REKLAMA

Statystyka biegania. Na jakie pomiary treningu zwracać uwagę?

Współczesne gadżety, które zabieramy na trening, oferują biegaczom monitorowanie ich wysiłku na poziomie, o jakim kilkadziesiąt lat temu marzyli zawodowcy. Dziś bez wysiłku możemy sprawdzić nie tylko czas biegu i jego tempo, ale również kadencję i aktualne tętno. Tylko… czy w ogóle powinniśmy?

Pomiary wysiłku Dan Woodger
W trakcie i po treningu zwracaj uwagę tylko na kluczowe dane. Resztę, z czystym sercem, zignoruj (rys. Dan Woodger).

Pamiętam, gdy szczytem marzeń było posiadanie zegarka, który łapał więcej niż jeden międzyczas, a trasy mierzyłem z tatą linijką na mapach. Dzisiaj pulsometr i GPS to standard. Wiele zegarków do biegania potrafi rejestrować kadencję biegu, obliczać moc, a nawet poziom zakwaszenia. Pytanie tylko, czy to wszystko jest Ci potrzebne.

Instynkt góruje nad techniką

O ile w treningu Afrykańczyków wciąż dominuje model spontaniczny, w którym szef grupy narzuca swój program kilkudziesięciu różnym zawodnikom, o tyle w krajach bogatszych technika jest na usługach biegacza. Mimo to wciąż trenerski nos jest ważniejszy od komputera. Jerry Schumacher jest szkoleniowcem wybitnych biegaczy (m.in. wicemistrzów olimpijskich Shalane Flanagan czy Evana Jaggera), a w 2016 roku został uznany Trenerem Roku przez opiniotwórczy portal Flotrack.

REKLAMA

On woli ufać instynktowi zawodników. To oni ostatecznie decydują, kiedy przycisnąć, a kiedy odpuścić. Schumacher nie pozwala ograniczać się wskazaniom urządzeń. Chce, by zawodnik sam wyczuł cienką granicę. To oznacza, że trzeba zgodnie ze swoim instynktem przekraczać strefę komfortu. W końcu na zawodach biegacz jest zdany na siebie i sam decyduje, jak biec.

Zaufaj instynktowi, który potrafi interpretować sygnały wysyłane przez organizm niejednokrotnie lepiej niż elektronika. Na najcięższe sesje wystarczy Ci stoper, ewentualnie pomiar pokonanego dystansu.

Zobacz też: Badania wydolnościowe: Trening skrojony na miarę

Szukaj prawidłowości w zebranych danych

Ile z danych, które wypluwają zaawansowane zegarki, umiesz prawidłowo zinterpretować? Czy kadencja, połączona z prędkością biegu i wrzucona na wykres pracy serca, coś Ci mówi? Ile razy wyświetlona prędkość chwilowa zmusiła Cię do drastycznego zwolnienia? Ile razy, biegnąc w grupie, każdy miał inne wskazania dystansu? By nie utonąć w morzu danych, proponuję na początku ograniczyć analizę do podstawowych funkcji.

Nie ufaj bezgranicznie kalkulatorom aktywności – w każdym zdarzają się błędy. Dwie godziny po zakończeniu jednego z biegów ultra testowany zegarek poinformował mnie: „Czas się ruszyć!”. Warto poświęcić pierwsze tygodnie na poszukiwanie prawidłowości (a nie tropienie aberracji). Postaraj się odnieść je do swojego samopoczucia. Obserwuj, w jakim czasie Twój organizm wraca do normy po spokojnym biegu, jak zmienia się Twój krok pod koniec wymagającego treningu, co, kiedy i jak Cię pobolewa.

Szersza, WŁASNA perspektywa pozwoli Ci określić, jak często biegać lekko, a kiedy możesz sobie pozwolić na cięższą jednostkę. Patrz, które obserwacje mają odzwierciedlenie w Twoim urządzeniu. Dopiero potem zwracaj uwagę na „odchyły od normy” i analizuj je.

Analizuj własne odczucia

Za jeden z najważniejszych w biegach długich uznaje się moment, kiedy wkraczamy w strefę przemian beztlenowych. Jeśli dobrze skorelujesz go z pracą serca, możesz skutecznie sterować treningiem bez przerzucania gigabajtów danych.

Tak czy siak wgląd w swoje odczucia i notatki historyczne („Byłem po weselu, nogi ciężkie, po 10 km odblokowałem się”) powinien przeważać nad suchymi danymi. W opisywanym w „British Journal of Sport Medicine” badaniu udowodniono, że własne obserwacje stanu regeneracji biegaczy były lepsze do sterowania treningiem niż złożone dane z urządzeń pomiarowych.

RW 06/2017

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA