestały przychodzić. Przyjaciele śmiali się, że dawno spłaciłaby studencki kredyt, gdyby nie kupowała tylu butów. „Nawet dziś, gdy widzę stosy buty w mojej szafie, mówię sobie, że nie potrzebuję już kolejnej pary. A następnego dnia kupuję kolejne dwie” – śmieje się.

Do biegania i koszenia

Iding zmienił miejsce zamieszkania, ale nie zmienił nawyków. Nadal pił i ćpał. Z jednego związku urodziła mu się córka. Opuścił matkę dziecka i kupił motocykl Harley-Davidsona, mając na jego punkcie obsesję taką samą, jak wcześniej z bieganiem, a później z butami do biegania.

Poznał kolejną kobietę i ożenił się. Mają dwie córki. A kiedy i ten związek zaczął się rozpadać, Iding zwolnił. Zaczął sią zastanawiać, co zrobił dobrego, a co zepsuł. I zaczął biegać – po raz pierwszy od czasów liceum. Małżeństwo nie przetrwało, bieganie zostało. Zaczął zaliczać maratony. Filadelfia – cztery razy, Boston – trzy razy, Nowy Jork – dwa. Jego życiówka to 3:08:1, ustanowiona w 2014 roku. Nadal marzy o przebiegnięciu World Marathon Majors, czyli sześciu największych maratonów na świecie.

REKLAMA

REKLAMA

W 2011 roku biegał już od 70 do 100 km tygodniowo, zmieniając buty co kilka miesięcy. Kiedy znalazł model, który mu pasował, czekał do wyprzedaży i kupował kilka par na zapas. I wpadł w nową obsesję, jak poprzednio z bieganiem, piciem, harleyem. Sprawdzał wszystkie dane techniczne, porównywał stare modele z nowymi, ustalał rankingi i hierarchie. Niektóre pary nigdy nie były na jego nogach i nigdy nie będą, przez co mogą się przydać, kiedy będzie ciężko z kasą.

„Te buty, które nadają się do biegania, są w pudełkach. Te, które jakoś mnie irytują w biegu, są do chodzenia albo do roboty. Na dole hierarchii są buty do koszenia trawy, a potem to już śmietnik” – wylicza.

Iding przyznaje, że cały czas ma problemy, z którymi walczy. Ale bieganie mu pomaga. Tak jak praca, która zajmuje mu mnóstwo czasu. Po 10 latach pracy w firmie deratyzacyjnej założył własną – w sierpniu 2013 r. Po 6 latach ma już stałą bazę klientów, pracownika na pół etatu i sensowne zyski.

„Moim problemem jest zawsze to samo: nie wiem, kiedy zrezygnować, niezależnie od tego, czy robię coś dobrego, czy złego. Ale, paradoksalnie, to właśnie sprawiło, że ostatni rok był dla mnie taki dobry” – ocenia.

Podobnie jak Christy Nielsen i wiele innych osób z tendencjami do jakiejś obsesji, Iding przekierował swoją energię w inne miejsce. Dziś jest to jego firma. I buty do biegania. Ci, którzy walczą z mroczną stroną swojej natury, wiedzą, że są dużo gorsze rzeczy niż szafa pełna butów. Iding gasi w pokoju światło, a jego kolekcja butów czeka na kolejny przyjazd kuriera...

Butoholizm w liczbach*

David Iding zbiera buty od 2009 roku, w swojej kolekcji ma 336 par butów do biegania. Aż 60 par jest zupełnie nowych. Najwięcej ze wszystkich modeli posiada adidasów AdiZero Adios – 8 par.

Christy Nielsen ma 231 par butów (lub więcej). W każdym tygodniu kurier cztery razy dostarcza jej nowe buty. Jej kolekcja rośnie od 2013 roku. W jeden z par Nike Pegasus przebiegła ponad 1000 mil (ponad 1600 km).

*stan na kwiecień 2019 roku

RW 07-08/2019

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA